30. Rozkosz czy przekleństwo? [+18]

źródło pierwotne: johncoulthart.com

I'm gonna be released from behind these lies
And I don't care whether I live or die
And I'm losing blood, I'm gonna leave my bones
And I don't want your heart, it leaves me cold

I don't want your future
I don't need your past
One bright moment
Is all i ask

I'm gonna leave my body
(moving up to higher ground)
I'm gonna lose my mind
(History keeps pulling me down)
Florence + the Machine - Leave my body

Asertywność. Wiecie czym jest? Według Słownika PWN człowiek asertywny to: Umiejący otwarcie i jednoznacznie wyrażać swoje potrzeby, uczucia i opinie. Pitu pitu. Większości asertywność kojarzy się po prostu z umiejętnością odmawiania. To cholernie przydatna umiejętność, której niestety brakuje wielu osobom, w tym i mnie. Wiecie jak to jest, mózg jakoś się broni, ale alkohol krzyczy, że trzeba to zrobić. Penis też to krzyczy, gnój pieprzony. Choć wiem jak to się skończy, ważniejsza w danej chwili jest żądza i jej zaspokojenie. Człowiek się namacha dla kilku sekund rozkoszy, chwilę jest miło i przyjemnie, a później zostaje tylko ta gorzka pigułka. Narzekaliście na brak seksu we wpisach? Dzisiaj to nadrobię, ale nie wiem czy to będzie takie przyjemne.

Podobno faceci cały czas myślą o seksie - non stop, co siedem sekund. Oczywiście to kompletna bzdura, amerykańscy naukowcy dowiedli, że z równą częstotliwością myślimy też o jedzeniu i spaniu. Z pewnością są wyjątki, jak we wszystkim, ale nieprawdą jest to, że faceci bez przerwy myślą tylko o pipkach i siusiakach. Jednak myślą często. Do chwili, gdy zrobią sobie dobrze w łazience albo przy komputerze, wtedy na jakiś moment żądza opuszcza ich ciało. Zawsze łatwiej jest się umówić na seks w dniu, w którym jeszcze się nie oglądało filmów dla dorosłych. Stało się to w poniedziałek, akurat siedziałem po zajęciach u koleżanki, byłem już po piwie i niemałej dawce wina. Pisał do mnie od jakiegoś czasu chwaląc bloga, miło się rozmawiało, od kilku dni próbował wyciągnąć na spotkanie. Do siebie, więc z góry wiedziałem, że będzie to seks-randka.

Seks-randka to spotkanie, w którym jeden zaprasza drugiego do siebie. Na film, na piwo, na zwykłą pogadankę. Nie mówicie o tym otwarcie, ale przeczuwacie, jak się skończy, wystarczy fakt, że to spotkanie odbędzie się w mieszkaniu jednego z Was, a głównym jego składnikiem będzie alkohol. Dwa penisy w połączeniu z procentami co prawda nie muszą, ale bardzo często lądują razem w łóżku. Bo można. Bo macie pod nosem ciało drugiego faceta. Bo może nie myślicie o seksie non stop, ale wystarczająco często, by być napalonym przez cały czas, do chwili orgazmu. To takie łatwe, takie... możliwe. Kto mi zabroni? Miałem takich seks-randek już wystarczająco wiele, by wiedzieć, co robić i jak działać, by osiągnąć swój cel. Musi być film, tak jak był w poniedziałek. Film, bo wtedy można siedzieć lub leżeć obok siebie, a od tego już tylko krok do zabawy. Musi być alkohol, byśmy obaj stali się bardziej odważni. By on bez zażenowania zaczął się dobierać i bym ja nie miał żadnych zahamowań, bym nie kazał mu przestać.

Zanim wsiadłem do trolejbusu, napisałem koleżance w jaki numer wsiadam, o której i na którym przystanku wysiadam, tak dla bezpieczeństwa czy może ułatwienia pracy policji w razie czego. Przyjechałem, odebrał mnie na przystanku, wyglądem nie rozpalił do czerwoności, ale wiedziałem, co mnie czeka. Wystarczył fakt, że to duży facet. Ogromny kawał ciała, który może się na mnie położyć. U niego spaliliśmy po jednej fajce, nalał mi jakiegoś słodkiego piwa. Po krótkiej gadce typu blebleble, którego nawet nie słuchałem, tylko grzecznie odpowiadałem jakimiś półsłówkami, zapytałem o horror, o którym wcześniej mówiliśmy. Ściągnął, zgrał na pendrive'a i podłączył go do płaskiego telewizora. Od razu zasugerował, żebyśmy się położyli na rozłożonej wersalce, bo przecież wygodnie (i zdecydowanie łatwiej będzie przejść do rzeczy). Położyliśmy się, ale tak całkiem aseksualnie, leżeliśmy po prostu obok siebie. Po dłuższej chwili wstałem, w cwany sposób przechodząc nad nim, więc i niby niechcący smyrając po udach, upiłem kilka łyków piwa i wróciłem na swoje miejsce, a wtedy już swobodnie zasugerował, bym się do niego przytulił.

