12. Zamiana ról.
![]() |
| źródło pierwotne: pinterest.com |
I'm well aware I'm a danger to myself,
Are you aware I'm a danger to others?
There's a crack in my soul,
You thought it was a smile.
Marilyn Manson - Leave a scar
Pamiętacie Rafała? Takiego lekko zniewieściałego? Postanowiłem dać mu szansę, nie chciałem go przekreślać ze względu na jedną malutką wadę fabryczną. Poza tym gdy pisaliśmy nie widziałem go, nie słuchałem, nie miałem przed oczami jego zmanierowania, nie myślałem o tym. A rozmawiało nam się świetnie, gadaliśmy o filmach, wysyłaliśmy sobie miliony piosenek... no, on czasami podsyłał którąś Britney Spears i inne lale, ale ogólnie nie mogliśmy się nagadać. Napisać właściwie. Utrzymywałem z nim kontakt z jednego jeszcze powodu, dość... zabobonnego, związanego z innym chłopakiem.
Otóż jeszcze jakoś w grudniu odezwał się, chcąc wiedzieć gdzie kupiłem koszulkę, którą mam na sobie na jednym ze zdjęć. Koszulka dość nietypowa, bo na jej całej "powierzchni" przedstawiono fragment fresku Szkoła Ateńska, z Arystotelesem i Platonem. Większość osób myśli, że to koszulka z dwoma Jezusami, ale hipsterzy czasem na to lecą. Poleciał i on, tak zaczęliśmy rozmawiać, choć były to dziwne, suche rozmowy - sprawiał wrażenie wycofanego, zdystansowanego na maksa, takiego mruka i gbura. Co ciekawe, okazało się szybko, że pisał jednocześnie z moim przyjacielem, jednak ten mówił mi, że miał do niego mieszane uczucia. Nie dziwię się. Od przyjaciela dowiedziałem się jakiej muzyki słuchał dziwny chłopak - wśród licznych skandynawskich dziwactw była też moja ulubiona wokalistka - zagadałem więc do niego ponownie, wiedząc, że na to się złapie i że jeśli pojawi się wspólny temat, szybko nawiążemy kontakt i jakoś to ruszy do przodu. Wtedy sobie uświadomiłem, że mam w sobie wielką chęć rywalizacji, w tym przypadku z przyjacielem.
Jak przewidywałem, nasze rozmowy się rozkręciły, pisaliśmy po kilka godzin, on w międzyczasie pewnie odpisywał mojemu przyjacielowi, ja innym facetom. W trakcie rozmów szybko wyłapałem, że dziwny chłopak interesuje się... kabałą. Mnie jakoś od zawsze to intrygowało, zacząłem wypytywać o jakieś pierdeletki, a on chętnie udzielał mi odpowiedzi. Pojawiły się natchnione gadki o duchach, wróżeniu z kart, dowiedziałem się, że jestem sensytywny, że powinienem pobawić się wahadełkiem i tak dalej. Wreszcie chciałem go poznać na żywo - spotkaliśmy się w przeddzień mojego spotkania z Pawłem, od którego dowiedziałem się, że Michał umówił się z nim na kawę. Gdy tylko do niego pojechałem, doznałem niemałego szoku, wcześniej wyobrażałem go sobie jako niemowę, dziwaka, a tu uśmiechał się do mnie taki trochę pokemon z charakteru, chłopaczek malutki, chudziutki, kąśliwy, ale wcale nie gbur i mruk. Pogadaliśmy trochę, wypiliśmy po winie, aż wreszcie poruszyłem najbardziej interesujący mnie temat. Wiedziałem, że ma w mieszkaniu karty tarota, że potrafi się nimi posługiwać, a jako cholernie ciekawska osoba, nie mogłem go nie poprosić o wróżbę. Wyszło tam mniej więcej, że Michał jeszcze da o sobie znać - no i dał, poprzez Pawła, poprzez spotkanie z nim, tydzień później chcąc się spotkać ze mną i po raz ostatni kilka miesięcy później. Czując się jak zdesperowana baba, której tyka zegar biologiczny, zapytałem też, czy poznam w końcu chłopaka, z którym zbuduję coś poważniejszego. Oczywiście według kart miałem wkrótce takiego poznać, mówiły też, że to będzie coś naprawdę dużego, że poznam go jeszcze w grudniu.
