10. Staying in my play pretend...

słowa: Frida Kahlo, źródło pierwotne: pinterest.com

...where the fun ain't got no end. Tak, Tove Lo ma ogromny talent do pisania tekstów, trzeba jej to przyznać. Po Michale moje życie wyglądało jak teledyski piosenek Habits i What kind of man. Zacząłem pić więcej, dużo więcej, praktycznie co tydzień odwiedzałem lubelską gejownię, a wokół mnie pojawiło się bardzo wielu mężczyzn. Według Osieckiej alkohol szkodzi zdrowiu, ale pomaga życiu. Co do zdrowia to nie wiem, jakichś skutków prócz częstego kaca (głównie moralnego) nie odczułem, co do życia - sami wiecie. Jeśli zaś chodzi o mężczyzn, byli zaledwie krótkotrwałą pociechą.


Po P. pojawiło się szaleństwo, intensywne przeżywanie, głośne, można powiedzieć, że aż krzyczałem o nim do całego świata. Zabawne, jak nawet na banalnym fejsie się wtedy ożywiłem. Lajkowałem wszystko co mi wpadło w oko, byle tylko widział moją aktywność. Znajomym kazałem dodawać ze mną zdjęcia, coby wiedział, że mam jakieś życie towarzyskie. Wstawiałem piosenki, by coś zrozumiał z fragmentów tekstów, które cytowałem. Inni jeszcze do tego mają snapy, wstawiają zdjęcia na instagrama i tak dalej. Po Michale tego nie było. Tak tylko z pięć razy silniej, ale bez krzyku. Owszem, przez chwilę zadręczałem przyjaciół, jednak to nie to samo. I tak wiedzieli, że siedział mi w głowie. Czy było w tym coś dumnego? Jakaś nauka wyniesiona z poprzedniego razu i chęć uniknięcia powtórki z rozrywki? Może ciupinkę zmądrzałem? Nie, nie może tu być mowy o zmądrzeniu, to chyba po prostu zmiana sposobu przeżywania. Głośne mówienie o nim zastąpiłem po prostu piciem, imprezami, mężczyznami. Wiedziałem, że tak strasznie trudno jest się od kogoś odzwyczaić, dlatego łapałem się wszystkiego co mogło pomóc choćby na chwilę. Nigdy nie czułem się tak żywy i martwy jednocześnie.

Michał po raz ostatni odezwał się w poniedziałek wieczorem, chcąc się spotkać na drugi dzień. Odmówiłem i we wtorek poszedłem na randkę, by o nim nie myśleć, by jak najszybciej złapać się kogoś innego. Co ciekawe lub upiorne (zależy jak na to spojrzeć), spotkałem się z chłopakiem, który miał tak samo na imię, był w tym samym wieku, studiował coś związanego z medycyną i również był brunetem. Poszliśmy na piwo do mojego nowego ulubionego pubu zawsze pełnego przystojnych, hipsterskich gejów. Oburzył się, gdy sam zapłaciłem za swoje piwo, więc drugie wcisnął bez pytania. Rozmawialiśmy długo, oczywiście nie pamiętam już o czym, trochę się podpiliśmy, zaproponował, żebyśmy do niego pojechali. Zamówił więc taksówkę i dość szybko znaleźliśmy się w jego mieszkaniu i łóżku. Próbowaliśmy obejrzeć jakiś horror, choć właściwie tylko ja go oglądałem, on cały czas się we mnie wpatrywał, całował, tulił. Momentami wrednie straszył, gdy akurat była jakaś okropna scena. W końcu uległem, zaczęliśmy się całować, prędko wyskoczyliśmy z bokserek. Wtedy przeżyłem mały szok - miał bardzo dużego. Bardzo. On z kolei przeżył rozczarowanie, bo nie chciałem się zgodzić na... jakby to ująć... pełny seks? Mimo tego nie ustępował, nalegał wciąż i wciąż, gdy się odwróciłem i miałem już zasnąć, zaczął się po prostu do mnie dobierać. Wtedy po raz pierwszy się przestraszyłem i dotarło do mnie, jakie to wszystko jest ryzykowne, przecież spotykałem się z tyloma facetami, wielkimi, silnymi, a ja? Szczypiorek, chucherko. Mogli robić wszystko, gdyby chcieli. Ja mógłbym ich co najwyżej połaskotać po jajach.

