11. Nie-pożądanie.
![]() |
| źródło pierwotne: pixshark.com |
Matką rozpusty nie jest radość, lecz brak radości.
Fryderyk Nietzsche
Od kilku dni możemy słuchać trzeciej piosenki z planowanej nowej płyty Florence and the Machine, Ship to wreck. Jest tam takie świetne zdanie - Nic nie poradzę na to, że używam wszystkiego wokół, aby pościelić sobie łóżko (źródło: tekstowo.pl). Ładnie opisuje ten krótki okres mojego życia. Oczywiście bez przesadyzmu, nie chodzi mi tutaj o seks, nie wyglądało to tak, że założyłem sobie drugie konto z opisem sugerującym, że szukam wiadomo czego. Wiem, że wiele osób tak robi, chcąc zachować pozory, ale ja nigdy nie musiałem się do tego zniżać. Ze swojego głównego konta też nie musiałem do nikogo pisać. Wciąż odzywało się wiele osób, akurat pod tym względem bardzo rzadko mogłem narzekać na brak zainteresowania. W pewnym momencie wiadomości niektórych kretynów zrobiły się za bardzo irytujące, już i tak straciłem mnóstwo czasu na bezsensowną grzeczność i odpisywanie, próbowanie być miłym, więc po prostu ich nie odczytywałem, widząc już w podglądzie pytania typu: "Cześć, mogę hasło? Moje: kutas". Wrednie i nie mogąc powstrzymać ciekawości, wchodziłem na ich profile i wpisywałem otrzymywane hasła. To chyba jak z tymi zdjęciami tylko dla dorosłych - widzimy je, wiemy na 90% co tam znajdziemy, ale i tak klikamy, bo przecież nikt się nie dowie, nikt tego nie widzi, a my możemy zobaczyć kolejne delicje i pośmiać się z odwagi niektórych facetów, dumnie prężących filigranowe penisy, jakby im sięgały do kolan. Dostawałem hasła, to zerkałem.
Liczba nieodczytanych wiadomości rosła z dnia na dzień, w końcu przekraczając setkę i szybko dobijając do drugiej, a ja przesiewałem panów przez bardzo, bardzo gęste sito. Pisałem z wybranymi jakąś chwilę i dość szybko dochodziło do randek. W pewnym momencie zrobiło się to dla mnie męczące i nudne - ciągle chodziliśmy do moich miejsc, ciągle mówiłem to samo, ciągle się rozczarowywałem. Za każdym razem pojawiał się ten sam schemat, kilkugodzinne pitu pitu i żegnaj. Któregoś dnia przyjaciel powiedział mi, że powinienem wyhamować, bo robię się zbyt... popularny? rozpoznawalny? Wiecie o co chodzi. Twierdził, że w krótkim czasie poznałem więcej facetów, niż on przez rok, a musicie wiedzieć, że on też nie próżnował, jego egzotyczna uroda zawsze przyciągała uwagę. Nagle znało mnie naprawdę wielu chłopaków i mężczyzn, a jak to bywa w tym środowisku, oni też się między sobą znają. A niestety mało który z nich miał powody, by mnie lubić, zmywałem się często już po pierwszym spotkaniu i choć potem pisali, a ja czasem im odpowiadałem, w końcu i tak dawali sobie spokój, widząc brak zainteresowania z mojej strony. W takich chwilach łatwo o powstanie plotek. Wciąż przekonuję się, że przyjaciel miał rację.
Przyznaję, nie miałem wielkich zahamowań. Prócz licznych randek na mieście, dopuściłem do dwóch w mieszkaniach. Z pierwszym nawet długo nie rozmawiałem, dość szybko zaprosił do siebie na piwo. Na jednym piwie się nie skończyło, w ruch poszła wódka z sokiem pomarańczowym, a my z kanapy przenieśliśmy się do łóżka. Zachowałem się jednak jak gnój, bo gdy doszedłem, zapytałem, która godzina. Odpowiedział, a ja udałem, że się zachłysnąłem z wrażenia i wyznałem, że muszę lecieć na korki z łaciny (których od jakiegoś czasu udzielał mi P.). Biedny i niezaspokojony, nie miał innego wyjścia i odprowadził mnie na przystanek, a ja już nigdy go nie spotkałem.
Drugi był Czarek. Podaję imię, ponieważ znacznie wyróżnił się z masy mężczyzn. Już od początku zdobył mój podziw, pisywaliśmy ogromne wiadomości i już pierwszego dnia do mnie zadzwonił. Głos miał cudowny, jak dziennikarz radiowy, taki męski, niski, zmysłowy. Kolana mi zmiękły gdy go usłyszałem. Już wtedy przegadaliśmy dwie godziny i od tamtej pory dzwonił do mnie co noc, przez cały tydzień. Jakież to były niesamowite rozmowy. Po raz pierwszy w życiu miałem wrażenie, że ktoś mnie przejrzał na wskroś, ale nie oceniał i nie osądzał, po prostu przyjmował takim, jakim jestem. Muszę przyznać, że miał gadane. Niestety dość szybko przesadził, czytając mi przez telefon jakieś swoje wiersze i śpiewając... No, to nie było szczególnie przyjemne. Właściwie żenujące.
