14. Ogłaszam was mężem i telefonem.

źródło pierwotne: pinterest.com

Another conversation with no destination
Another battle, never won
Each side is a loser
So who cares who fired the gun?

And I'm learning, so I'm leaving
And even though I'm grieving
I'm trying to find a meaning
Let the loss reveal it
Let the loss reveal it...
Florence Welch - St Jude


Co myślicie o związkach na odległość? To dla Was totalna abstrakcja? Boicie się ich? Uważacie, że nie mają przyszłości, bo to zbyt ciężka próba, której na dłuższą metę nikt nie wytrzyma i w końcu któryś zdradzi albo zwyczajnie stwierdzi, że to bez sensu?

W lutym uznałem, że to właśnie będzie dla mnie najlepszym rozwiązaniem. W Lublinie poznałem tylu mężczyzn i chłopaków, co mi to dało? Rozczarowania i wiele zmarnowanego czasu. Na dodatek w pewnym momencie coś mi się robiło, gdy tradycyjnie przeglądałem profile osób online w moim mieście i za każdym razem widziałem te same mordki. Nie powiem, trochę mi to zbrzydło. Postanowiłem więc zrobić coś, czego nie robiłem nigdy, ale zawsze mnie ciekawiło. Profile ze strony głównej. Dla niektórych są jak nieosiągalna elita, pełna przystojnych ciach rodem z okładek magazynów, aż zbyt przystojnych, by mogli być prawdziwi, dumnie prężących swoje muskuły i nawet nieraczących wejść na ich profil z powrotem. Dla innych to tylko grupa godnych pożałowania desperatów łapiących się wszystkiego, byle tylko znaleźć tego jedynego. Mimo wszystko wydaje mi się, że wielu z nas kusi to jak cholera. Pokazać się całemu portalowi, może wtedy odezwałby się do nas ten przystojniak, z którym w autobusie nieustannie utrzymywaliśmy kontakt wzrokowy? Albo ten fajny gość z imprezy, którego nie znamy? Tak, pokazanie się na stronie głównej daje nowe możliwości. Jak to jest z wszystkimi możliwościami na fellow, tylko pozornie.

Zawsze ciekawiło mnie, co by się stało, gdybym się tam pokazał. Początkowo myślałem, że to drogie jak cholera, ale gdy zgłębiłem się w te zasady, okazało się, że wystarczy zaledwie kilka złotówek przelewem, by mój profil świecił neonem dla całego portalu przez kilka lub kilkanaście godzin. Pomyślałem - co mi tam, spróbuję. Wybrałem usługę, zrobiłem przelew, chwila czekania na jego zatwierdzenie i... gotowe, jestem na stronie głównej. Jak wcześniej wyobrażałem sobie tłumy mężczyzn, gotowych skakać z radości na sam mój widok, cieszących się i pytających, gdzie ja do tej pory się kryłem, tak fellow oczywiście szybko sprowadziło mnie na ziemię. Jakiś tysiąc odwiedzających, gromada brzydkich-odważnych, ułamek ciekawych osób. Teraz z ręką na sercu mogę stwierdzić, że to tak naprawdę niczego nie daje. Jest intensywniej przez jakąś chwilę, ale tyle. Jest to samo co zazwyczaj, tylko pięć razy bardziej, więcej. Właściwie to tak, jak w momencie założenia nowego konta - jeśli wstawimy zdjęcie, też znajdziemy się na stronie głównej, dopóki kolejni nowi nas nie zepchną w czeluść zapomnienia i nie zostawią na łaskę wyszukiwarki.

Spośród tej masy mogę wyróżnić dwóch osobników, chłopaka z Krakowa - Oskara, i mężczyznę z Rzeszowa - Romka. Zaczęło się niewinnie od banalnych rozmów, jak to zwykle bywa, jednak rozmawialiśmy coraz dłużej i dłużej... aż w pewnym momencie stanowili dla mnie duży problem, bo jak to - dwóch? Tak nie można, to nie fair w stosunku do nich. Z drugiej strony to tak cholernie poprawiało humor i samoocenę... Wiem, próżny jestem. Mój problem polegał na tym, że wybór naprawdę nie był łatwy - mógłbym ich zestawić na zasadzie kontrastu, każdy miał w sobie coś, co mnie pociągało i czego nie miał drugi. Oskar - mój rówieśnik, troszkę niższy i tęższy, z cudownym, męskim głosem, w którym zakochałem się od razu, posiadacz wielkiej inteligencji, wrażliwy jak ja albo nawet i bardziej, za to ciupinkę odbiegający od tego ideału męskości. Romek - trzydziestolatek, może mniej inteligentny i wrażliwy, taki chłop prosty, trochę jak hetero, za to ze zdjęć jak ideał. Sprawiał wrażenie stuprocentowego mężczyzny, choć jego głos nawet się nie umywał do Oskara. 