Horror był nudny jak flaki z olejem, mało straszny, ale co zabawne, umyślnie udawałem, że czegoś się tam boję, więc tak teatralnie zakrywałem oczy, na co on oczywiście musiał mnie mocniej objąć, często też zaczynając masować po ramieniu czy po włosach (tego nienawidzę, namęczę się w domu, a oni zawsze muszą mi spieprzyć tę fryzurę). Niestety nie obejrzałem tego filmu do końca, bo nagle postanowił odwrócić się do mnie, a że to duży facet, zasłonił mi cały telewizor. Leżeliśmy tak przez chwilę wtuleni, aż uznałem, że minęło wystarczająco wiele czasu, byśmy mogli przejść do rzeczy, więc się poruszyłem nieznacznie i po chwili przeszedł do akcji. Pocałunki mnie rozczarowały. Wiecie, dobrych całuśników mogę rozpoznać po moich ustach, które po wszystkim są czerwone, wręcz wymęczone, a jeśli koleś nie potrafi całować, wyglądają normalnie. Po dobrym partnerze do pocałunków potrzebujecie maści witaminowej, po złym - nowych wspomnień. To takie frustrujące, całe życie myślałem, że wszyscy potrafią się całować, a tu niektórzy w ogóle nie opanowali tej sztuki i sam przez nich głupieję i tracę orientację. Też nabieram tej niezdarności, więc całujemy się jak takie dwie ryby, które tylko otwierają usta i się nimi ocierają, bo mój język, choćby i wysunięty i próbujący działać na obcym terytorium, trafia na pustkę. Znacie to? Cholernie irytujące.

Wreszcie nadszedł ten moment zdjęcia górnej części ubrań, co jest tylko wstępem do dalszej zabawy. Czasem to może być takie namiętne, szybko zdejmujemy z niego koszulę, on zdejmuje naszą, cały czas się całujemy... a gdy całowanie nie wychodzi, to wszystko później jest takie nieporadne i dupa blada. Pocałunki podstawą udanego seksu? I wreszcie następuje ta moja ulubiona część, osiemdziesiąt kilo ląduje na mnie. Wiele razy pytali mnie, czy na pewno tego chcę, bo przecież jestem taki drobny, jeszcze się uduszę. Nie powiem, parę razy miałem problemy z oddychaniem, ale zazwyczaj nie zwalają się na mnie jak bezmyślna kłoda, więc ten problem rzadko występuje. Odważniejsi i bardziej rezolutni przytrzymują mi ręce nad głową, romantyczni przesuwają własnymi po moim ciele, pierdoły po prostu się nimi opierają o łóżko. Bez względu na te dodatki, ciężar ciała jest cholernie przyjemny. Aktywni może mają inaczej i lubią mieć to ciało pod sobą, nie wiem.

Teraz przypomniałem sobie o ocieraniu. Pamiętam, że bodajże w filmie Stosunki międzymiastowe była taka parka, która szczytowała tylko po ocieraniu. Facet kładł się na żonie, robili to na stole albo gdziekolwiek, ocierali miejscami intymnymi i już, po wszystkim. Nie pamiętam teraz dokładnie, dlaczego to robili, może z braku czasu, bo mieli dzieci? W każdym razie nie rozbierali się, robili to na szybko, taki fast sex. Ocieranie bywa bardzo przyjemne, często występowało w trakcie moich seks-randek i bynajmniej to nie była jedyna forma zabawy. Jednak polecam wersję w ubraniu. Sucha skóra ocierana o cudzą suchą skórę w tamtym miejscu może wywołać jedynie nieprzyjemne wrażenie, że ktoś trze o nas kauczukiem.