Wiecie, gdy tak sobie teraz o tym myślę, jest mi szkoda ludzi, którzy robią rzeczy o wiele ważniejsze i popełniają ogromne błędy, chcąc swoje życie dostosować do usłyszanej wróżby. W końcu ile to się mówi o ludziach, którzy rzucają pracę, bo dowiedzieli się od jakiejś Rosamundy, że zaraz dostaną ofertę życia. Którzy zrywają ze swoimi drugimi połówkami, bo okazuje się, że właśnie tkwią w związkach bez przyszłości. Którzy wyjeżdżają do innych, obcych miast, bo tam podobno czeka ich życie usłane różami. Ja popełniłem tylko dwa malutkie błędy - oczywiście nie traktowałem tej wróżby tak bardzo na poważnie, ale zawsze kołatało się po głowie pytanie: "a może...?". Tak myślałem przed spotkaniem o Czarku, który miał nieświeży oddech, tak myślałem o Rafale, którego wkrótce poznałem.
Po wróżbach i wypitych winach udałem się do domu. Na drugi dzień dowiedziałem się od przyjaciela, że on spotkał się z dziwnym chłopakiem dzień wcześniej, że nawet u niego platonicznie nocował. Niezły numer. Kontakt zerwaliśmy i szybko o nim zapomniałem, ale nie o wróżbie. Stała się w pewnym sensie takim malutkim, grudniowym wyznacznikiem, szczególnie, gdy sprawdziło się to, że Michał jeszcze da o sobie znać. Spotkałem się wtedy z Rafałem, nasze pierwsze spotkanie już opisywałem kilka dni temu, więc przejdę dalej. Po miłych rozmowach na fejsie postanowiłem spotkać się z nim ponownie. Znów zarezerwowałem stolik w ulubionym pubie, w kąciku - jak to mówią tubylcy - zakochanych, bo jest usytuowany w wąskim korytarzu, gdzie można spokojnie i swobodnie porozmawiać. Znajoma barmanka śmiała się wtedy ze mnie, bo przychodziłem tam za każdym razem z innym chłopakiem. O Rafale natychmiast powiedziała, że jest bardzo przystojny. Cholera.
Od razu zacząłem na niego jakoś inaczej patrzeć, choć widziałem wcześniej, że jest przystojny, ale nie w moim typie, tak po jej słowach bardziej mi się spodobał. Troszkę pogadaliśmy, na chwilę nawet zapomniałem o jego cholernie widocznym pierwiastku kobiecym, piwa poleciały, aż w końcu on się ośmielił i zaczęliśmy się całować. To nie był mój pierwszy raz w miejscu publicznym i nie ostatni. Zawsze pojawia się stres, adrenalina, że ktoś nas może zobaczyć w każdej chwili. Klienci zerkający czy stolik jest wolny, barmanka sprawdzająca czy może zabrać puste kufle. Banalne pocałunki od razu nabierają pikanterii. Dość szybko zaproponował, byśmy poszli do niego. Jak ja to znam... Poszliśmy więc, włączył jakiś horror, ale jak zwykle tylko ja się na nim skupiałem. Rafał leżał obok mnie, mając gdzieś film i ciesząc się, gdy się wreszcie skończył. Mógł przystąpić do akcji. Zaczęliśmy się całować, szybko znalazł się na górze. A gdy tak mnie całował, co chwilę przestawał, by się we mnie wpatrywać. Peszyło mnie to, więc pytałem o co chodzi. Początkowo nie chciał powiedzieć, ale w końcu wyznał, że po prostu nie może uwierzyć. Wpatrywał się we mnie, czując radość, bo bardzo mu się podobałem, a on dziwił się swojemu szczęściu, że w końcu się udało. Zapeszył, bo we mnie była pustka. Oczywiście zrzucił koszulkę, ogólnie wszystko zmierzało do jednego. Więc gdy byliśmy już w samych bokserkach i jego ręce wędrowały w zakazanym kierunku i znudziło mi się ich ciągłe odsuwanie, powiedziałem wprost, że nie chcę się spieszyć.