I z jednym, i z drugim umawiałem się na spotkanie. Traf chciał, że w którąś niedzielę Romek przyjechał do Lublina ze znajomymi i mógł poświęcić mi pół godziny. Najkrótsza randka, na jakiej byłem. Za to jak bardzo pomogła i jak ułatwiła wybór! Zobaczyłem faceta ciut niższego ode mnie, choć na portalu opisywał się jako zdecydowanie wyższy, bardziej fotogenicznego, niż atrakcyjnego i... mój ulubiony haczyk... z byłym chłopakiem w głowie. Pół godziny przegadane o tym, jak to przyjeżdżał do niego kiedyś do Lublina, jak to się skończyło tragicznie i - jakżeby inaczej - niezrozumiale dla niego, jak założył fałszywe konto i pisał z tym byłym... Dramaty, dramaty, dramaty. Jakbym własnych nie miał. Zrozumiałem, że on jest zajęty, że nic z tego nie będzie, sam chyba też zobaczył we mnie brak entuzjazmu, bo chociaż na pożegnanie mnie przytulił, po wszystkim podziękowaliśmy sobie za spotkanie i nigdy więcej się do siebie nie odezwaliśmy.

Został Oskar. Ileż on miał ze mną śmiechu, ile musiał zjeść nerwów. Choć właściwie to chyba oni wszyscy dostawali ode mnie taką słodko-gorzką mieszankę. Oskar na szczęście uwielbiał rozmawiać przez telefon, więc dzwonił praktycznie codziennie. Kochałem te rozmowy i choć podczas prawie każdej on irytował się na mnie lub ja na niego, to i tak zawsze kończyło się dobrze. Przy nim chyba najczęściej dowiadywałem się, jaką jestem uroczą osobą. Ubóstwiał to powtarzać, czy to gdy rozmawiałem z nim po pijaku, czy kiedy opowiadałem z przejęciem o jakichś bzdetach, całkowicie bez znaczenia. Nie był pierwszym, który mi to powtarzał, słyszałem to wiele razy przed i po nim: K., jesteś taki uroczy, masz uroczy śmiech, uroczo opowiadasz. To chyba bierze się stąd, że jestem trochę takim połączeniem gejowskiej wersji Bridget Jones i Susan z Gotowych na wszystko. A tak po normalnemu - chodzącym pechowcem. Ciągle robię jakieś głupstwa, ciągle wpadam w jakieś żenujące dla mnie sytuacje. Na przykład stoję w pubie dziesięć minut pod pustym kiblem, bo za słabo pociągnąłem za klamkę, a że zrobiła się za mną kolejka, głupio jest mi sprawdzić ponownie, aż nie mam wyboru i czerwony jak burak wchodzę do środka jak skończona sierota. Chcę kupić żel pod prysznic i sprawdzić jego zapach, delikatnie na niego naciskam, a wtedy jego pachnąca zawartość eksploduje mi na połowie twarzy. Z boku to może wyglądać komicznie, ale ja tylko modlę się, by nikt tego nie widział, choć zaraz przypominam sobie, że przecież są w tym sklepie kamery. Jadę autobusem, nawiązuję kontakt wzrokowy z jakimś przystojnym chłopakiem - raz zerknę ja, raz on. A gdy zbliżamy się do mojego przystanku, ja oczywiście na jego oczach chcę wstać z gracją i klasą, bo niech sobie nie myśli. No, ale nie mogę, bo sznurek od kurtki utknął między fotelami, a ja zataczam się i znowu padam na fotel i musi minąć dobra chwila, zanim się od niego uwolnię. Choć to wszystko jest niczym przy wpadce życia. Gdy jechałem autobusem, zatłoczonym jak cholera, chciałem przepuścić do wyjścia jakiegoś staruszka, ale on okazał się cholernym dziadem, bo tak mnie popchnął, że wylądowałem na kolanach jakiemuś dresowi, którego ze strachu przepraszałem aż trzy razy. Wyobrażacie sobie coś bardziej traumatycznego? Dla wielu to urocze, dla mnie po prostu żenujące, bo to ja się najadam wstydu.