Wróćmy jednak do mojego olbrzyma. Jak pisałem, niemrawe pocałunki spieprzyły wszystko. Nie było fajerwerków, piorunów, tej zadyszki i spływającego potu. Miło, blisko, ale tak bez tego... wrrr. Możecie sobie zadać pytanie, dlaczego tak śmiało o tym piszę. W końcu facet może się tym chwalić na prawo i lewo... ale wiem, że nie zrobi tego. Po pierwsze - poinformował mnie jeszcze podczas rozmowy na Fellow, że ma faceta. Po drugie - istnieje coś takiego jak zasada małego penisa. Wystąpiło to w nieco innej formie w filmie Służące, gdzie tytułowe kobiety pisały z dziennikarką książkę i umieściły w niej jedną istotną informację o wrednej pindzie, która znęcała się nad jedną z nich. Wiedziały, że gdy książka zostanie opublikowana, będą miały przesrane, jeśli ktoś się dowie, że to one ją napisały. Z tą jedną informacją miały pewność, że owa wredna suka zrobi wszystko, byle tylko przekonać każdego, że to nie jest o tym mieście, że to nie jest o niej. A zasada małego penisa? Działa identycznie. Wymyślona chyba przez amerykańskiego dziennikarza lub pisarza po kilku aferach, gdy ktoś się obruszał, że o nim napisał. Ten facet, z którym spotkałem się dwa dni temu, mógłby się przechwalać tymi kilkoma chwilami ze mną, ale tego nie zrobi, ponieważ wtedy wszyscy by się dowiedzieli o jego męskości, która po pocałunkach była jeszcze bardziej miażdżącym rozczarowaniem.

źródło pierwotne: pinterest.com
Och, spokojnie, tak daleko nie zaszliśmy, ale gdyby - możecie być pewni, że wyglądałoby to dokładnie tak, jak na tym zdjęciu. Nie przechwalam się, ale obcowałem z wieloma penisami. Były różne, jak ci faceci. Czasem krzywe w bok, uniemożliwiające normalną zabawę ustną, czasem krzywe w dół, jak kran. Grube i krótkie, grube i długie, wręcz olbrzymie. Niewielkie albo idealne. Ale czegoś takiego jeszcze nie widziałem. Pierwsza myśl - pewnie jeszcze mu nie stanął... no ale stanął. Niewielkie ujście, za to zbiornik ogromny - serio, jego jądra były tak ogromne, że nie mogłem ich objąć jedną dłonią. Za to kuśkę już mogłem. To dopiero frustrujące, złapiesz taką dłonią i już, nie możesz nią nawet poruszyć w górę czy w dół, chyba, że chwycisz dwoma palcami. Jakbym miał mało porażek na koncie w ostatnim czasie.

Być może widział brak mojego zapału, być może samo to jakoś wyszło - ale nie zaszliśmy daleko. Gdy sam chciałem rozpiąć mu spodnie, jakoś tak mnie zawrócił do twarzy, może bojąc się mojej reakcji na ten kuriozalny widok, który był schowany pod rozporkiem, nie wiem. W każdym razie dwa ciała, jedno na drugim, później obok siebie. I dłonie. To dopiero fast sex. A przynajmniej byłby, gdyby nie to, że należę do osób, które mogą długo, bardzo długo. Bywało frustrujące przy pięciominutówkach, ale nauczyłem się to lubić. Niestety wciąż bywa męczące przy umiejętnościach niektórych facetów. Jak z całowaniem, myślałem, że wszyscy potrafią zrobić loda albo umiejętnie kogoś zadowolić dłonią. Wielokrotnie musiałem się rozczarować.

Nieschowane zęby i nieporadne ssanie doprowadzające do bólu, nie rozkoszy. Ocieranie dłonią w sposób zbyt szybki lub niewprawny, co mogło po sobie zostawić co najwyżej otarcia, nie orgazm. Doszedłem do wniosku, że seksu jednak powinni uczyć w szkołach średnich. Najwidoczniej to nie przychodzi samo, trzeba się tego nauczyć. Tylko dlaczego ja muszę być królikiem doświadczalnym? A może jednak tego się nie da nauczyć, po prostu to się umie albo nie, muszę o tym poczytać. Kiedyś w trakcie takiej zabawy ustnej usłyszałem od faceta komplement, że jednak to prawda, że kto potrafi się całować, potrafi dobrze zadowolić ustami. Ile w tym prawdy, a ile chęci bycia miłym? Skłonię się jednak ku pierwszej opcji, w końcu częściej kazano mi przerywać, bo byli tuż-tuż, to dopiero największa pochwała umiejętności łóżkowych. No, ale koniec tego samozachwytu.

Próbował, męczył się, prawie zaczynał sapać. Mi wystarczyło kilka razy potrzeć dwoma palcami i nawet nie wiedziałem, gdy doszedł, bo ani nie stęknął, ani kropel nie poczułem, dopiero po chwili je wymacałem. Mogłem leżeć i patrzeć na sufit długo jeszcze, myśleć o niebieskich migdałach albo zastanawiać się, co nowego wydarzy się w obecnie oglądanym serialu, a on biedny machał i machał. Musiałem więc dosłownie wziąć sprawy w swoje ręce. Położył się na powrót przy mnie, kiedy to ja dla odmiany zacząłem pracować. Kilka razy próbowałem sobie wyobrażać, że robię to z kimś innym, że obok leży jakiś przystojniak, ale to chyba bzdura wyssana z palca. To nigdy mi się nie udało. Wyobrażałem sobie, że leży na mnie znany aktor albo jakiś przystojny facet gdzieś ostatnio widziany, to nic nie dało, za każdym razem wiedziałem, że obok jest on, ten facet z seks-randki.

