7. Miniesz - a więc to jest piękne.

Francisco Goya Dziedziniec szaleńców.
Źródło pierwotne: Wikipedia

Ach, długo jeszcze poleżę
w szklanej wodzie, w sieci wodorostów,
zanim nareszcie uwierzę,
że mnie nie kochano, po prostu.
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska


To było prawdziwe obłąkanie. Wydarzeń z sierpnia i początku września nie zrozumiem chyba nigdy. Niesamowite, jak człowiek potrafi się poniżyć, byle tylko ten, który go odrzucił, znów spojrzał na niego przychylniej. Po powrocie do Lublina, gdy zobaczyłem w mieszkaniu rzeczy zostawione przed wyjazdem, gdy przypomniałem sobie, jaki byłem szczęśliwy, kiedy je układałem, kiedy pakowałem się do Wrocławia, jak chwaliłem się przyjaciołom i znajomym, że tam jadę, coś we mnie pękło. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, że przez cały okres przed nieszczęsnym epizodem byłem szczęśliwy. Dopiero w tamtej chwili to do mnie dotarło. Jak zareagowałem? Naiwnie postanowiłem, że muszę to naprawić. W końcu to ja go zostawiłem, więc i ja musiałem wrócić.

Dojechałem wieczorem, podramatyzowałem trochę, z trudem zasnąłem. I nad ranem, po przebudzeniu, po raz pierwszy w życiu poczułem taki dziwny stres. Jak przed jakimś trudnym egzaminem albo wizytą u dentysty, z tą różnicą, że nie ustawał. Trzymał mnie przez dłuższy czas i początkowo nie wiedziałem, co jest jego przyczyną, w końcu zrozumiałem - P. Jedni reagują na takie dramaty miłosne obżeraniem, drudzy bez przerwy chleją, jeszcze inni ryczą tak, że aż im odwodnienie grozi, a ja poczułem stres. Stresowałem się przez całe życie wieloma, nawet banalnymi rzeczami, więc może to i nic dziwnego, że tak właśnie zareagował mój organizm. Po raz pierwszy w życiu stresowałem się przez jakiegoś faceta, to była niezła nowość.

Zaczęło się od wypłakiwania u znajomych, teraz to nawet mi ich szkoda i podziwiam ich, że mnie wtedy nie zamordowali. Przez cały miesiąc gadałem o jednym i tym samym - co zrobił, czego nie zrobił, co powiedział, czego nie powiedział. O co mu chodziło, jakie miał intencje, czy jeśli polubił moje zdjęcie na fejsie, to znaczy, że chce mi nieśmiało dać do zrozumienia, że też chciałby spróbować ponownie? Komedia. Równocześnie z paplaniem na jego temat, szukałem innych sposobów na zapomnienie. Obejrzałem do końca cały "Seks w wielkim mieście", oczywiście w prawie każdym odcinku doszukując się podobieństw do sytuacji mojej i P., a na koniec czując przypływ takiej ogromnej mądrości na temat związków, którą - jakżeby inaczej - mógłbym wykorzystać przy naprawianiu naszej relacji. Próbowałem też z nim rozmawiać o tym wszystkim. Któregoś razu upiłem się w klubie i postanowiłem do niego zadzwonić, a później, gdy niby sobie co nieco wyjaśniliśmy i stanęło na tym, że utrzymamy normalny, zdrowy kontakt, bez żalu i jakichś podchodów, skakałem z radości za każdym razem, gdy się odzywał.

Ostatnim i chyba najbardziej skutecznym sposobem na zapomnienie okazało się fellow. Gdy zaczynaliśmy, po jego wyjeździe na lato do Wrocławia, zablokowałem swoje konto, a on poszedł w moje ślady. Wobec tego co zrobiłem natychmiast po powrocie do domu? Oczywiście poprosiłem przyjaciela, by sprawdził, czy P. wrócił na portal. Wrócił. Jeszcze tego samego dnia, gdy wyjechałem. Już sam ten fakt powinien dać mi jasno do zrozumienia, co o tym wszystkim myślał. Niestety wtedy nie umiałem logicznie myśleć. Też postanowiłem odblokować swoje konto, ale to był błąd - gdy tylko faceci zaczęli do mnie wypisywać, robiło mi się niedobrze. Po prostu nie mogłem patrzeć ani na nich, ani na fellow, wiedząc, że on tam jest i bez problemu i żadnych wyrzutów sumienia szuka dalej, już z góry zakładając, że ze mną nie wyszło i to definitywny koniec. Czułem taką dziwną nienawiść do tego portalu, ale po chwili wytłumaczyłem sobie to na swój własny sposób, oczywiście widząc i w tym promyczek nadziei.