Nie chciałem z dwóch powodów - wiedziałem, że jeśli pójdziemy na całość, nie spojrzę potem na niego, a przecież mógł być tym wywróżonym facetem na dłużej, musiałem dbać, by za szybko się to nie skończyło, jeśli chciałem mieć wreszcie kogoś. Drugi powód był trochę zaprzeczeniem pierwszego - jak pisałem, nic do niego nie czułem, nie potrafiłem się zdobyć na żadną czułość wobec niego. Zrozumiał moją odmowę, oczywiście twierdząc, że nawet nie chciał tego zrobić, ale nad ranem, gdy jeszcze leżeliśmy w łóżku, stwierdził, że bardzo mu tym zaimponowałem, że cholernie mu się to spodobało. Tego samego dnia wyjechał szczęśliwy do domu na święta, więc do pierwszych dni stycznia nie miałem z nim kontaktu realnego, tylko wirtualny.
To mi się podobało, nie widziałem go, mogłem z nim pisać godzinami na fejsie, wymieniać miłe sms'y. Umiem to robić, to jest tak łatwe. Bez mrugnięcia okiem można pisać to, czego tak naprawdę się nie myśli. Na odległość łatwo być miłym, łatwo wtedy udawać początki zakochania. Gdy zadzwonił z życzeniami noworocznymi, a ja posłuchałem jego głosu, który przez telefon wydawał się jeszcze bardziej zmanierowany, zrozumiałem, że mam problem. Problem, ponieważ usunęliśmy swoje konta na fellow. Ponieważ po kilku kłótniach on zawsze wysyłał mi długie sms'y przed snem, w których pisał, że bardzo mnie polubił, że nie odpuści tak łatwo, że naprawdę zaczęło mu na mnie zależeć.
Wrócił po świętach, odebrałem go z dworca i znów wylądowaliśmy u niego. Po dotarciu poczułem się jak w pułapce. Nie chciałem tam być, czułem, że im dłużej to trwa, tym większy mam problem. Widziałem jego zaangażowanie, widziałem to w jego oczach, gdy na mnie patrzył, gdy mnie tulił, całował. A ja nie potrafiłem się na nic zdobyć. Nie potrafię grać, udawać, po mnie widać wszystko jak na dłoni, dlatego wiedziałem, że czas najwyższy z tym skończyć, bo w końcu i tak się zorientuje. To był ten strach. Nie umiałem z nim czegoś budować, jeśli nic do niego nie czułem. Może niektórzy tak potrafią, ja nie. Bałem się, że prędzej czy później i tak to zauważy i znienawidzi mnie bardziej, niż gdybym zerwał tak po prostu. Tej nocy bokserki zostały zdjęte. Błąd, bardzo duży.
