13. Co od ciebie wyjdzie, przyjdzie z powrotem?

źródło pierwotne: wikiart.org


Karma to wredna, ale sprawiedliwa suka. Od dłuższego czasu wierzę, że to co dajemy, zawsze do nas wraca. Zarówno zło, jak i dobro. Wierzę też, że nasze myślenie ma cholernie wielką siłę. Są różne przekonania, ja należę do osób uważających, że właśnie wiele zależy od naszych myśli, że to one kształtują nasze życie. Może dlatego, że gdy byłem mały, siostra w chwili natchnienia przekazała mi tę wielką mądrość życiową i był to jeden z tych momentów, które nieświadomie zapamiętuje się na całe lata. Mówiła też coś o kole fortuny, ale niestety nie pamiętam co dokładnie. Wziąłem sobie do serca jej słowa i być może z tego powodu miałem później kilka dowodów na istnienie karmy.

Na przykład w trakcie tego randkowego szaleństwa zrobiłem coś cholernie złego. Podłego, bardzo. Odezwał się do mnie pewien facet, z cyferkowego opisu świetnie się zapowiadał - olbrzym, czyli to co lubię najbardziej. Jednak za cholerę nie chciał pokazać mi choćby jednego zdjęcia. Podejrzane, ale przez lata rozmów z wieloma różnymi dziwakami nauczyłem się tolerować ten strach - mężczyźni pieprzyli coś o tym, że kiedyś pokazywali zdjęcia, ale ktoś to wykorzystał w złym celu (ciekawe jakim), że nie mogą się pokazać na fellow, bo praca im na to nie pozwala, że zbyt wiele by ryzykowali. Pierdu pierdu, ale ok. Nie naciskałem więc, dałem sobie spokój po kilku prośbach i zgodziłem się na randkę w ciemno. Matko moja, nigdy niczego tak bardzo nie żałowałem.

Siedziałem sobie na Placu Litewskim, a że przybyłem przed czasem, spaliłem jednego papierosa, czując wielką ekscytację i ciekawość, ale i stresując się. Stres nie pojawiał się już od jakiegoś czasu przed takimi spotkaniami, odebrałem to więc jako dobry znak. A jak to ze mną i moim fartem bywa, szczęścia miałem tego dnia niewiele. Podszedł do mojej ławki, jakoś tak wychodząc zza niej, jakby wyrastając spod ziemi, a ja automatycznie jęknąłem w myślach. Załkałem wręcz. Natychmiast zrozumiałem, dlaczego nie chciał pokazać żadnego zdjęcia. Trudno mi to opisać fachowo, bo i nie znam się na takich sprawach, opiszę więc kolokwialnie - jedną stopę miał dziwnie skrzywioną, być może dłuższą, być może krótszą, a przez to tak dziwnie kulał. Chociaż nie, kuleje to człowiek ze skręconą kostką, on po prostu kusztykał, chodził w sposób zwracający na siebie uwagę na pięćset kilometrów. Gdy spojrzałem mu w oczy, załkałem ponownie. Prawe oko całkowicie poleciało w lewą stronę i za chińskiego boga nie chciało wrócić na normalną pozycję.

Byłem w czarnej dupie. Natychmiast pożałowałem decyzji spotkania w takim miejscu, które odwiedza połowa Lublina. Gdy szliśmy w stronę najbliższej kawiarni, on o coś zagadywał, pytał o bzdety typu studia, a ja odpowiadałem zdawkowo i modliłem się tylko, by nikt znajomy mnie nie zobaczył w tamtej chwili. To był koszmar, szedłem jak w jakimś transie, sparaliżowany, zawstydzony. Pierwszy raz w życiu znalazłem się w takiej sytuacji, nie wiedziałem co robić, więc oczywiście czepiłem się pierwszego lepszego pomysłu - ucieczki. Gdy weszliśmy do Centrum Kultury i byliśmy już przy wejściu do kawiarni, powiedziałem, że muszę iść na chwilę do łazienki. Wszedł do środka, a ja obszedłem cały budynek do drugiego wyjścia, by nie widział jak czmycham tym głównym. Już będąc na przystanku autobusowym wysłałem mu sms'a, w którym przeprosiłem go i wprost napisałem, że nie dam rady. 