Co z uczuciami? Oczywiście żadnych nie było. Przez całe to spotkanie. W trakcie rozmowy myślałem sobie - dobra, miejmy to z głowy, pogadaj chwilę o pierdołach, które mnie nie obchodzą, obejrzyjmy film i działaj. A gdy do działania doszło - jakieś tam podniecenie i tyle. Chęć zmacania, chęć bycia zmacanym. Przyjemna świadomość, że obok jest drugie, ogromne ciało należące do dorosłego faceta. Podobno u kobiet w trakcie stosunku wydziela się jakiś hormon odpowiedzialny za przywiązanie, po którym zadają sobie różne pytania - czy on zadzwoni, czy mu się spodobała. U facetów tego nie ma, robimy swoje i szlus. Gdy wreszcie doszedłem, sam niestety, bo on nie potrafił mnie zadowolić, przyszedł ten wyrok. To trochę takie zgubne... uprawiamy seks, chcąc dojść na skraj rozkoszy dzięki drugiemu facetowi, a gdy przychodzi ten moment, nic do niego nie czujemy. Wraz z wytryskiem ucieka gdzieś wszystko, co nas przywiodło do jego łóżka. W tamtej chwili chciałem się teleportować do domu. Chciałem, by przestał istnieć. By mnie już więcej nie dotykał.

To taka mała kara za to spotkanie, bo przecież za dużo przyjemności miałem tego wieczoru. Muszę swoje przecierpieć po tym wszystkim, gdy już osiągnę swój cel. Muszę jeszcze przez chwilę z nim poobcować. A on jak zwykle musiał się przytulić, musiał mnie jeszcze raz pocałować. Gdy mijaliśmy się w drodze do łazienki (chyba najgorszy, najbardziej fizjologiczny moment w takich sytuacjach), musiał mnie złapać w pasie i przyciągnąć do siebie. A ja byłem jak kukła, pusta w środku. Gdy szybko się ubrałem, zrobił to ponownie, a ja znów - nic. Gdy w kuchni zapaliliśmy po raz ostatni, on siedział przy stole, a ja stałem obok, niefortunnie, bo znów mógł się do mnie przyklejać. Ciekawy jestem, jak ludzie to robią, że wychodzą z siebie, że patrzą na całe zdarzenia z boku czy z góry. Choć może to właśnie było to? Nic nie czułem, poza obrzydzeniem. Do siebie, do niego. Nie mogłem na niego patrzeć, jak najszybciej chciałem umyć zęby i skoczyć pod prysznic.

Odwiózł mnie kulturalnie do domu - tu pojawi się ukochane imię Mikołaj. Chłopak spaczył mi myślenie, ciągle wysyłał mi samochody, które miałem oceniać i mówić, czy mi się podobają. Zawsze byłem z osób, które samochody oceniają po kolorach, a teraz przez niego rozglądam się za nimi na ulicy i przyglądam się im jak jakiś hetero. I przez jego możliwości materialne wysoko postawił poprzeczkę, zacząłem innych facetów oceniać na podstawie ich aut... ale mniejsza. Olbrzym, jakżeby inaczej, miał olbrzymie auto. Marki nie pamiętam, ale spodobało mi się. Gdy jechaliśmy, w radiu leciała piosenka Imany - You will never know. Nie wiedzieć czemu znów pomyślałem wtedy o Mikołaju, co jest małą groteską, bo on właśnie jako pierwszy facet w moim życiu wiedział co czuję, wiedział aż za dużo.

Gdy dojechaliśmy, miło się pożegnałem. Powiedział - do zobaczenia. A moja myśl? Chyba żartujesz, nie ma nawet takiej opcji. Wysłał mi potem dwa smsy, tradycyjne podziękowania i informację, że zostawiłem zapalniczkę. Trochę mi jej szkoda, miałem ją całe lato, miła pamiątka po moich próbach otwierania piwa. Napisał też na Fellow, ale tej wiadomości nie odczytałem. I napisał nad ranem. A potem znów. Potwór ze mnie, wiem. Sam sobie tym zaszkodziłem. Mam takie myślenie za każdym razem, po każdej takiej przygodzie. Cholernie tego żałuję, ale potem mija trochę czasu, pojawia się ktoś nowy i... nie umiem odmówić.