Chciał się spotkać na drugi dzień, ale pamiętając co było jeszcze przed chwilą, unikałem tego spotkania jak mogłem. Wtedy zaczął naciskać, robić wyrzuty, że specjalnie dla mnie wrócił wcześniej do Lublina, że mógł siedzieć w domu jeszcze kilka dni. A gówno prawda, wrócił, bo udzielał korków jakimś bachorom i był umówiony na kilka spotkań właśnie w tym czasie, ale wolał mnie wpędzić w poczucie winy. I to był z jego strony błąd, bo ja bardzo nie lubię, kiedy ktoś próbuje mnie za bardzo kontrolować, stawiać pod ścianą. Zawsze wtedy muszę się wyślizgnąć jak ryba. Zrobiłem więc coś, czym jedni gardzą, inni uważają za najlepsze rozwiązanie. Wysłałem cholernie długiego sms'a, w którym pisałem, że żałuję, też go polubiłem, ale może w krótkim czasie za daleko poszliśmy albo po prostu do siebie nie pasujemy, bo choć się starałem, nic do niego nie poczułem. Przepraszałem go, żałowałem, ale to był koniec. Oczywiście wkurwił się, że dowiedział się przez sms'a. I tak, z jednej strony ma rację, powiedzieć komuś to wprost, na żywo - to dowód na to, że ma się jaja, to oznaka odwagi i szacunku wobec drugiej osoby. Jednak ja osobiście wolałbym dowiedzieć się tak wirtualnie. Na żywo, gdybym słuchał od chłopaka siedzącego po drugiej stronie stolika, że właśnie zrywa ze mną kontakt, bo nic do mnie nie poczuł, kiedy ja poczułem za dużo, musiałbym grać. Twardego, silnego, musiałbym godnie podziękować za szczerość, powiedzieć, że rozumiem, a potem zaciskać zęby dopóki nie znajdę się bezpiecznie w domu, by móc dać upust nerwom. Albo rozkleiłbym się przy nim, a nie byłoby dla mnie chyba nic gorszego, jestem na to zbyt dumny. Gdybym dostał sms'a siedząc w domu czy z przyjaciółmi, mógłbym w spokoju powkurwiać się na niego, poryczeć, od razu iść się nachlać. Jak widać każda opcja ma swoje wady i zalety.
Co było z nim dalej? Znienawidził mnie oczywiście, po jakimś czasie usunął ze znajomych na fejsie (jak ja to kocham) i zaczął się spotykać z P. Tak, tym P. z Wrocławia. Sytuacja z Rafałem postawiła mnie w nowej roli. Chłopaka, który odrzucił tego, który za bardzo się zaangażował. Teraz to ja zamieniłem się w tego złego, wrednego i nieczułego gnoja. Trudno mi powiedzieć, czy to przez Michała, czy sprawa z nim była zbyt świeża. Czy może po prostu Rafał nie był odpowiedniej wielkości klinem, który mógłby na dobre wybić tego olbrzyma. Czy chodziło o to, że nie był dla mnie zbyt męski, jak wielu innych... A to jest ten straszny paradoks u gejów i lesbijek. Podobają nam się mężczyźni, a spora gromada niewiele ma wspólnego z męskością. Odrzucają nas zniewieściałe głosy, torebki noszone na zgięciu łokcia jak u Paris Hilton. Dziwaczne stroje, malowane oczy i usta. A lesbijki? Podobają im się dziewczyny, ale wiele z nich to... jak to ktoś powiedział? Trawniki? Męskie, w dresach i adidasach, wygolone prawie na łyso. Oczywiście Rafał nie był aż tak drastycznie zniewieściały, nie ubierał się jak pajac, nie miał wymyślnej fryzury. Miał ten jeden element układanki delikatnie zaburzony, a to mi wystarczyło, by nie zobaczyć w nim osoby, z którą mógłbym budować coś poważniejszego. To mój spory problem, wystarczy mi pokazać faceta, a ja po chwili wskażę jego wadę. Największa trudność polega na zaakceptowaniu jej, nauczeniu się, że można z nią żyć, przymknąć na nią oko albo nawet polubić. Kiedyś może się tego nauczę. Oby.
