3. 50 pierwszych randek.
![]() |
| źródło pierwotne: photoree.com |
Jesteś gejem? A byłeś z dziewczyną? Nie chciałbyś kiedyś spróbować? Jesteś pewny? Ktoś o tobie wie?
Kocham te pytania. I mam ogromną nadzieję, że nie ja jedyny stawałem się ich ofiarą, kiedy na pierwszej randce zapadała niezręczna cisza. Uwielbiam szczególnie pytanie, czy ktoś wie, że jestem gejem. Z jednej strony rozumiem ciekawość, w końcu nie każdy się tym chwali na prawo i lewo - po tym też można wyczuć, czy mamy do czynienia z osobą, która nie wstydzi się siebie, która otwarcie mówi o swojej orientacji, czy może wręcz przeciwnie, jest cichociemnym studentem medycyny albo innym pozornym heterykiem, o którym nikt za cholerę nie może się dowiedzieć. Z drugiej strony to pytanie brzmi tak, jakbym był mutantem z komiksu X-Men z jakimś niezwykłym darem, typu telekineza, a rozmówca jest ciekawy, czy ktokolwiek o tym wie.
Po P. i przykrym incydencie, byłem, można by powiedzieć, w separacji z fellow. Przez prawie trzy lata zaliczyłem jedną jedyną randkę, którą właściwie słabo już pamiętam - wypad do kina na ostatnią część Harry'ego Pottera. Bardziej wrył mi się w pamięć stres przed nią, jak chodziłem po mieszkaniu chyba z godzinę, zastanawiając się o czym będę z nim rozmawiał, co mogę mówić, co robić, gdzie patrzeć. Jak się mizdrzyłem przed lustrem, chcąc zadbać o wszystko. A przecież to było zwykłe wyjście do kina. Nie chcę się tutaj zatrzymywać, bo mimo wszystko poza gargantuicznym stresem, randka nie ma wielkiego znaczenia w całej tej historii, nawet nie pamiętam jego imienia i o czym mówiliśmy. Miał przykry oddech, był wysoki, przeraźliwie chudy, na zdjęciach przystojniejszy, tyle. Ogólnie rzecz biorąc był to czas, kiedy nie interesowałem się fellow, konta zakładałem i po chwili kasowałem. Nie miewałem profilowego, tylko jedno czy dwa zdjęcia pod hasłem, to i kuszącym kawałkiem mięsa nie byłem, bo długaśny opis, zazwyczaj charakteryzujący wszystkie moje profile, nie mógł przyciągnąć stada wzrokowców.
Wszystko zaczęło się zmieniać w roku 2014. Jest takie powiedzenie, że jak spędzamy Sylwester albo Nowy Rok, tak spędzimy cały rok. I, cholera, coś w tym musi być. Pamiętam te dwa dni, które spędziłem w domu, właśnie wtedy postanowiłem odnowić kontakt z kochanym portalem. Ostatniego dnia roku założyłem nowe konto i w ten sposób powoli zaczął się najbardziej intensywny okres w moim życiu, nazwijmy go okresem "50 pierwszych randek". Tradycyjnie nie pamiętam mężczyzn, z którymi pisałem na początku, nie wiem kim byli, nie znam ich imion, wymyślnych lub banalnych nicków. Co sprawiło, że właśnie wtedy się ożywiłem w tej sferze? Może to, że przestawałem powoli być wystraszonym, wiecznie zdenerwowanym i chorobliwie nieśmiałym chłopaczkiem? Że zacząłem się ubierać i wyglądać jak człowiek? Bo, tutaj warto wspomnieć, wcześniej wyglądałem niezbyt ciekawie, byle jak ubrany, z byle jaką fryzurą, trochę zakompleksiony, krótko mówiąc dotąd było ze mnie takie byle co - ale w tamtym czasie zaszła we mnie podwójna zmiana, zarówno wewnętrzna jak i zewnętrzna. I właśnie to musiało sprawić, że przestałem unikać spotkań, że nie bałem się poznawania nowych osób, że otworzyłem się i rozkwitłem, jak ten kwiatuszek na wiosnę. ;-)
Wciąż jednak musiało minąć trochę czasu, cały proces nie odbył się w ciągu kilku dni. Pod koniec lutego zaliczyłem jedno spotkanie idealnie pasujące do wyżej przedstawionego obrazka, które pozornie miało polegać na wspólnym oglądaniu horroru i piciu piwa, a skończyło na wspólnej kąpieli i łóżku. Nigdy więcej jednak się nie umówiliśmy. Jemu zależało tylko na tym, a i u mnie był już spalony. Bo niestety, ale jestem tak dziwnie skonstruowany, że owszem, do pojedynczych epizodów czasem dochodziło, nie jestem święty - ale nigdy nie zostały powtórzone. Gdy ktoś już na pierwszym spotkaniu lub po prostu dość szybko nie potrafi powstrzymać łapek, przez chwilę jest miło, ale to wszystko. Po czymś takim w moich oczach jest stracony, nigdy już nie umiem spojrzeć na niego jak na potencjalnego partnera, jak na kogoś, z kim mógłbym budować coś poważniejszego. Taka mała pułapka dla mnie i dla innych, najpierw muszę poczuć coś więcej, potem przychodzi pora na cielesne przyjemności. W innych przypadkach to tylko zwierzęce pożądanie, popęd seksualny i znikaj z mojego życia, a jeśli możesz, weź przy okazji śmieci.