To moja pierwsza randka w życiu, z której uciekłem. Oczywiście czułem się podle, ale czułem się też trochę oszukany. Wiedział doskonale jak wyglądał, wiedział, że tym wyglądem nie zachęca, liczył więc na to, że zdoła mnie zbajerować charakterem? W pewnym sensie wpędził mnie w maliny. Staram się go zrozumieć, wiem, że chce tego samego co my wszyscy będąc na tym portalu, że ze względu na swoją ułomność ma przesrane, ale... błagam. I zanim rzucicie kamieniem, proszę - odpowiedzcie sobie na pytanie, czy wiedząc jak wygląda, zagadalibyście do takiej osoby. Czy chętnie byście się z nią spotkali. Mało kto z nas jest na tyle święty i wiemy o tym doskonale. Pisałem już o tym wcześniej, wygląd ma dla nas ogromne znaczenie, a mówienie, że nie, jest obłudne. Jesteśmy wzrokowcami, zachwycają nas ładne buzie i muskularne ciała, a odrzuca tusza, nadmierna szczupłość, krzywe zęby, zez i inne defekty. Tak jesteśmy skonstruowani, tak to wszystko działa. Charakter też ma wielkie znaczenie, jednak to na wygląd patrzymy najpierw, nawet zagadując do niektórych na fellow. Źle zrobiłem, znów uciekając po cichu, zamiast powiedzieć wprost, od razu, ale jak pisałem w swoim opisie na fellow, jest we mnie zbyt wielki strach przed urażeniem drugiej osoby. Ciężko to pokonać. Z tego krótkiego spotkania wyniosłem inną naukę. Nieszczęsny człowiek uświadomił mi, bym nigdy, przenigdy, pod żadnym pozorem nie szedł na randki w ciemno. Oczywiście też natychmiast zacząłem się bać, że to się na mnie zemści, bo karma widzi wszystko.

Zemściło dość szybko, choć ciężko mi stwierdzić, czy aby na pewno na tym ucierpiałem. Pojawił się Erwin, chłopak atrakcyjny, ale o naturze pasikonika. Bez ambicji, bez pasji, bez zainteresowań poza internetem i zabawnymi bzdetami, jakie można tam znaleźć. Mimo wszystko jakoś się rozmawiało (choć momentami miałem ochotę pieprznąć go słownikiem w głowę), to i do spotkania prędko doszło. Jedna z dziwniejszych randek, na jakiej byłem. Spędziliśmy u niego chyba pół dnia, pijąc jakieś obrzydliwe, tanie i mocne piwo, które miał w lodówce i oglądając film przez niego wybrany, idealnie pasujący na randkę. Martwicę mózgu. Film choć stary i ze słabymi efektami, to obrzydliwy bardzo i bez większej wartości, nie polecam. Po seansie nie dobierał się do mnie, przynajmniej nie w tradycyjny sposób. Jako osoba wesoła, aż za bardzo w sumie, bo momentami zastanawiałem się czy nie jest na jakichś psychotropach, uwielbiał psikusy. Odkrył, że mam łaskotki i jak każdy facet przed nim, postanowił to wykorzystać. To tak cholernie irytujące, oni zawsze myślą, że mój śmiech, który jest naturalną reakcją na te męczarnie, jest dla nich zachętą, że choć proszę, by przestali, to jednak śmiejąc się tak naprawdę nie mam tego na myśli. W trakcie tego bydłowania dość często dochodziło do dziwnych zbliżeń, ale nie pocałował mnie ani razu, nie przytulił, a ja tego nie zrobiłem z powodów, o których wspomniałem w poprzednim poście.

Gdy tak leżeliśmy na łóżku, do pokoju wszedł jego współlokator, chłopak, którego kojarzyłem z fellow, wiedziałem, że pojawił się tam kilka dni wcześniej, jak Erwin. Niezręczna sytuacja, zrobiło nam się głupio, ale na szczęście wyszedł, zostawiając nas samych. W końcu i ja się zmyłem. Wróciłem tam następnego dnia, w piątek. Powtórka z rozrywki, tym razem obejrzeliśmy Misery, kolejny bardzo romantyczny film. Znów pojawiły się łaskotki, piwo i jego współlokator. Tym razem wpadł w trakcie seansu, gdy ja wtulałem się w Erwina, a on otoczył mnie ramieniem. W końcu przedstawiliśmy się sobie oficjalnie, chwilę porozmawialiśmy. Okazało się, że wybierał się tego wieczoru do Wyrka, jak ja ze znajomymi. Zaprosiłem więc i Erwina, bo im nas więcej tym weselej, prawda? Zgodził się, ale potem nagle rozmyślił, twierdząc, że nie ma ochoty. Może to i lepiej.