Otóż jeszcze jakoś w grudniu odezwał się, chcąc wiedzieć gdzie kupiłem koszulkę, którą mam na sobie na jednym ze zdjęć. Koszulka dość nietypowa, bo na jej całej "powierzchni" przedstawiono fragment fresku Szkoła Ateńska, z Arystotelesem i Platonem. Większość osób myśli, że to koszulka z dwoma Jezusami, ale hipsterzy czasem na to lecą. Poleciał i on, tak zaczęliśmy rozmawiać, choć były to dziwne, suche rozmowy - sprawiał wrażenie wycofanego, zdystansowanego na maksa, takiego mruka i gbura. Co ciekawe, okazało się szybko, że pisał jednocześnie z moim przyjacielem, jednak ten mówił mi, że miał do niego mieszane uczucia. Nie dziwię się. Od przyjaciela dowiedziałem się jakiej muzyki słuchał dziwny chłopak - wśród licznych skandynawskich dziwactw była też moja ulubiona wokalistka - zagadałem więc do niego ponownie, wiedząc, że na to się złapie i że jeśli pojawi się wspólny temat, szybko nawiążemy kontakt i jakoś to ruszy do przodu. Wtedy sobie uświadomiłem, że mam w sobie wielką chęć rywalizacji, w tym przypadku z przyjacielem.
Jak przewidywałem, nasze rozmowy się rozkręciły, pisaliśmy po kilka godzin, on w międzyczasie pewnie odpisywał mojemu przyjacielowi, ja innym facetom. W trakcie rozmów szybko wyłapałem, że dziwny chłopak interesuje się... kabałą. Mnie jakoś od zawsze to intrygowało, zacząłem wypytywać o jakieś pierdeletki, a on chętnie udzielał mi odpowiedzi. Pojawiły się natchnione gadki o duchach, wróżeniu z kart, dowiedziałem się, że jestem sensytywny, że powinienem pobawić się wahadełkiem i tak dalej. Wreszcie chciałem go poznać na żywo - spotkaliśmy się w przeddzień mojego spotkania z Pawłem, od którego dowiedziałem się, że Michał umówił się z nim na kawę. Gdy tylko do niego pojechałem, doznałem niemałego szoku, wcześniej wyobrażałem go sobie jako niemowę, dziwaka, a tu uśmiechał się do mnie taki trochę pokemon z charakteru, chłopaczek malutki, chudziutki, kąśliwy, ale wcale nie gbur i mruk. Pogadaliśmy trochę, wypiliśmy po winie, aż wreszcie poruszyłem najbardziej interesujący mnie temat. Wiedziałem, że ma w mieszkaniu karty tarota, że potrafi się nimi posługiwać, a jako cholernie ciekawska osoba, nie mogłem go nie poprosić o wróżbę. Wyszło tam mniej więcej, że Michał jeszcze da o sobie znać - no i dał, poprzez Pawła, poprzez spotkanie z nim, tydzień później chcąc się spotkać ze mną i po raz ostatni kilka miesięcy później. Czując się jak zdesperowana baba, której tyka zegar biologiczny, zapytałem też, czy poznam w końcu chłopaka, z którym zbuduję coś poważniejszego. Oczywiście według kart miałem wkrótce takiego poznać, mówiły też, że to będzie coś naprawdę dużego, że poznam go jeszcze w grudniu.
Wiecie, gdy tak sobie teraz o tym myślę, jest mi szkoda ludzi, którzy robią rzeczy o wiele ważniejsze i popełniają ogromne błędy, chcąc swoje życie dostosować do usłyszanej wróżby. W końcu ile to się mówi o ludziach, którzy rzucają pracę, bo dowiedzieli się od jakiejś Rosamundy, że zaraz dostaną ofertę życia. Którzy zrywają ze swoimi drugimi połówkami, bo okazuje się, że właśnie tkwią w związkach bez przyszłości. Którzy wyjeżdżają do innych, obcych miast, bo tam podobno czeka ich życie usłane różami. Ja popełniłem tylko dwa malutkie błędy - oczywiście nie traktowałem tej wróżby tak bardzo na poważnie, ale zawsze kołatało się po głowie pytanie: "a może...?". Tak myślałem przed spotkaniem o Czarku, który miał nieświeży oddech, tak myślałem o Rafale, którego wkrótce poznałem.