Nie umiem się oprzeć. Kolejny penis do kolekcji. Kolejny facet. Krótkotrwała pociecha z terminem ważności albo jak bomba zegarowa, która nie wybucha. Dochodzę podwójnie, bo seksualnie i do końca znajomości. Jakie na to lekarstwo? Zakochać się? Pamiętam ostatnią scenę pewnego filmu. Nie podam jego tytułu, bo zrobię spoiler - jeśli nie oglądaliście, nie będziecie wiedzieli, o którym mówię. Pewna kobieta uprawiała seks z wieloma mężczyznami. Ale był jeden, który ją rozdziewiczył (w moim przypadku to akurat bez znaczenia), zakochała się w nim. Przez wiele lat spotykali się przypadkowo, on miał inną, ona miała innych, ale w końcu po latach to zrobili po raz drugi. Przez cały czas był obecny w jej marzeniach i fantazjach, aż wreszcie to się stało. Po wszystkim się rozpłakała i powiedziała: Nic nie czuję. Tego najbardziej się boję. Że nawet gdy pojawi się ten jedyny, ja w takich chwilach nadal nic nie będę czuł, że to nigdy nie da mi tego, co daje wszystkim. Nawet mimo mojego ulubionego cytatu z tego samego filmu: The secret ingredient to sex is love.



Komentarze

  1. Sądzę, że tym sekretnym składnikiem oprócz miłości jest długa praktyka z jednym partnerem :P
    Ja jeszcze jej nie mam, ale mam nadzieję, że "dziewicze fantazje" kiedyś się spełnią ;)
    Wszystkiego dobrego :)

    Pozdrawiam,
    M.A.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałbym w to wierzyć, być może niektórym to się udaje, ale natury faceta nie oszukasz. Głupio mi, że powtarzam teraz frazesy, którymi szafuje wielu gejów, ale niestety tacy już jesteśmy. Faceci to zdobywcy. Dalej chciałbym wierzyć w coś takiego jak wierność i przywiązanie, ale czy u gejów to na pewno jest możliwe?

      Usuń
    2. Jest możliwe, ale zanim odkryjesz drugą osobę, musisz najpierw odkryc siebie ;)
      Tak nawiązując do komentarza poniżej i Twojej odpowiedzi proponuję odkrywać siebie, w sensie seksualnym, szukać tego co sprawia Ci przyjemność. Może to zajmie Cię na jakiś czas i nie bedziesz musiał wchodzić w sytuacje, które jak czytam, Cię ranią.
      Może przez ten czas pojawi się ktoś warty ;)
      Nie wiem co jeszcze mogę Ci powiedzieć, nie mam doswiadczenia w takich przygodach jednorazowych :)

      Powodzenia
      M.A.

      Usuń
    3. No tak, wiem - "zanim nauczysz się być z drugą osobą, naucz się być ze sobą", "zanim pokochasz kogoś innego, pokochaj siebie" i tak dalej. Ja to wszystko wiem :-) Tyle że ja nie jestem głupszy czy jakoś ułomny względem takich licealistów, którzy poznają swoją miłość w szkole i trzymają się jej kilka lat albo i pół życia, no albo tych wszystkich par, które po prostu na siebie trafiają i są ich miliony. Więc te mądrości pewnie można włożyć między bajki i wystarczy poczekać, aż zjawi się ktoś taki. Zjawi się wtedy, kiedy nie będziemy się go spodziewać, przyjdzie sam, przypadkiem. Choć podobno przypadki nie istnieją :-)

      I bardzo dziękuję za... hmm... miłe słowa :)

      Usuń
  2. Jak sam wspomniałeś pod koniec: Nic nie czułeś. Czy nie wydaje Ci się to chore? Chore, że żądza, która Tobą pociąga tak naprawdę daje Ci szczęście na pare sekund, w porywach do parunastu, a potem co? Zostajesz spełniony, rzucasz facetem jak zabawką, która Ci się znudziła, by szukać innej. Seks bez miłości jest tylko zwykłym stosunkiem. Bez głębszej relacji emocjonalnej, która doprowadzi do seksu z miłości - jest on zwykłym aktem pozbawionym czegokolwiek.
    Chcesz tego?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najbardziej upiorne jest to, że tej radości nie ma nawet podczas tych kilku/kilkunastu sekund. Wiem, że to chore. Nienawidziłem siebie po każdym takim epizodzie, żałowałem jak cholera. To takie prymitywne zaspokojenie potrzeb, pozbawione jakichkolwiek uczuć i emocji. Raz dwa i po robocie, a potem wstręt. Ale minie trochę czasu, wspomnienia gdzieś się ulatniają, dominują te z dreszczykiem, że ciało drugiego faceta jest na wyciągnięcie ręki... to błędne koło i oczywiście, że tego nie chcę. Mam nadzieję, że tego uniknę w przyszłości, ale nie wiem, co będzie. Gorszy dzień, kolejna porażka i nieudana relacja, chęć odreagowania. Ciekawość, możliwość. Seks dla seksu to pułapka, w którą wszyscy często wpadamy.

