6. Jesteś - a więc musisz minąć.
![]() |
| źródło: Wikipedia |
I left alone
I left the world
I was running
To be by your side
I was dying
Along by your side
Crystal Fighters - At home
To było malutkie szczęście - koniec czerwca, początek lipca. Częste wypady na miasto ze znajomymi, do Wyrka, wyjazdy na basen, małe imprezy u przyjaciółki. Pamiętne powroty do domu o świcie, gdy słychać już świergot ptaków i robi się coraz jaśniej. Miły okres. Również z tego względu, że coraz wyraźniej pojawiał się P., który delikatnie zawrócił mi w głowie, który jest przykładem tego, że nasze ideały można o tyłek potłuc. W końcu każdy ma jakiegoś wymarzonego faceta - w moim przypadku to po prostu wysoki brunet z piękną brodą. A P.? Blondyn niższy ode mnie, z burzą loków, w okularach. Jawna kpina z moich mrzonek.
Jak ja się nim chwaliłem znajomym. Jak pokazywałem im jego zdjęcia, opowiadałem kim jest, co studiuje, skąd pochodzi. Opowiadałem o naszych spotkaniach. Przeżywałem pierwszy w życiu wyjazd do odległego miasta, do faceta. Te wielkie przygotowania, planowanie całego pobytu... Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że nie miałem żadnych problemów, że to był jeden z tych momentów w życiu, kiedy nic nam nie grozi, kiedy wszystko układa się świetnie, ale my tego i tak nie potrafimy docenić, martwimy się pryszczem na nosie albo tym, że w portfelu brzęczą jedynie drobniaki. Być może tak po prostu już jest, że doceniamy to dopiero wtedy, kiedy to stracimy, zauważamy, że istniało, gdy tego już nie ma. Ludzie to bardzo małe i ułomne istoty ;-)
Pisałem już wcześniej, że nasze rozmowy odbywały się tylko wirtualnie - na fejsie i poprzez sms'y. Nie przeszkadzało mi to, a nawet pasowało. Zrozumiałem, że to błąd, gdy zadzwonił do mnie na krótko przed moim przyjazdem, by pomóc mi kupić przez internet bilet na pociąg (czasami to dla mnie prawdziwie czarna magia). Rozmowa była krótka, ale bardzo niezręczna. Byłem wyraźnie zmieszany i zawstydzony, dało się wyczuć, że on też czuł się nieswojo. Taki malutki zwiastun, który głupio zignorowałem i pełen nadziei wsiadłem w poniedziałek dwudziestego pierwszego lipca nad ranem do pociągu. Samej podróży miło nie wspominam, wręcz przeciwnie. Wystroiłem się w jeansy i najlepszą koszulę, a na zewnątrz i w środku panował straszny ukrop. Jak na złość w przedziale ośmioosobowym zajęto wszystkie miejsca, a jakby tego było mało, jechała ze mną zakonnica, która za każdym razem zamykała okno - mój jedyny ratunek - bo wiało jej w ten cholerny czepek, czy jak to się nazywa. Dziewięć godzin udręki.
Niestety, gdy dojechałem, nie mógł mnie powitać na dworcu - pracował tego dnia. Musiałem więc wsiąść w jakiś tramwaj, dojechać na konkretny przystanek i tam odnaleźć jego miejsce pracy. Od razu skok na głęboką wodę, bo do Wrocławia przyjechałem po raz pierwszy w życiu, to dla mnie całkowicie obce miasto. Choć wspaniałe, natychmiast mi się spodobało, widać od razu tę różnicę między nim a zaściankowym Lublinem. W tym mieście nawet brzydcy faceci w jakiś sposób są przystojni, jak strażacy. Ludzie ładniej ubrani, atrakcyjniejsi, milsi dla oka, miasto ze wspaniałą, niemiecką architekturą.