Spotkaliśmy się w nietypowy dzień, bo wieczorem w Boże Narodzenie. Wsiadłem do jego autobusu, którym wracał z domu rodzinnego. Początkowo był nieśmiały, jednak szybko nabrał odwagi. U niego trochę wypiliśmy, on pił czystą, kieliszek za kieliszkiem, a mi robił driny, bo od samego zapachu wódki zbiera mi się na wymioty. Oczywiście do każdego kolejnego drina dolewał coraz więcej wódy, cwaniak. Niestety na spotkaniu jego irytująca natura poetycka jeszcze bardziej doprowadzała mnie do szału. Gdy puściłem mu śliczny kawałek, on słuchając przymknął oczy i tak siedział kilka minut. Zauważyłem, że poleciało mu kilka łez, a gdy kawałek się skończył, siedział tak jeszcze chwilę. Wreszcie się "wybudził" i zaczął pleść takie dyrdymały, że aż żałowałem, że nie mam pod ręką jakiejś siekiery lub młotka. Zastanawiałem się cały czas, czy on tak na poważnie. Czy on może po prostu taki sposób sobie obrał na podryw i uważał, że jest idealny i tak trafi do mojego serca. Przykro mi, ale zamiast mnie wzruszyć, wkurwił. Alkohol jednak robił swoje, zaczął się do mnie kleić i całować, tu przeżyłem obrzydliwe rozczarowanie - jego oddech śmierdział tak, jakby gnił od środka. Nigdy nie czułem gorszego smrodu. Ja to mam szczęście do całowania, co? Unikałem więc kontaktu usta-usta i wyciągałem szyję, nadstawiałem policzki, robiłem co mogłem, byle tylko tego nie poczuć. Dość szybko rozebrał siebie i mnie. Wciąż nalegał na to, co imiennik Michała i tak jak on, też nie potrafił zrozumieć mojej odmowy, ale wyjścia nie miał. Mój tyłek, mój ból, to ja decyduję kiedy i z kim. Poza tym może to trochę głupie, ale mam pod tym względem takie myślenie jak święta dziewica, czekająca na tego konkretnego. Kiedyś z ciekawości próbowałem z byle kim, wiem jak to wygląda i jak to jest i nie potrafię zrobić tego ponownie z jakimś wypierdkiem.
Całość trwała niestety długo, a gdy doszedł... zasnął. Tak po prostu, w ciągu dwóch sekund. Rozumiecie? Myślałem, że biorę udział w jakimś idiotycznym reality show i jestem w ukrytej kamerze, a zespół chorych psychiatrów bada moje reakcje. Patrzyłem na niego zdziwiony i nie mogłem uwierzyć, że tam jestem. Facet w jednej chwili stękał i jęczał wykonując te błazeńskie ruchy, a w drugiej leżał jak kłoda. Nie pozostało mi nic innego jak położyć się obok, odwrócić do niego plecami i spróbować zasnąć. Ale nie mogłem. To była ciężka noc, w pokoju panowała duchota, na dodatek on zostawił włączony laptop i ciągle leciały jakieś durne kawałki. Co zasnąłem, to się obudziłem. Nad ranem, w Szczepana, przynajmniej pogoda ładnie mnie zaskoczyła - wszędzie było biało, tak zimowo, świątecznie. Chociaż powrót do domu miałem w ładnej scenerii.
Co łączy tych dwóch panów? Do żadnego z nich nic nie czułem. Gdy na mnie leżeli, całowali, pieścili, ja tylko liczyłem na palcach, który to już raz, jaki numer mają. W tym czasie mogłem robić wszystko, choćby na drutach, słuchać piosenek, czytać książkę, to nic dla mnie nie znaczyło. Całowali mnie, a ja pozwalałem się całować. Pieścili, a ja pozwalałem się pieścić... O Czarku przez chwilę myślałem, że może w jakiś sposób delikatnie mnie zainteresuje, w końcu tyle mądrych i miłych rzeczy mi mówił, ale gdy tylko doszło do spotkania i pokazał o co mu chodzi, był spalony.
Czy doszłoby do tego, gdyby nie robili pierwszego kroku w moją stronę? Myślę, że nie. Choć przez te wszystkie randki i ciągłe poznawanie nowych osób stałem się osobą bardziej otwartą i odważną, w tych kwestiach wciąż nie umiem zaczynać jako pierwszy. Za każdym razem, przyznaję to z ręką na sercu, inicjatywa wychodziła od drugiej osoby, zawsze to ktoś zbliżał się do mnie, kładł rękę na kolanie, przytulał, zaczynał całować, a ja jedynie zgadzałem się na to i uczestniczyłem w tym wszystkim. Może to pewna forma nieśmiałości, może brak wiary w siebie, może strach, że jeśli to zacznę, zostanę odrzucony.