      Usuń
  3. Pieprzysz się z każdym? Fe. Właśnie tacy jak Ty psują nam opinię w oczach porządnego katolickiego społeczeństwa. Wielkie dzięki ziom.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wybacz :< Już zakładam wór pokutny i zapieprzam do Wrocławia, wymyślisz mi jakąś karę, może tak być?

      Usuń
    2. Czemu nie, jestem dobry w karaniu chłopców.

      Usuń
    3. Rozdwojenie jaźni? Już się boję.

      Usuń
  4. Długo mnie tu nie było. Czytając tego posta zdałem sobie sprawę z tego, że opisywałeś tu wielu "zlych" facetów, ale tak naprawdę nawet oni wszyscy razem wzięci nie byli tak źli jak Ty. Seksualne wykorzystywane drugiego człowieka to chyba najgorsza rzecz jaką można zrobić i nie trzeba być psychologiem żeby to wiedzieć. Dodatkowo pisanie o tym publicznie i pastwienie się nad czyjąś fizycznością musi być domeną prawdziwego potwora.

    Przy okazji te miejskie opowieści o Twoim puszczalskim trybie życia to jednak prawda. A ja głupi zawsze Cię broniłem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też zdałem sobie z czegoś sprawę czytając Twój komentarz. Z ludzkiej hipokryzji.

      Jestem potworem? Nie większym od każdego geja, który siedzi na Fellow albo nawet tutaj, z pasją czytając kolejne historie. Ja jestem tylko produktem stworzonym przez lubelskie środowisko, przez facetów chcących dobrać mi się do tyłka albo zrobić ze mnie chłopaka do związku. Maślane oczy i zachwyty mnie rozpuściły, odrzucenia wpędziły we frustrację i zgorzknienie. Jestem jak każdy z Was, wielu takich było przede mną i wielu będzie po mnie. Może od niektórych różni mnie to, że tych historii do opowiedzenia mam trochę więcej. Od wszystkich różni to, że opowiadam, a na dodatek nie robię tego z ukrycia. A wielu to robi, śmiejecie się z cudzych ułomności i wad, z wpadek i błędów, ale za plecami, po cichu, w bezpiecznym towarzystwie albo nawet tylko w myślach. Nie mów mi więc o jakimś pastwieniu się, a lepiej sam przypomnij sobie, ile razy szydziłeś z innych.

      Mówisz o wykorzystaniu seksualnym? Serio? To nie pięcioletnie dziecko, ale dojrzały facet, który z całą pewnością wiedział co robi, zapraszając mnie do siebie i od razu oferując łóżko, choć obok stały dwa fotele. Ja jedynie znam psychikę faceta i te schematy, którymi myśli i działa, więc za to zdarzenie jesteśmy odpowiedzialni na równi.

      Miejskie legendy krążące na mój temat, powtarzane przez innych gejów posiadających profile na Fellow i umawiających się z innymi gejami, robiącymi dokładnie to samo? Może to jeszcze ci geje, którym nie odpisałem na dziękczynne smsy po takich epizodach, którzy dalej gapią się na mnie w Wyrku jak szpak w pięćset złotych i czekają, by móc po raz kolejny zagadać? Ile tu fałszu, ile obłudy... ale niech mówią, w końcu ja od marca mówię tu o nich. Za obronę bym Ci podziękował, ale niestety nie wiem kim jesteś.

      Zlicz własne grzechy, drogi P., zanim z ukrycia rzucisz kamieniem. Ja jedynie czarno na białym piszę to, co większość robi i o czym myśli, choćbyśmy obaj chcieli, nie jestem wyjątkiem. To jest najbardziej przykra prawda.

      Usuń
  5. Pilnujcie siebie samych.
    Jak można w XXI wieku zabraniać komuś realizować jego własnej seksualności. To jest chore.
    Łóżko i to co kto w nim robi to prywatna sprawa każdego, a to że społeczeństwo jest w tyle to nie nasza wina.
    Nie zgadzam się, żeby ktokolwiek kiedykolwiek narzucał mi styl życia, chociaż widzę, że zmiany polityczno-społeczne w naszym kraju idą w takim kierunku. Kilka rzeczy w tym momencie stało się dla mnie jasnych..

    Pozdrawiam Autora, a hater'om polecam przeczytać kilka książek, zaznać troszeczkę wyższej kultury i trochę się ucywilizować ;)
    M.A.