Kiedy już stałem w zapchanym tramwaju i próbowałem nie zawadzać innym swoją torbą, P. zadzwonił, chcąc się upewnić, że wszystko w porządku. Zapytał, czy znalazłem sobie jakieś miejsce siedzące, a ja tak rozejrzałem się dookoła po całym tłumie i powiedziałem do telefonu: "Tak, jasne", na co on odpowiedział: "No to fajnie, będzie ci wygodnie". Nie potrafił wyczuć mojej ironii. Niestety nie on pierwszy i nie ostatni. Wreszcie dotarłem, spotkaliśmy się i niezręczność urosła do ogromnych rozmiarów. Nawet się nie przytuliliśmy na powitanie, po prostu wszedłem i po chwili wyszliśmy na fajkę. Posiedziałem z nim kilka godzin w "gabineciku", później przyjechał jego znajomy, a wracając z pracy do domu zabraliśmy kolejną dwójkę - wcześniej się nad tym nie zastanawiałem, ale możliwe, że zwyczajnie byli mnie ciekawi i chcieli po prostu zobaczyć, jaki jest nowy obiekt westchnień P. Pamiętam nawet, jak jeszcze przed moim przyjazdem opowiadał mi, że chwalił się im, że przyjadę, że nie może się tego doczekać i tak dalej. To był kolejny błąd.
Byłem zestresowany samą sytuacją, wyjazd do miasta na drugi koniec Polski, do chłopaka, którego właściwie ledwo znałem, a on sprowadził jeszcze znajomych, po cholerę? Cały pobyt był średnio udany, ponieważ ciągle musiał pracować, więc miasto poznawałem tylko nad ranem, później siedziałem z nim w gabineciku. Co ważne, nie mieszkał w samym Wrocławiu, ale pod nim, dlatego wieczorami byliśmy obaj zmęczeni powrotami i dość szybko padaliśmy jak kłody. Jednak zdarzały się ciekawe momenty. Wspólny prysznic - nie zapomnę go chyba nigdy. Pierwszy raz, kiedy widziałem go nago i sam tak przed nim stanąłem. Ta chwila zawstydzenia, kiedy rozebrał się i podszedł do mnie... właśnie tego mi brakowało w poprzednich relacjach. Tego, że intymność pojawiała się dopiero w odpowiedniej chwili, nie od razu, po jednym czy dwóch piwach na randce, że towarzyszył jej ten ważny dreszczyk emocji, adrenalina. Nie można tego spłycać, jak to wielokrotnie robiłem wcześniej i później.
Mimo takich krótkich chwil, przez prawie cały czas czułem się tam nieswojo, jak piąte koło u wozu, czułem się nie na miejscu, jak źle postawiony mebel. Naszym randkom w Lublinie zawsze towarzyszył alkohol, który dodawał odwagi i animuszu - we Wrocławiu nie było go wcale. Bałem się, że być może jesteśmy takimi osobami, które potrafią dogadać się jedynie po kilku piwach, a na trzeźwo nie mogą nawet spojrzeć sobie w oczy. Coś w tym jest. Kolejny problem, od początku miałem wrażenie, że zwyczajnie ma mnie gdzieś. Podczas błahych rozmów, gdy o czymś mu opowiadałem, on natychmiast mówił o czymś zupełnie innym, jakby przez cały czas mnie nie słuchał - doprowadzało mnie to do szału. Jego gadulstwo początkowo urocze i ciekawe, tam stało się uciążliwe i męczące, również sztuczne, jakby za wszelką cenę próbował zagłuszyć ciszę i nie chciał wprost powiedzieć, że coś jest nie tak.
Czara goryczy przelała się w sobotę, podczas grilla, który urządził dla najbliższych przyjaciół. Zjechało się coś ponad dziesięć osób, żadnej nie znałem. Choć przed imprezą wypiłem ze dwa piwa dla kurażu, nie podziałały, byłem spięty i zestresowany. Wiedziałem, że będą mnie oceniać, poczułem presję. Na dodatek on po raz kolejny miał mnie głęboko w nosie. Siedzieliśmy w kółeczku, obok mnie siedziała jego przyjaciółka z dziewczyną, ciągle się całowały, tuliły, coś sobie szeptały - a my? Ja obok nich, on po drugiej stronie, jak obcy ludzie. Nie wiedziałem o czym z nimi mówić, nie wprowadził mnie do swojego towarzystwa, po prostu się nimi wszystkimi zajął, a ja byłem na szarym końcu. W pewnym momencie nawet zostawił mnie z nimi samego i pojechał z koleżanką po papierosy na stację. Wobec tego wszedłem do domu, poszedłem na górę i spakowałem swoje rzeczy. Przyjaciółka przez telefon pisała mi, jak w tej małej mieścinie znajdę busy i jak we Wrocławiu trafię na dworzec PKP. Próbowałem zasnąć, ale przez kilka godzin tylko wierciłem się na łóżku, czekając, aż przyjdzie, by zapytać, dlaczego wyszedłem. Nie przyszedł. Przyszła jego przyjaciółka, ale udałem, że źle się czuję. Słyszałem ich wrzaski z dołu, jak śpiewali i się wygłupiali, a nerwy z chwili na chwilę coraz bardziej się rozrywały. Próbowałem słuchać muzyki, ale to nic nie dawało. Towarzyszyła mi jedynie ta gorycz.
Obudziłem się o szóstej, on spał obok. Wstałem, poszedłem do łazienki, spakowałem ostatnie rzeczy, ukradłem komuś dwie fajki z pudełka zostawionego na parapecie i wyszedłem. Nie zostawiłem żadnego liściku, nie napisałem sms'a, po prostu wziąłem swoje rzeczy i wyszedłem z tego domu. Dzięki instrukcjom przyjaciółki i pomocy tubylców jakoś dotarłem na malutki dworzec. Busik przyjechał, a ja wsiadłem, na zawsze żegnając się z tym miejscem. Zaczął wydzwaniać kiedy znajdowałem się w połowie drogi do Wrocławia, ale nie mogłem odebrać - dookoła przecież siedzieli ludzie, jak miałem przy nich krzyczeć do telefonu: "P., to nie mogło się udać! Nie możemy być razem!"? Odrzucałem więc, a gdy napisał sms'a i zapytał gdzie jestem, napisałem po prostu, że w drodze do Wrocławia. Wymieniliśmy mnóstwo sms'ów, w których wyrzucałem mu wszystko, czego nie potrafiłem powiedzieć na żywo, póki była okazja. Początkowo nieźle się trzymałem, czułem tylko wściekłość, ale w końcu tamy pękły i złamałem się jak mała gałązka, pisałem, że żałuję tego wszystkiego, że nie chciałem, żeby to się tak skończyło. Następny błąd. Bo dopóki to ja byłem na pozycji tego oschłego, on przepraszał, żałował, próbował to naprawić. A gdy jego zachowanie mnie rozczuliło i wzruszyło, dałem po sobie poznać, że to przeżywam i to on stanął na tej wyższej pozycji i przyjął rolę takiego skurwiela mówiącego: "No cóż, nie zawsze się udaje, ciężko jest połączyć dwie osoby".
We Wrocławiu długo nie czekałem na pociąg, przedział na szczęście był w miarę pusty, jechałem z jakąś chorą umysłowo dziewczyną i jej siostrą - ciekawy zestaw. Chwilami nie umiałem powstrzymać łez, wtedy przymykałem oczy, byle tylko ich nie zobaczyły. Starałem się wyłączyć, czytałem książkę, słuchałem jakichś optymistycznych piosenek, raz nawet spróbowałem wyjść do kibelka na fajkę, ale jak na złość pociąg akurat wtedy zatrzymał się na stacji. Ogólnie podróż powrotna była przyjemniejsza, lżejsza, ale na to już nie zwróciłem uwagi. Dojechałem, wysiadłem, dotarłem do domu. I zacząłem płakać. Jak nigdy, ryczałem bez przerwy, szlochając i zachodząc się jak małe dziecko. Tak zaczęło się moje długie przeżywanie nieudanej wyprawy do pięknego Wrocławia i nieudanej próby stworzenia pierwszego związku w moim życiu.

Komentarze
Prześlij komentarz