Czy myślicie czasem o sobie, że jesteście lepsi od innych? Przystojniejsi, ciekawsi, macie lepsze zainteresowania i więcej do powiedzenia, że nawet lepiej się ubieracie? Stawiacie siebie czasem nad innymi? To narcystyczne, ale moim zdaniem bardzo naturalne myślenie. Nie ukrywam, że trochę mnie w to wpędzano od dzieciństwa - starsi chwalili za inteligencję, później za urodę, a na fellow komplementowanie sięgnęło zenitu, gdy mężczyźni chcąc skusić młodego chłopca do siebie czy na zwykłą randkę, wychwalali pod niebiosa. I w tym momencie obudził się mój narcyzm. Znam fellow, wiem jakie osoby tam przeważają. Atrakcyjne, ale niezbyt inteligentne, inteligentne, ale niezbyt atrakcyjne. Bardzo ciężko jest tam znaleźć ten cudowny, złoty środek, kogoś, kto jest atrakcyjny fizycznie i psychicznie. Pomyślałem sobie - ok, niech pisze, nawet niech się spotka z paroma. Gdy zobaczy, jakimi są nudziarzami, imbecylami albo zwyczajnymi brzydalami, przyjdzie koza do woza. Zaskoczę Was, no ale nie przyszła. 

Po jakimś czasie spróbowałem wrócić na dobre. Dopuściłem się nawet małej zdrady wobec fellow i założyłem też konto na kumpello. To dopiero urokliwe miejsce! Gdy moje zdjęcia zbierały po kilkadziesiąt lajków, gdy codziennie miałem mnóstwo powiadomień o zostawionych śladach (dla niewtajemniczonych - ciekawy sposób na zaczepkę, jeśli ktoś się boi zagadać), nadymałem się jak żaba, puszyłem się jak paw. Przypomniałem sobie, że tego kwiatu jest pół... no, może ćwierć światu, że nie na jednym P. geje się kończą. Niestety prędko zrozumiałem, że to portal dla ludzi z Warszawy, Krakowa, Wrocławia i innych dużych miast, bo Lublin przypominał tam jedynie wersję demonstracyjną fellow. Bardzo niewielu facetów w porównaniu do pozostałych regionów, a i tak większość kojarzyłem z większego portalu. Mimo tego udało mi się tam poznać jedną osobę. Załóżmy, że miał na imię Krystian (to ten etap, kiedy inicjały zamieniam na zmyślone imiona). Pochodził z Krakowa, był chyba rok starszy. Miły, dobry człowiek, więc już pewnie wiecie, co nastąpiło dalej.

Krystian przyjechał jakoś w połowie września. Odebrałem go z dworca i pokazałem mu Lublin, cały dzień łaziliśmy w tę i z powrotem, od starego miasta do centrum, zahaczając o co ciekawsze miejsca. Miałem tyle kilometrów w tyłku, że niejedna konsultantka Avonu mogłaby mi pozazdrościć, ja sobie i biednym nogom tylko współczułem. Od razu dało się wyczuć, że był zadowolony, że naprawdę cieszy się z tego przyjazdu. Był chyba dwa razy większy ode mnie, na dodatek inteligentny i ciekawy, dlatego wcześniej po cichu liczyłem na to, że zdoła zawrócić mi w głowie. Nocowaliśmy u mojej przyjaciółki, która chwilowo miała wolną stancję, a więc łatwo doszło do sytuacji intymnej. Znów niektórych rozczaruję, ale tego nie opiszę, powiem tylko, że na koniec usta miałem tak czerwone, jakbym się całował z odkurzaczem. Było intensywnie, ale oczywiście nic do niego nie poczułem, podczas gdy on poczuł wiele. Czy to dlatego, że za szybko wylądowaliśmy w łóżku? Czy może to przez P., który wciąż siedział mi w głowie? Jak śpiewała Nosowska, był dla mnie tą nutą z najniższych rejestrów, co wwierca się w umysł głęboko. Odrzuciłem Krystiana, niestety nic dla mnie nie znaczył. 