Dotarłem na miejsce późnym wieczorem, gdy współlokator Erwina mocno już się podpił ze znajomymi. Natychmiast mnie zauważył i wciągnął do swojej grupki, opowiadając wszystkim, że jestem nowym chłopakiem jego sąsiada. Zdziwiło mnie to, w końcu spotkałem Erwina zaledwie dwa razy, nic o nim nie wiedziałem, a co tu mówić o jakimś związku. Poza tym nigdy, żadnego z tych chłopaków nie uważałem za mojego faceta. Wiem, że wielu nastolatków uwielbia się wypłakiwać innym, opowiadając jak to ich chłopak okazał się gnojem, kłamcą i tak dalej, a kiedy zapytać ich jak długo byli razem, odpowiadają, że znali się kilka tygodni, miesiąc, dwa. Komedia. Wybiegłem więc na zewnątrz na fajkę, a oni polecieli za mną. Współlokator Erwina natychmiast zapytał, czy nie wiedziałem, że byli razem. Dwa albo trzy lata. Kurwa mać. Domyślałem się tego wcześniej, w końcu pojawili się na fellow w tym samym czasie, na dodatek mieszkali w jednym pokoju, ich łóżka były ustawione obok siebie. Wcześniej przeszła mi taka myśl przez głowę, ale gdy ten chłopak wpadł tak niespodziewanie i nakrył nas na przyjemnym oglądaniu filmu, gdy zachowywali się z Erwinem tak naturalnie, jak gdyby nigdy nic, całkiem o tym zapomniałem i uważałem, że są po prostu kolegami. Naiwność moja nie zna granic. Co gorsze, rozstali się jakoś na początku stycznia - Erwina poznałem w połowie tego miesiąca.

Rozmawiałem potem z Erwinem jeszcze dzień czy dwa. Oczywiście nie przejął się całą sytuacją, jak zwykle wyśmiał to i nie było mu głupio z tego powodu, że dowiedziałem się o tym w taki sposób. Ja miałem wyrzuty sumienia, bo natychmiast zacząłem się zastanawiać, co musiał pomyśleć ten chłopak, gdy nas widział razem. Jak musiał się poczuć, widząc swojego świeżo upieczonego byłego z innym. Ale chyba nie każdy tak jak ja przejmuje się takimi rzeczami, bo o dziwo nie znienawidził mnie, wręcz przeciwnie, przez jakiś czas jeszcze potem do mnie wypisywał, rozmawialiśmy o jakichś pierdeletkach i bawiliśmy się w Wyrku. A Erwin? Tak ni stąd ni zowąd napisał, że powinniśmy przestać się spotykać, że nic z tego nie będzie, bo nie ma żadnej chemii, że może to za wcześnie, no sami wiecie. Wryło mnie, bo napisał to podczas zwykłej rozmowy, tak nagle, gdy zapytałem go o egzaminy. Przez chwilę czułem się dziwnie, ale dość szybko o nim zapomniałem. Miał rację, nie pasowaliśmy do siebie. Pod pewnymi względami jestem bardzo wymagający, lubię facetów, którzy mi imponują, którzy w jakichś kwestiach są ode mnie lepsi. Przy nim nie miałbym kompleksów, ale za to czułbym nieustającą irytację - przez jego lekkomyślność, ortografię jak u dziecka z podstawówki, częste powtarzanie głupich słówek (dah! łezka, łezka). W konsekwencji dobrze się stało, ale jednak jakiś malutki zawód się pojawił.

W pewnym sensie dostałem nauczkę - i za Rafała i za ucieczkę z najgorszej randki w życiu. Jednak bardziej ta sytuacja uświadomiła mi, że wielu z nas ma tego swojego demona, do którego porównujemy innych facetów. Myślałem egoistycznie, że tylko mnie to spotkało, ale chyba każdy, kto raz spróbował, choćby i przez chwilę takiego życia od sms'a do sms'a, od spotkania do spotkania, każdy komu taka jedna ważniejsza relacja nie wyszła, rozpamiętuje to wszystko, bo on nie wychodzi z głowy. Facet dla nas idealny, o którym myślimy często, choć już z nim nie rozmawiamy, nie widzimy go. Analizujemy nasze i jego zachowania, zastanawiając się gdzie popełniliśmy błąd. Tak łatwo i szybko zapominamy o wszystkich złych momentach, przez które ta relacja się rozpadła. Wyrzucamy te potyczki i błędy z pamięci, w której zostają tylko dobre i miłe chwile, przez co pojawia się ten żal, że straciliśmy coś cennego. Bo nie przypominamy już sobie tych chwil, w których byliśmy wkurwieni czy smutni z jego powodu. Pamiętamy tylko te krótkie momenty, w których nosiliśmy na twarzy dany przez niego uśmiech. Jawi nam się w głowie jako ten pozbawiony wad, choć znamy go dobrze. Jest tylko jego uroda, inteligencja, dowcip, silny charakter. Jak chłopak, którego nigdy nie poznaliśmy lub poznaliśmy słabo - zadurzamy się w osobie, która istnieje w naszej głowie, ma cechy i zalety przez nas mu nadane, a na spotkaniu zostajemy brutalnie sprowadzeni na ziemię. Tak samo jest ze wspomnieniami. Tylko tutaj spotkanie, które by nam pomogło, nie wchodzi w grę. Szukamy więc dalej nowego pudełeczka z naszymi uczuciami, odrzucamy i sami zostajemy odrzucani.



Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

20. Nic się nie stało, a zdarzyć miał się cud.

6. Jesteś - a więc musisz minąć.

29. Zmęczenie materiału.