Z niemałą pomocą tego chłopaka wróciłem do nałogu, sporo palił, częstował, a jak początkowo odmawiałem, tak zacząłem się łamać i pomyślałem - a pieprzyć to, Michała już nie ma. Oczywiście najpierw mówiłem sobie, że nie ma opcji, żebym palił tyle samo co wcześniej, że to będzie tylko jedna fajeczka dziennie. Klops, od tamtej pory palę chyba dwa razy częściej, niż przed rzuceniem. W końcu udało mi się zasnąć, kiedy on wreszcie przestał nalegać. Obudził mnie cholernie wcześnie, jakoś o szóstej, bo miał zajęcia czy coś tam w szpitalu, więc odprowadził trupa jakim byłem o tej porze na przystanek i tyle, nigdy więcej go nie widziałem. Nie chciałem się z nim już spotkać. Wyglądem nie zachwycił, charakterem nie powalił na kolana, ale to i tak bez znaczenia, po prostu sprawa z Michałem była zbyt świeża. 

W piątek poznałem Rafała. Chłopaka dziwnego, kombinującego od początku. Najpierw zawyżył sobie wiek na fellow, chyba o rok, a gdy zapytałem o spotkanie, stwierdził, że się zastanawia, ponieważ nigdy nie spotykał się z młodszymi. Okazało się, że był moim rówieśnikiem. Jak to niektórzy ostatnio mówią - wytyfy? Gadaliśmy jakąś chwilę przed pojawieniem się Michała, gdy zablokowałem wtedy konto, straciliśmy kontakt na ponad miesiąc. Po moim powrocie odezwał się, pogadaliśmy chwilę i w końcu doszło do spotkania. Miałem po nim mieszane uczucia.Tradycyjne gadki, jak zwykle zresztą. Po raz kolejny mówiłem o sobie te same rzeczy, znów powtórzył się ten schemat wymiany uprzejmości, opowiadania anegdotek z życia, bla bla bla. Co ciekawe, przyznał, że tak naprawdę nie ma na imię Rafał, że nie chciał podawać prawdziwego imienia przez internet. Różne są dziwactwa. W pewnym momencie zrobił się jakiś taki poważny, odsunął piwo i patrząc na mnie, powiedział: "Podobasz mi się, K.", ale tak jakoś bez żadnej puenty. Powiedział jeszcze, że podoba mu się to, że nie jestem zniewieściały, na co pomyślałem sobie, że to bardzo fajnie, tylko szkoda, że on jest. To mnie najbardziej odrzucało. Jeszcze w tym moim pubie było znośnie, nawet wydawał mi się cholernie przystojny w tych ciemnościach, na zmanierowanie nie zwracałem uwagi, ale kiedy zmieniliśmy lokal chcąc coś zjeść... to było straszne. Weszliśmy do pizzerii, gdzie są takie duże sale z licznymi stołami, jak w szkolnych stołówkach, a tam siedziało kilka grupek facetów. Takich prostaków prowadzących nudne życie, którzy raz w tygodniu mogą sobie pozwolić na wyjście ze swoimi kumplami, na chwilę uciec od brzydkich i zaniedbanych - jak oni sami - żon. Gdy przekroczyliśmy próg takiej salki, a oni go zauważyli i zaczęli się tak nieładnie uśmiechać, wryło mnie. To podłe, ale martwiłem się tylko tym, że zaraz i mnie zauważą przy nim, że i o mnie źle pomyślą przez niego. 