    OdpowiedzUsuń
  6. Dołączam się do Pana P. Przede wszystkim brakuje Ci skromności, masz wrażenie, że każdy facet tutaj marzy o Tobie i spać nie może. Otóż nie.
    Pisałeś o wielkiej przemianie, którą przeszedłeś. Szkoda, że zaszły jedynie zmiany fizyczne, a nie psychiczne - Twoja pewność siebie wcale nie jest taka, jak piszesz. Gdybyś ją miał, nie musiałbyś desperacko szukać. Skaczesz z kwiatka na kwiatek, mówisz o związku i miłości, a i tak pakujesz się do łóżka. Nie trzymasz się swoich wartości, a to jest najgorsze. A opisywanie tych ekscesów - zwykłe skurwielstwo. Dajesz ludziom czytać o tym wszystkim bo łatwiej jest być nadąsanym gejem niż facetem, który ma pewne wartości i chce je pokazywać oraz promować. Narzekasz na świat, który bardzo aktywnie tworzysz. Dorośnij.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nawet trochę zabawne, ta cała obłuda. Opisałem w jednym wpisie, jak w Wyrku umówiłem się z dwoma na raz i cały wieczór tak latałem od jednego do drugiego - przez długi czas był to najchętniej czytany wpis, a komentarzy do tego zachowania zero. Opisałem dwa sekscesy, gdzie po jednym zostawiłem faceta niezaspokojonego, a w drugim facet wyznał mi miłość, doszedł i zasnął - dotąd jest to najchętniej czytany wpis na blogu, a komentarzy do tego zachowania zero. Teraz opisałem pierwszy taki przypadek od długiego czasu i po raz pierwszy nie przemilczałem mikroskopijnej męskości - krzyk i raban, taki potwór ze mnie, bo tu znalazła się loża prawych i sprawiedliwych. Otóż nie :-)

      Przede wszystkim odpowiadam za to, co napisałem, a nie za to, co zrozumiałeś. Widzisz to, co chcesz widzieć. Nie mów mi, jakie mam wrażenie, bo doskonale wiem, że daleko mi do ciach rodem z okładek, ale mimo tego zdaję sobie sprawę z własnych zalet. To nie brak skromności, to samoświadomość. Zauważ tę różnicę i przestań szafować słowami nijak mającymi się do tej sytuacji.

      Zmiany psychiczne zachodzą wolniej, ale zachodzą przez cały ten czas, uważny czytelnik dostrzegłby różnicę między początkowymi, a ostatnimi wpisami. Znów - widzisz, co chcesz widzieć. Bladego pojęcia nie mam, co pewność siebie ma do szczęścia w szukaniu drugiej połówki. Szkoda, że nie rozwinąłeś tej myśli, Anonimie.

      I znów nie zauważasz tego schematu, że po każdej porażce pojawia się - jak to ująłeś - skakanie z kwiatka na kwiatek. Powiedziałbym, że problemem jest przyczyna, czyli chęć znalezienia wreszcie tego faceta, ale czy mam się tego wstydzić i uważać to za problem czy coś złego? To naturalne, a że nie wychodzi raz za razem... mnie pierwszemu? Na pewno też nie ostatniemu. Do reszty bzdur nawet nie ma sensu się odnosić, poza jedną. Jeśli skurwielstwem jest opisywanie tych wydarzeń, jak można nazwać czytanie tego? Krytykowanie i czytanie nadal? To dopiero zagwozdka, co?

      I nie martw się, dorastam. A że w taki sposób, jak większość, która przez to samo przeszła? Schematy, schematy, schematy. Nie wszyscy za pierwszym razem znajdą ukochanego idealnego faceta, z którym do końca życia będą wspólnie pierdzieć pod jedną kołdrą. Bajki nie istnieją. Nie można mierzyć wszystkich jedną miarką, ale nie bez powodu po wpisach wiele razy czytałem - opisujesz moje myśli, jakbym czytał o sobie, też przez to przechodziłem. Również po takich wpisach opisujących sekscesy i szaleństwa w Wyrku - więc chodzi o tę niewielką męskość? Litości.

      To ostatni komentarz anonima, na który odpowiadam i który dopuszczam na światło dzienne. Chcecie krytykować - proszę bardzo, w końcu do tego między innymi służą te komentarze. Tylko miejcie odwagę robić to z klasą i w sposób godny faceta z jajami, a nie skończonego tchórza, który się chowa.