Przy Oskarze szybko też zauważyłem, że się zmieniłem. Nie byłem tą samą osobą, co kilka miesięcy temu. On mi uświadomił, jak często zacząłem pić, imprezować, że stałem się niby towarzyski. Robił mi wyrzuty, gdy przez kilka dni nasz kontakt słabł, bo byłem ze znajomymi. Nie znosił mojego nałogu i czepiał się za każdym razem, gdy paliłem podczas rozmowy z nim. Twierdził, że to brak szacunku, no ale jak? Nie czuł tego zapachu, nie dmuchałem mu w twarz, był w końcu ponad dwieście kilometrów dalej! Mimo wszystko dostrzegałem w tym cień nadziei dla siebie i myślałem nawet, że to dobrze, że choć był daleko i raczej przez długi czas to by się nie zmieniło, to jednak w jakiś sposób mógł mieć na mnie pozytywny wpływ. Kto wie, może nawet bym rzucił palenie?

Jednak odległość okazała się sporą trudnością nie do pokonania. Nie tylko pod tym względem, że byłem w bliskiej relacji z własnym telefonem, nie z drugim człowiekiem, że gdy miałem jakiś problem, jedyne co mogłem zrobić to porozmawiać z nim na fejsie. Choć nie w tym oczywistym znaczeniu, z odległości wynikła pewna przeszkoda, która być może była przyczyną końca tej znajomości - ciągle nie mogliśmy się spotkać. Gdy mogłem ja, nie mógł on, gdy mógł on, nie mogłem ja. Umawialiśmy się na koniec lutego, na początek marca, na połowę marca, na koniec marca. Za każdym razem coś stawało na przeszkodzie. Rodziło się z tego powodu wiele kłótni, bo jestem wrogiem przedłużającej się pisaniny i kontaktu wirtualnego. Z tego nigdy nie wychodzi nic dobrego. Gdy znajomość idzie dalej, rozwija się podczas rozmów na fejsie, sms'owania czy gadek telefonicznych, choć nie doszło nawet do jednego spotkania na żywo, świadomie wchodzimy w pułapkę. Tylko spotkanie może to wszystko zweryfikować, tylko podczas niego okazuje się, czy się sobie wzajemnie podobamy, czy może któryś się rozczarował. A jeśli choć jeden się rozczaruje, czas wirtualnej znajomości okazuje się zmarnowanym. Na żywo jesteśmy zupełnie inni, niż w internecie. Tutaj możemy się kreować na ciekawszych, przystojniejszych, odważnych, ale to na spotkaniu pokazujemy prawdziwe oblicze. Dlatego uważam, że warto je zobaczyć dość szybko.

Być może gdyby nie to odwlekanie spotkania, nie stałoby się to, co się stało. W pewnym sensie skończyło się tak, jak zaczęło, choć w formie kary dla mnie. Podczas ostatniej rozmowy Oskar powiedział mi, że jest ktoś jeszcze. Tak po prostu, jak gdyby nigdy nic. Choć nie, powiedział to swoim rozbawionym tonem, jakby szydząc ze mnie. Wkurwiłem się. Szybko to wyczuł i się rozłączył. Później rozmawialiśmy o tym na fejsie, on wyrzucał mi, że nie mam prawa być zły, bo chciał być wobec mnie szczery i uczciwy. Powiedzieć teraz, bym był przygotowany, niż później, niespodziewanie dziękując za znajomość. Twierdząc, że to wcale nie oznacza końca, bo poznaje i mnie i tajemniczego gnojka. O nie. No niestety, znów pojawiła się próbka mojej zdolności do uciekania, gdy wyskakuje jakiś problem. "Rozstaliśmy się" w dość burzliwej atmosferze, gdy stwierdziłem, że nie mam czasu na rozmowę, bo spieszę się na randkę. Podle, dziecinnie, bez sensu. Bo spotkałem się wtedy z chłopakiem niezbyt złożonym, prostym, pociesznym, grubszym o dwadzieścia kilo niż na zdjęciach i niższym o dziesięć centymetrów, niż w opisie. Widzicie moją hipokryzję? Skończyłem z Oskarem, bo pojawił się u niego ktoś drugi, jednocześnie szykując się na randkę z innym.