Zrobiłem się nieswój, niestety światła tam było pod dostatkiem, to i wyraźniej mogłem widzieć jego wady. Obcisłą bluzkę, cienką i prawie prześwitującą, zmanierowane zaciskanie ust, tak cholernie widoczny pierwiastek kobiecy. Jakby tego było mało, owinął sobie ramiona szalikiem, bo mu się zimno zrobiło. Groteska. Z jednej strony chciałem stamtąd uciec, ale mimo wszystko było w nim coś, co kazało myśleć, że zmanierowanie to nie jest jakaś wielka wada, może da się nad tym popracować, bo chłopak przystojny, inteligentny, nie warto rezygnować z powodu takiego drobiazgu...

Gdy mnie odprowadzał i szliśmy akurat przez Park Akademicki, a ja coś tam trajkotałem o bzdurach, on nagle się zatrzymał i powiedział, że musi... jak to było... przypieczętować naszą randkę? No krótko mówiąc zbliżył się i mnie pocałował. Tak po prostu, nie zważając na to, że w pobliżu mogli być ludzie (na szczęście nie było nikogo), niczym się nie przejmując. Wryło mnie i zrobiłem się taki... hmmm... wiecie sami. Przeszliśmy kilka kroków, a on znów mnie zatrzymał i pocałował. To było coś tak niespodziewanego, nowego, czego nigdy dotąd nie doświadczyłem.

Dotarliśmy wreszcie na mój przystanek, a kiedy ruszył w swoją stronę, ja postanowiłem nieoczekiwanie zamiast do domu, wybrać się do... Wyrka. Całkiem sam. Wiedziałem co prawda, że jest tam mój przyjaciel ze znajomymi, że nawet P. jest na jakiejś randce, ale sam jeszcze nigdy tam nie wszedłem. Już na wejściu pożałowałem, gdy faceci zaczęli się we mnie wgapiać. Ze wzrokiem wbitym w podłogę uciekłem szybko do łazienki, gdzie natychmiast dopadł mnie przyjaciel, zionąc alkoholem i czymś niesmacznym. To był błąd, ani się nie podpiłem, ani nie miałem jakiegoś humoru na zabawę, więc wysępiłem od kogoś papierosa i prędko poszedłem do domu. Wróciłem tam już na drugi dzień ze znajomymi. To wtedy zaczęło się to wszystko, od tego momentu chodzę tam praktycznie co tydzień. Zawsze zaczyna się od małego biforium, picia na stancji przyjaciela, coby wybrać się do Wyrka już w dobrym humorze. Zawsze kończy się nad ranem.

Przez jakiś czas, właśnie wtedy w grudniu i w styczniu wiele razy wpadałem w coś rodzaju amoku. Przychodziłem do klubu, zaczynałem tańczyć ze znajomymi, pijąc piwo za piwem, ale z czasem się rozłazili i na moment zostawiali mnie samego. W takich chwilach podchodzili faceci, praktycznie za każdym razem, co tydzień inny. Wciskali kolejne piwa, obłapiali, całowali, a ja byłem zbyt łatwy, zbyt obojętny. Któregoś razu zostałem tam całkiem sam, znajomi gdzieś pouciekali, wtedy doszło do upiornej sytuacji - tańczyłem na pustym parkiecie, a dookoła stali ludzie i tylko gapili się na mnie, ale ja miałem to gdzieś, zamykałem oczy, by ich nie widzieć. W końcu tradycyjnie znalazł się jakiś odważny, z którym przetańczyłem kilka godzin, dopiero o trzeciej czy czwartej "obudziłem się" i nie zwracając na niego uwagi wyszedłem. Idąc na piechotę do domu wcisnąłem na uszy słuchawki, puściłem jakąś skoczną piosenkę i paliłem papierosa, tańcząc na ulicy, nie zwracając uwagi na przejeżdżające samochody i ludzi, którzy pewnie mieli niezłe przedstawienie.