Gdy to z nimi robiłem, nie było we mnie żadnej czułości, nawet sympatii. Chwilowa chemia, to wszystko. Jeśli zaś chodzi o liczne randki, być może zemściło się na mnie to, że poszedłem na ilość, nie na jakość. I nie chodziło już o Michała, powoli o nim zapominałem, starałem się nie myśleć. Pojawiła się za to we mnie jakaś ogromna potrzeba poznania tego jedynego. Szukałem go za wszelką cenę, na siłę, chaotycznie. Choć już na etapie wirtualnych rozmów wiedziałem, że oni nie zawrócą mi w głowie i z góry zakładałem, że drugiego spotkania nie będzie - bo ten był jeszcze bardziej zdesperowany niż ja, tamten zbyt miły, jeszcze inny malutki jak szczurek albo zwyczajnie głupi. Co mną powodowało? Po cholerę się z nimi spotykałem, jeśli wiedziałem, że to i tak nie ma większego sensu? Poznawałem ich taśmowo, jednego za drugim, jakbym był tak naiwny i wierzył, że może na żywo są inni, ciekawsi, lepsi, że może trzeba dać każdemu szansę. Dlaczego to robiłem? Przeszedłem wtedy kolejną metamorfozę, pojawiły się ubrania jeszcze lepiej dopasowane, fryzura jeszcze bardziej się poprawiła, stałem się pozornie pewny siebie, byłem bogatszy o nowe doświadczenia, a mężczyźni do mnie lgnęli często i gęsto. Spłyciło mnie to, ale też bardzo zawróciło w głowie. Być może szukałem za wszelką cenę miłości, bo od własnej matki przez całe życie nie usłyszałem, że mnie kocha i chciałem to sobie jakoś wynagrodzić. Tak, to chyba główny powód, szukanie zastępstwa, substytutu, który wreszcie poruszy moje serce. To nie mogło się dobrze skończyć. Szukajcie, a znajdziecie to może i wielka mądrość, jednak można ją o dupę potłuc, jeśli chodzi o realia fellow i w ogóle związki.

Dzięki Tobie, a raczej Twoim historiom zrozumiałem, że to całe fellow - rozmowy, randki, nieudane spotkania - to błędne koło. To wszystko pozbawione jest głębszego sensu .. dlatego naprawdę - chyba lepiej nie posiadać konta, nie starać się szukać kogoś, nie próbować, nie zawodzić się.
OdpowiedzUsuńSamotność wydaje się być jedyną słuszną alternatywą.
Pozdrawiam - xyz.
Ostatnio doszedłem do tego samego wniosku, dlatego zawiesiłem swoje konto. Niestety nie wiem jak długo wytrzymam, znając siebie i częste przymykanie oka na wady, ale mam nadzieję, że nawet po powrocie nie wrócą stare zwyczaje, bo na dłuższą metę to naprawdę nic nam nie daje, poza kolejnymi rozczarowaniami.
UsuńDokładnie o to mi chodziło! Po co mi kolejne rozczarowanie?! One przecież tak naprawdę niczego nie uczą... bo ta naprawdę z każdym kolejnym spotkaniem wiążemy te same nadzieje, liczymy na coś wielkiego.
UsuńNatomiast dalsze życie marzeniami, w stylu: teraz się uda; zakocham się; to będzie ostatni raz; w końcu będą szczęśliwy... cóż - Kiedyś chyba trzeba dorosnąć.
Podejrzewam, że [w pewnym sebsie] to filmy zniszczyły nasze, a przynajmniej moje życie.... Zbyt duże wymagania w stosunku do świata, ludzi oraz do potencjalnych partnerów [ale i samego siebie]. Doszukiwanie się drugiego dnia. Uleganie własnym złdzeniom i kurczowe trzymanie się czegoś, co tak naprawdę istnieje tylko w naszej wyobraźni.
Ojej, jakbyś mnie opisywał. Niestety kocham filmy i wiele rzeczy robię zgodnie z własnymi scenariuszami, które sobie układam w głowie, uwielbiam zachowywać się tak, jakby moje życie było jakimś filmem - choćby ten dramatyczny wyjazd nad ranem z Wrocławia. A kiedy ktoś się nie trzyma mojego scenariusza, zaraz robię z tego powodu dramat i chcę uciekać. Filmy strasznie spaczyły mi myślenie.
Usuńa ja szukam przyjazni jak w filmach
OdpowiedzUsuńtej prawdziwej..
osoby do ktorej zadzwonie o 3 w nocy i powiem "jestem w wiezieniu w Meksyku"
a ona odpowie "nic sie nie martw ,zaraz tam bede"
Niestety jestem laikiem w przyjazni i milosci i juz chyba powoli przestaje sie łudzić ze to się zmieni...
Beciuch
To nie przestawaj :-)
UsuńWiem, że to może wyglądać na irytujące pieprzenie o tęczy, jednorożcach i motylkach, ale musisz mieć nadzieję. Nigdy nie wiesz, co Cię spotka jutro czy za tydzień :-) Z miłością w dzisiejszych czasach ciężko, ale z prawdziwymi przyjaciółmi już nie do końca. Najważniejsze, to wyjść do ludzi, bo przyjaciel nie spadnie z nieba w pudełku ;-)