To jest ta największa pułapka portali randkowych. Piszemy z kimś, jest fajnie i miło, spotykamy się, jest jeszcze lepiej, ale mimo tego nadal wchodzimy na fellow, bo przecież jedna jaskółka wiosny nie czyni, jedno udane spotkanie nie oznacza zaraz związku. Siedzimy więc tam dalej i rozmawiamy też z innymi, choć relacja z tym głównym idzie dalej i rozwija się w dobrym kierunku. Bo nie możemy zablokować swojego konta, on zresztą też tam nadal sobie siedzi. Najgorzej, gdy uświadamiamy sobie, że zaczyna nam na nim zależeć, a on pewnie też z innymi rozmawia. Ale to jest takie egoistyczne myślenie, że my przecież możemy to robić. Bo my wiemy, że te pozostałe rozmowy dla nas nic nie znaczą, bo możemy te inne znajomości skończyć w każdej chwili. A on? On nie wie, że też tak może z nimi skończyć. Jeszcze nie daj Boże się zakocha, co wtedy zrobimy? Gdy zaczynamy się angażować, doprowadza nas do szału jego widok na portalu, dostajemy białej gorączki, gdy logował się danego dnia kilka razy albo siedzi tam długą chwilę, pewnie pisząc z kimś. Jak on tak może? - myślimy podczas odpisywania kolejnym adoratorom. A gdy w trakcie naszej znajomości zmienia swoje profilowe albo opis, to uważamy, że już całkiem mamy przesrane. To głupie, to wielka hipokryzja, ale tak jest. Zapominamy w sumie, że on też może mieć tak z nami, widząc nas dalej na fellow, że też może się o to wściekać i by nie być gorszym, również dalej tam wchodzi. To duża przeszkoda, gdy poznajemy kogoś ciekawego. Tylko jak ją pokonać? Znów najprostsza odpowiedź - mieć wyjebane i nie angażować się? Powoli zaczynam mieć jej dość. :-)

I nadal nie mam zdania, jeśli chodzi o relacje długodystansowe. W trakcie rozmów z Oskarem pojawił się pewien chłopak, w jakimś sensie do niego podobny, bo znów nieosiągalny i zbyt oddalony. Telenowela trwa do dziś.




Komentarze

  1. Mój bilans:
    1. Śliczny chłopiec ze Świnoujścia, który okazał się 10 lat starszy i nie miał nic wspólnego ze słodziakiem ze zdjęcia. Do spotkania nigdy nie doszło.
    2. Śliczny chłopiec z Opola. Taka sama historia, ale starszy o 15 lat xp
    3. Ja w Łodzi, on w Rzeszowie. Widywaliśmy się mniej więcej raz w miesiącu w połowie drogi - Krakowie. Dwa lata i poszło się jebać.
    4. Za swoim drugim chłopakiem przeprowadziłem się do Wrocławia, mieszkaliśmy razem ze 2 lata i szlag to trafił. No, ale gdyby nie on, nie byłoby mnie tu.
    I w sumie, gdy już znajdziesz się w "wielkim mieście", to nie jesteś skazany na odległości.
    Moi kumple byli ze sobą na odległość jakieś 8 lat, a teraz już trzeci rok mieszkają razem we Wro. Not so bad.

    Związki na odległość są dobre dla żółtodziobów. Kiedy już raz zwiążesz się z kimś na normalnych zasadach, raczej nie będziesz nigdy więcej szukał kolesia z drugiego końca PL. Nie warto, bo fellow to fellow, to tylko litery, ale nie ma jego zapachu, mowy ciała, śmiechu i tak dalej.
    Problem jest taki - nie wiesz do końca jaki jest ten ktoś, dopóki go nie spotkasz. Możesz więc sobie "dowyobrażać" pewne cechy, które lubisz, a potem spotkanie wszystko weryfikuje i jest lipa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli związki na odległość są dobre dla początkujących, jako taka próba, ćwiczenia, okres testowy, w którym co jakiś czas, ale niezbyt często i długo możemy spróbować żyć z kimś w związku, a po weekendzie na kolejne dwa tygodnie wracamy do normalności? O tym nie pomyślałem, ale faktycznie może być w tym sporo prawdy!

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

20. Nic się nie stało, a zdarzyć miał się cud.

6. Jesteś - a więc musisz minąć.

29. Zmęczenie materiału.