Przez jakiś czas nadal się łudziłem, że spróbujemy z P. na nowo. Myślałem o zbliżającym się roku akademickim i wspólnych zajęciach z włoskiego, na które mógłbym stroić się jak na pokaz mody i odstawiać takie szopki, byle tylko mnie zechciał. Przyjechał przed początkiem października, by pozałatwiać jakieś sprawy - tu ważne - wcześniej, chcąc mu się przypodobać, załatwiłem dla niego stancję, którą odrzucił. Zaproponowałem nocleg w Lublinie, gdy na jeden dzień miał przyjechać, ale też to odrzucił. Byłem gotowy zrobić dla niego dużo, bardzo dużo. Spotkanie oczywiście wiele nie dało, praktycznie nic sobie nie wyjaśniliśmy, po wszystkim odprowadziłem go na dworzec, jak w czerwcu, obiecaliśmy sobie spotkanie po jego powrocie na stałe. To było naiwne. Przyjaciółka w końcu mi wprost wyjaśniła, że jestem zwyczajnie głupi. On miał mnie w dupie, po prostu. Mogłem się łudzić, ale to bez sensu, nic, co bym dla niego zrobił, nie sprawiłoby, że w końcu zmieniłby zdanie. Dlatego próbowałem poznawać nowych, jak Krystiana, ale za szybko.

Gdy wciąż wiele czujemy do tego, którego porzuciliśmy (chcąc by nas zatrzymał) lub który nas porzucił, nie możemy od razu szukać kogoś innego. Nasz demon siedzi nam w głowie i przez długą chwilę nie przestanie, musimy najpierw sami sobie wszystko tam poukładać,  byśmy byli gotowi na szukanie jego zastępstwa. Bo szukać trzeba, po tych wydarzeniach zrozumiałem, że najlepiej działa zasada "klin klinem". Musiałem czekać jeszcze ponad miesiąc na poznanie chłopaka, który bardziej niż P. zawrócił mi w głowie, ale w końcu stało się. To co prawda najlepiej dla mnie się nie skończyło, ale przynajmniej dzięki temu mogłem zamknąć rozdział wrocławski. I wtedy, nie czując już do niego nic, zrozumiałem jak głupio się zachowywałem. Nie kochałem P., to nie była miłość. To było odrzucenie. Zwykła psychologia, coś, co jest dla nas nieosiągalne, chcemy zdobyć za wszelką cenę. Dopiero gdy poznałem innego, który był jeszcze bardziej nieosiągalny, mogłem na dobre zapomnieć o P. Jak podsumować uczucie do niego? To nic nadzwyczajnego. Dwuosobowy kraj bez niego wolno znika z map... ale znika, zawsze.




Komentarze

  1. Z ciekawością czekam na kolejne wpisy ;) Oby starczyło Ci chęci i wytrwałości!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, następny wpis pojawi się w niedzielę :)

      Usuń
    2. Czyli coraz bliżej czasu teraźniejszego, ale uważaj! - kolejne lato już za pasem ;)

      Usuń
    3. Myślę, że do lata jeszcze sporo się wydarzy, ale w końcu nadejdzie ten moment, w którym będę opisywał wszystko na bieżąco :)

      Usuń
  2. Tego się obawiałem: że jak pochwalę autora za doskonały opis jednego z bohaterów, to znikną autentyczne inicjały, żeby nie było zbyt łatwo. Tymczasem nadal czyta się dobrze, choć myślałem, że opowieści o Wrocławiach nie będą już interesujące. A są. Dobre pióro!

    OdpowiedzUsuń
  3. Cholernie mi miło i nie pozostaje nic innego, jak szczerze podziękować, to dla mnie wiele znaczy! :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

20. Nic się nie stało, a zdarzyć miał się cud.

6. Jesteś - a więc musisz minąć.

29. Zmęczenie materiału.