Po tym wyskoku ponownie nastąpiła przerwa, dopiero koniec maja mogę oficjalnie uznać za przełomową datę. Wtedy to zaliczyłem pierwszą, normalną, spontaniczną randkę. Ł. był ogromnym facetem, cholernie wysokim, jak lubię, co prawda ciupinkę tłuściutkim tu i ówdzie, ale źle nie było, ponieważ był przystojny, a i pogadać mieliśmy o czym. Poszliśmy na zwykły, zwyczajny spacer po Ogrodzie Saskim. Wypaliliśmy kilka papierosów (niestety moich), pożartowaliśmy, poopowiadaliśmy o sobie jakieś bzdurki. Naprawdę było fajnie. Po raz pierwszy, odkąd jestem na fellow, wracałem ze spotkania z uśmiechem na twarzy i myślałem, że w końcu się udało, to może być to. Chwilowa euforia sprawiła, że już po chwili nie mogłem doczekać się następnego spotkania, że czekałem na jego telefon lub chociaż sms.
Jednak życie to nie bajka i radość długo nie trwała. Doszło do drugiego, a nawet trzeciego spotkania, ale ja, niestety swoim zwyczajem, znalazłem w nim natychmiast milion wad. Nagle zaczęło mi przeszkadzać to, że nie potrafił poprawnie wymówić "r", że jego żarty z czasem przestały być zabawne, stały się męczące i nudne, a szczęka od sztucznego uśmiechania się coraz bardziej mnie bolała. Jakby tego było mało, przyjaciel znał byłego Ł., a więc dość szybko, nawet nie pytając, dowiedziałem się, że duży chłopak natychmiast zakochuje się w każdym kogo pozna. Więcej informacji nie potrzebowałem, całkiem się już do niego zraziłem, a gdy w jego zachowaniu znalazłem potwierdzenie informacji z drugiej ręki, kiedy nawet dostałem od niego zdjęcie dowodowe z ładnym podpisem, powiedziałem dość i po prostu podziękowałem za znajomość. Po raz pierwszy w życiu, dość dziecinnie, bo przez fejsa. Chociaż czy jest to aż tak złe i niegodne? Tak się zastanawiam, gdybym miał usłyszeć, że chłopak nie chce się więcej ze mną spotykać, że nie czuje tej chemii, jakbym zareagował? Natychmiast musiałbym się ładnie uśmiechnąć i powiedzieć: "Rozumiem, nie wyszło", chociaż w myślach miałbym ochotę go zamordować? Czy na pewno nie lepiej jest coś takiego przeczytać w samotności, kiedy nie musimy się martwić o to, że nam drgnie powieka albo kącik ust? Wydaje mi się, że powiedzenie komuś czegoś takiego prosto w twarz jest tylko pozornie lepsze.
Ł. jest pierwszym przykładem relacji, kiedy to druga osoba poczuła za dużo, podczas gdy ja nie czułem nic. Miałem go na tacy. Nie musiałem nic robić, a on i tak był już mój. Wystarczyło go przyjąć, zaakceptować, pozwolić mu się poznać, z czasem być może pokochać. Ale ludzka psychika jest tak kretyńsko złożona, że nas nie interesuje to, co zdobywamy bez wysiłku. Nie przedstawia to wtedy żadnej wartości. Jak śpiewa infantylna Taylor Swift, chłopcy pragną miłości, jeśli jest ona torturą - to święta prawda. Gdy moja pierwsza przyjaciółka dowiedziała się, że jestem gejem, popłakała się i powiedziała, że nigdy nie będę szczęśliwy. Niedawno przyjaciel powiedział mi, że gdyby był hetero, do tej pory miałby za sobą milion relacji, w tym pewnie kilka poważnych związków. Jak to jest? Mężczyźni to urodzeni zdobywcy, więc któryś w końcu musi odpuścić i pozwolić się zdobyć? Są wymagający, więc któryś powinien przymknąć oko na wady drugiego? Tylko wtedy możemy zaznać odrobinę szczęścia, bo jeśli zostaniemy sobą, będziemy wiecznie skazani na los żurawia i czapli? Sam nie wiem. Na razie wierzę, że to po prostu karma. Odrzuciłem Ł., więc dość szybko sam zostałem odrzucony.

Wierzysz w karmę, czy ona w ogóle istniej ?
OdpowiedzUsuńWielu ludzi wierzy w Boga, a czy on w ogóle istnieje?
UsuńNie wiem czemu cichociemny to akurat student medycyny, u nas na uczelni jest całkiem sporo gejów i duża część się z tym jakoś specjalnie nie kryje ;)
OdpowiedzUsuń