      Usuń
  7. Dorośnijcie, Panowie.
    Seks jest przyjemny i nikogo nie krzywdzi. Uprawiamy go świadomie, a jeśli decydujemy się go uprawiać z autorem bloga, który opisuje na nim swoje randki, to trzeba mieć to na uwadze.
    Powiesiłbym za jaja tych idiotów którzy jarają się Corridą i męczą biedne byki, ale dla niektórych to szlachetny narodowy sport. Wegetarianie uważają, że jedzenie zajebanego w bólach cielaczka to bestialstwo, ale ja tam lubię kotlety, a Wy?
    Dla jednych seks to świętość, dla innych po prostu kategoria życia.
    Wydawanie takich sądów jest trochę zabawne, a trochę smutne.

    OdpowiedzUsuń
  8. Czytam te komentarze i się nadziwić nie mogę, że od kilku lat siedzę w dziurze zwanej Londyn a nie w swoim ukochanym Lublinie, bo! Otóż mam wrażenie, że gdybym tam był żyło by się lepiej! Wszystkim! Prolog zakończyłem, więc przejdę do rzeczy...
    Autor ma niepodważalną rację. Nie musi się spowiadać czy bronić przed jakimikolwiek zarzutami. Koty miauczeli, że umówili się na sex randkę, bo obaj tego chcieli, a i "kolega" autora wiedział o blogu i jakie konsekwencje spotkania z bloggerem przyniesie owa sex randka - powinien o tym wiedzieć (chyba że myślenie kutasem przekreśliło logikę w zwojach u góry - patrz - te na dole zadziałały właściwie bez kooperacji z górą). Po wtóre! Do jeb..ej kur..y nędzy, będąc singlem zarówno homo jak i hetero ma się prawo do uprawiania aktu płciowego z kim się zechce. Święci są Ci, co o tym nie mówią? Panowie (geje), przecież święci nie jesteśmy a po prostu niektórzy nie umieją uprawiać sexu, bo mają za małe glizdy, brzuchy lub nie staje (czasem mi tez jak widzę małego). Nie róbcie na złość człowiekowi piszącemu prawdę o ludziach. Podziwiam Bloggera za szczerość, ale tez za to (i przede wszystkim za to), że ukazuje na swoim blogu brak solidarności wśród ludzi o tej samej orientacji. Nie zauważyliście co się dzieje? Jeden drugiego by w łyżce wody utopił. I to nie autor "Translacji" psuje nam reputacje, tylko takie mało znaczące, wstydliwe, bez twarzy z małymi ciutkami "pedałki", które zamiast zamknąć za przepr. "ryje" na pewne tematy rozkopują je bez wyraźnego powodu. Ja rozumiem, że ktos może nie ma własnego życia i motywacji do niego, ale poprzez "dopierdalanie" innym to owe "dopierdolenie" powróci do "dopierdalaczy" z podwójną siłą. Nie jestem żadnym wyniosłym i wszechwiedzącym, ale takim, który również uważa, że jeżeli "przerost formy nad treścią" w postaci 80 kg "u góry" nie umie się całować i nie wykłada od razu "kawy na ławę" jest po prostu zakompleksionym dupkiem w dodatku w związku:) Przepraszam ale szczerość za szczerość. Niestety czuję się pewnie, bo nie wykraczam w krytyce poza bariery przyzwoitości podpartymi symbiozą swoich myśli z czynami. Nie umiecie żyć? To się nauczcie. Może zróbcie rachunek sumienia w kościele, albo zacznijcie mieć hobby - polecam puzzle. Ja nie zainteresował bym się człowiekiem bez żadnych aspiracji, siedzącym, knującym, rozwalającym innym związki i narzekającym, że nie moze znaleźć nikogo. Ja też (jak autor) nienawidzę masek. Zazdrościcie takim jak My, że jesteśmy soba. Sami też bądźcie - uwierzcie mi - poprawa bytu gwarantowana. I nie życzcie innym źle, bo nigdy samo dobrze mieć nie będziecie! PROSTE jak sik pająka!
    Uwielbiam ludzi sukcesywnie dążących do spełnienia marzeń. Odważcie się więc i Wy z tymi małymi kusiami (będąc nawet w związkach i zdradzając partnerów- patologia rodzi patologię) opowiedzieć własne historie a nie tylko komentować cudze. Wiedzcie tylko że wyrażając opinię na czyjś temat, maskujecie opinie o sobie samym, a i pamiętajcie że jeden palec wskazuje na kogoś, a trzy wskazują na wskazującego. Krytyka konstruktywna jest wskazana, ale nie ta bez sensu.
    Kolejna sprawą są maniery komentujących. Ilu z Was rozumie autora? Tylko Ci z wyższym wykształceniem? No i się teraz chyba wyjaśniło to na czym polega nieumiejętne wczucie się w postać przedstawiającego. Pfff.... Allle macie kur...wa jazdy moi "kochani". Jak piszecie, piszcie z sensem:)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz