5. Złudzenie.

źródło pierwotne: www.albion-prints.com

Błoto stwarza cza­sem po­zory głębi.
Stanisław Jerzy Lec


B. był pierwszym chłopakiem, którego poznałem nie przez fellow, pierwszym poznanym w lubelskim klubie. Był blondynem, ładnie wysokim (ta moja słabość), schludnie ubranym, czasem nawet zabawnym. Nie wiem, kiedy tak się we mnie zauroczył - ujęło go moje zakłopotanie spowodowane dwoma uciążliwymi osobnikami? Cokolwiek to było, cholernie poprawiło mi humor, świadomość, że się komuś podobamy ma taki pozytywny wpływ na naszą samoocenę... Spotkałem się z nim dwa lub trzy razy i ciągle lądowaliśmy u niego, jednak było grzecznie, nawet palcem mnie nie tknął. Przyjaciel, który znał B. dłużej niż ja, powiedział mu w wielkiej tajemnicy, jakby radząc, że ja nie lubię się spieszyć, że cenię sobie powolne tempo, inaczej facet jest spalony. B. bardzo wziął to sobie do serca, ale wiele mu to nie pomogło. Nic nie mogłem poradzić, powtórzył się scenariusz z chłopakiem, którego mam wystawionego na tacy, a przez to całkiem nieinteresującego. To był pewnie główny powód, ale cholernie pomogły jeszcze dwie sprawy. Miał taki nieprzyjemny pieprzyk nad ustami, który zawsze przykuwał mój wzrok, gdy na niego patrzyłem. Zamiast patrzeć w oczy, widziałem tylko ten nieszczęsny pypeć i nie mogłem o nim zapomnieć, był dla mnie jak dioda, neon bijący po oczach i krzyczący: "Spójrz na mnie!". Egoistycznie myślę, że nie byłem aż tak płytką osobą i ten drobiazg nie miał żadnego wpływu na odrzucenie B., że ważniejsze było pojawienie się P., mojego letniego nieszczęścia.

Chodziliśmy razem przez cały rok na zajęcia z włoskiego, ale rzadko zwracaliśmy na siebie uwagę. Pojawiało się tylko takie dziwne napięcie i niezręczność, kiedy raz na jakiś czas siedzieliśmy obok siebie. W maju przeżyłem niemały szok, kiedy przyjaciel pokazał mi jego konto na fellow i powiedział, że poznali się w styczniu i widywali wtedy kilka razy. Ten chłopak z włoskiego. On jest gejem. Za to kocham ten portal, potrafi zaskoczyć zawsze i wszędzie. Skuszony wszedłem na jego konto, tak, by nieśmiało dać o sobie znać, bo co jak co, ale zdjęcia i opis miał bardzo zachęcające i przyznam szczerze, od razu mnie zaciekawił. Po kilku dniach odezwał się, już w pierwszej wiadomości walnął taką małą krowę, czym jeszcze bardziej zaplusował, bo nie ma chyba nic gorszego od durnych wiadomości w stylu: "Hej, co tam?" na dzień dobry. Zdziwiłem się jednak, bo z wiadomości wynikało, że P. nie wie, że chodzimy na te same zajęcia - już wtedy zapaliła się malutka lampka, bo może udawał i głupio było mu się przyznać do tego? Zdjęcia miałem, musiałby być ślepy albo głupi, by mnie nie poznać. Tylko po co udawać? Tym jednak długo nie zaprzątałem głowy, już po kilku godzinach rozmowy, w której go uświadomiłem, że się znamy z widzenia, wyciągnął mnie na piwo. To była chyba najpóźniejsza randka, bo wyszedłem z domu po godzinie 23. Co ciekawe, pamiętam sporo szczegółów z tamtego wieczoru, że w telewizji leciał odcinek "Seksu w wielkim mieście", w którym Carrie robiła Samancie wymówki, bo weszła do biura, gdy ta robiła loda kurierowi. Pamiętam jaką miałem na sobie koszulę, jakie spodnie, że gdy czekałem na niego pod pubem, pod pobliskim kościołem odbywała się jakaś impreza, choć to określenie to gruba przesada - ludzie cnotliwi tańczący w kółku jak dzieci w jakiejś podstawówce, a wodzirej, pewnie jakiś podstarzały ministrant, krzyczał: "A teraz zapraszamy do następnego tańca zakonnice, księży, państwa wolnych, państwa szybkich"... Urocze... i jakie dowcipne.

W pubie długo nie posiedzieliśmy, bo kelnerka chciała zamykać jakoś koło pierwszej, więc odprowadził mnie grzecznie na przystanek, ale do domu nie pojechałem - nagle postanowiliśmy pójść do innego pubu, skoro noc była młoda... Paląc papierosa za papierosem rozmawialiśmy długo, choć to on głównie mówił - nie dało się nie zauważyć, że kiedy się rozkręci, potrafi być niezłą gadułą. Opowiedział mi, jak przeniósł się z Wrocławia do Lublina dla chłopaka, z którym był w związku na odległość przez jakieś dwa lata. Jak wszystko się rozpieprzyło w niecały miesiąc po jego przeprowadzce. Jak kocha Wrocław, a nie znosi Lublina. Opowiadał długo, choć całkiem rozkręcić się nie mógł, mieliśmy wtedy jakiegoś pecha do pubów, bo z tego też nas ładnie wyproszono, barmanka na drugi dzień miała lecieć do Barcelony. Nie mieliśmy wyjścia i tym razem już musieliśmy się pożegnać. Co dziwne z perspektywy czasu i wszystkich późniejszych wydarzeń, nie wracałem z tej randki jakoś szczególnie radosny. Nie tryskałem optymizmem, nie cieszyłem się, że poznałem następnego chłopaka, który sprawia wrażenie fajnego. Może pojawiła się mała rutyna? Wracałem do domu autobusem i tylko ślina mi ciekła, kiedy czułem apetyczny zapach kebaba jakiejś kobiety siedzącej obok. Głód, nie radość, żadnego znaku ostrzegawczego, że przez tego chłopaka przeżyję duży dramat.

Umówiliśmy się na drugą randkę, która była mniej udana, bo jakoś tak niezręcznie się zrobiło, chwilami milcząco. Za trzecim razem podobnie, pojechałem do niego na wspólną naukę - zaczęła się wtedy sesja, mieliśmy jakieś egzaminy następnego dnia. Nie wiedziałem co mówić, jak się zachowywać. Gdy zbliżył się, niby chcąc zobaczyć co czytam, po prostu mnie wryło. Dopiero czwarte spotkanie mogę nazwać przełomowym, ale chyba głównie dlatego, że było obficie zakrapiane alkoholem. Najpierw wypiliśmy u niego po butelce wina, potem pojechaliśmy do gejowskiego klubu, którego on jeszcze nie miał "przyjemności" zwiedzić. Posiedzieliśmy tam dłuższą chwilę, P. podpity próbował mnie wyciągnąć na parkiet, ale że wtedy jeszcze stroniłem od tańca, musiał ograniczyć się jedynie do podrygiwania nóżką. Pogadaliśmy trochę, on delikatnie zaczął się przystawiać. W końcu wyszliśmy pijani, a więc odważni i bardzo pewni siebie. Idąc przez pół miasta, ścisłe centrum, trzymaliśmy się za ręce. Nawet nie wiem jak do tego doszło - po prostu szliśmy razem, dookoła brak żywej duszy, a on bełkocząc uczył mnie liczyć po francusku, po łacinie i jeszcze w jakimś innym języku. Ekscytująco nie brzmi, ale to było naprawdę coś wielkiego dla mnie - iść tak, bez zażenowania przez miasto, trzymając za rękę chłopaka. Nie zwracając uwagi na kamery, na to, że w każdej chwili ktoś może to zauważyć. 

Gdy byliśmy u niego, i wiadomo, wylądowaliśmy w łóżku, on dalej bełkotał, tym razem o archeologii - miałem wtedy mały kryzys na studiach, chwilowe problemy, a w takich sytuacjach często pojawiają się myśli: "Po co mi ten kierunek?", "Co będę po tym robił?", wobec czego chciałem pójść na archeologię, ale P. tej nocy skutecznie mnie do niej zniechęcił, próbując z całych sił zachęcić. Choć wypiliśmy wiele, choć okazja sprzyjała, do niczego poza pocałunkami nie doszło. Pocałunkami nieudanymi, to kolejna, ważna nowość. Dotąd, trochę jak dziecko, sądziłem, że wszyscy potrafią się całować, że to nic trudnego, przystawić wargi do cudzych, wychylić język lub przyjąć jego. To wielkie rozczarowanie, pocałunki sprawiały wrażenie... pustych. Przez niego sam traciłem pewność i nie umiałem się w nich odnaleźć, jakby ktoś przykładał do siebie dwa przepychacze do odtykania toalety. 

Następnego dnia wracał do Wrocławia na wakacje, ale zanim odjechał, poprosił o spotkanie na dworcu. To takie filmowe i ciut romantyczne. Chciał wiedzieć co dalej, w końcu dwumiesięczne rozstanie to duże wyzwanie dla tak młodej relacji - oczywiście zgodnie postanowiliśmy, że pociągniemy to, poznamy się lepiej. To chyba najbardziej naiwny etap podczas randkowania. Widujemy się z kimś, pierwsza randka jest udana, więc myślimy, że może być z tego coś fajnego, bo dwie strony chcą się spotkać ponownie, a to już spory sukces w całym przesiewaniu przez kolejne etapy. Jest miło, ale nawet jeśli nie do końca idealnie, to i tak nic nie mówimy, nie kończymy tego,  choć nie czujemy motylków w brzuchu. Po prostu przyzwyczajamy się do danej osoby i myślimy, że to wystarczy, albo jeszcze gorzej, nie umiemy się wycofać i przyznać do błędu, że to po prostu nie to. Wolimy ciągnąć tę niebezpieczną grę, w której przegrywa ten, kto pierwszy poczuje coś więcej. To ryzykowne. Razem z P. postanowiliśmy spróbować. Przez jakiś czas utrzymywaliśmy kontakt jedynie internetowo-telefoniczny, ale bez rozmów, tylko pisanie.To kolejny, ogromny błąd. W internecie i przez sms'y łatwo jest zajść daleko, podczas gdy na żywo relacja stoi w miejscu i w chwili spotkania wszystkie te wypisane rzeczy nie mają dużego znaczenia. To dwie ścieżki rozwoju relacji, moim zdaniem, powinny iść równomiernie w tym samym tempie. Tutaj niestety takiej możliwości nie było i szybko się to na nas zemściło, kiedy przyjechałem do Wrocławia.





Komentarze

Popularne posty z tego bloga

20. Nic się nie stało, a zdarzyć miał się cud.

6. Jesteś - a więc musisz minąć.

29. Zmęczenie materiału.