Z czasem stałem się też ulubioną ofiarą pewnego chłopaka, który jest chodzącym dowodem na to, że alkohol może przyćmić umysł, zaburzyć percepcję. Pojawia się w Wyrku praktycznie co tydzień. Włosy postawione na żel jak w latach dziewięćdziesiątych, koszulka z ogromnym znakiem Adidas, dresy, kolorowe buty Nike, pyzata buzia. I ja się z nim całowałem. Na litość boską. To była kwestia czasu, gdy się do mnie doczepi, za pierwszym razem w pobliżu był mój przyjaciel, który zachował trzeźwość na tyle, że po prostu odsuwał go ode mnie, gdy ten za bardzo chciał się kleić. W końcu przyjaciela zabrakło, a ja usłyszałem, że chyba się we mnie zakochał. A ja na niego nawet nie patrzyłem, pozwalałem mu na kilka tańców, śmiałem się śpiewając, patrzyłem jak chłopak, z którym zawsze przychodzi, morduje mnie wzrokiem, byłem z dala od tego wszystkiego. Miałem to wszystko w dupie, bo sam byłem w cudzej i chciałem o tym jak najszybciej zapomnieć.

Cel zostawał osiągnięty, niestety na krótko. Na kilka godzin dawałem się porwać muzyce, wódce, piwie, ramionom mężczyzn, którzy byli dla mnie niczym. Piłem, by zapomnieć, wlewałem do serca wódkę, chcąc się znieczulić. Tańczyłem, chcąc poprawić sobie humor, udawałem, że już wszystko w porządku, że ten rozdział jest zamknięty. Ale wracałem pijany z imprez i szedłem trasą, którą zawsze wracaliśmy z Michałem. Mijałem skrzyżowanie, przy którym za każdym razem stawaliśmy i gadaliśmy jeszcze choćby chwilę, zanim ja szedłem na swój przystanek, a on na swój. To były miłe chwile. Choćbym nie wiem jak się starał, te sceny zawsze pojawiały mi się przed oczami. Od tego nie da się uciec. Zasada klin klinem ma swoje wady, wieczne imprezowanie nie przynosi niczego dobrego, a czekanie, aż to samo przejdzie, jest tak nieznośnie męczące i długotrwałe, prawda?



Komentarze

  1. To znowu ja, musze wymyślić jakis nick żebyś rozrużniał anonimowych.
    Tekst jak zwykle mocny ale przyznam sie nigdy az tak nie przezywalem żadnej relacji. Ciekawy jestem co byłoby gdybyś spotkał sie jescze raz z Michałem zamiast z innym prubując zrobić mu na złość gdzie szkodę zrobiłeś tylko sobie. Oczywiście to tylko moje rozważania. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Miałem już pisać, że znów to źle zinterpretowałeś, ale po przemyśleniu - masz rację. W pewnym sensie można powiedzieć, że chciałem mu zrobić na złość albo raczej udowodnić sobie za wszelką cenę, że mimo takiej małej porażki wciąż jestem chciany. Dziękuję za komentarz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłem ciekawy twojej odpowiedzi.
      Jesteś z pewnością wspaniałym chłopakiem i napewno to nie byl dobry sposób na udowadnianie sobie tego ale pewnie to już wiesz. Kazdy z nas ma w sobie niepowtarzalną wartość zarowno ty jak i Michał szkoda mi tylko że tak łatwo to gubimy. Ciekawy jestem dalszych twoich losow ale tez losow Michala. Ciekawe czy juz odkryl w jak fatalnym jest stanie jak krzywdzi ludzi i czy moze odnalazl juz szczęście. :)

      Usuń
    2. Na to już odpowiedzieć nie mogę, ale życzę mu jak najlepiej.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

20. Nic się nie stało, a zdarzyć miał się cud.

6. Jesteś - a więc musisz minąć.

29. Zmęczenie materiału.