Po wróżbach i wypitych winach udałem się do domu. Na drugi dzień dowiedziałem się od przyjaciela, że on spotkał się z dziwnym chłopakiem dzień wcześniej, że nawet u niego platonicznie nocował. Niezły numer. Kontakt zerwaliśmy i szybko o nim zapomniałem, ale nie o wróżbie. Stała się w pewnym sensie takim malutkim, grudniowym wyznacznikiem, szczególnie, gdy sprawdziło się to, że Michał jeszcze da o sobie znać. Spotkałem się wtedy z Rafałem, nasze pierwsze spotkanie już opisywałem kilka dni temu, więc przejdę dalej. Po miłych rozmowach na fejsie postanowiłem spotkać się z nim ponownie. Znów zarezerwowałem stolik w ulubionym pubie, w kąciku - jak to mówią tubylcy - zakochanych, bo jest usytuowany w wąskim korytarzu, gdzie można spokojnie i swobodnie porozmawiać. Znajoma barmanka śmiała się wtedy ze mnie, bo przychodziłem tam za każdym razem z innym chłopakiem. O Rafale natychmiast powiedziała, że jest bardzo przystojny. Cholera.
Od razu zacząłem na niego jakoś inaczej patrzeć, choć widziałem wcześniej, że jest przystojny, ale nie w moim typie, tak po jej słowach bardziej mi się spodobał. Troszkę pogadaliśmy, na chwilę nawet zapomniałem o jego cholernie widocznym pierwiastku kobiecym, piwa poleciały, aż w końcu on się ośmielił i zaczęliśmy się całować. To nie był mój pierwszy raz w miejscu publicznym i nie ostatni. Zawsze pojawia się stres, adrenalina, że ktoś nas może zobaczyć w każdej chwili. Klienci zerkający czy stolik jest wolny, barmanka sprawdzająca czy może zabrać puste kufle. Banalne pocałunki od razu nabierają pikanterii. Dość szybko zaproponował, byśmy poszli do niego. Jak ja to znam... Poszliśmy więc, włączył jakiś horror, ale jak zwykle tylko ja się na nim skupiałem. Rafał leżał obok mnie, mając gdzieś film i ciesząc się, gdy się wreszcie skończył. Mógł przystąpić do akcji. Zaczęliśmy się całować, szybko znalazł się na górze. A gdy tak mnie całował, co chwilę przestawał, by się we mnie wpatrywać. Peszyło mnie to, więc pytałem o co chodzi. Początkowo nie chciał powiedzieć, ale w końcu wyznał, że po prostu nie może uwierzyć. Wpatrywał się we mnie, czując radość, bo bardzo mu się podobałem, a on dziwił się swojemu szczęściu, że w końcu się udało. Zapeszył, bo we mnie była pustka. Oczywiście zrzucił koszulkę, ogólnie wszystko zmierzało do jednego. Więc gdy byliśmy już w samych bokserkach i jego ręce wędrowały w zakazanym kierunku i znudziło mi się ich ciągłe odsuwanie, powiedziałem wprost, że nie chcę się spieszyć.
Nie chciałem z dwóch powodów - wiedziałem, że jeśli pójdziemy na całość, nie spojrzę potem na niego, a przecież mógł być tym wywróżonym facetem na dłużej, musiałem dbać, by za szybko się to nie skończyło, jeśli chciałem mieć wreszcie kogoś. Drugi powód był trochę zaprzeczeniem pierwszego - jak pisałem, nic do niego nie czułem, nie potrafiłem się zdobyć na żadną czułość wobec niego. Zrozumiał moją odmowę, oczywiście twierdząc, że nawet nie chciał tego zrobić, ale nad ranem, gdy jeszcze leżeliśmy w łóżku, stwierdził, że bardzo mu tym zaimponowałem, że cholernie mu się to spodobało. Tego samego dnia wyjechał szczęśliwy do domu na święta, więc do pierwszych dni stycznia nie miałem z nim kontaktu realnego, tylko wirtualny.
To mi się podobało, nie widziałem go, mogłem z nim pisać godzinami na fejsie, wymieniać miłe sms'y. Umiem to robić, to jest tak łatwe. Bez mrugnięcia okiem można pisać to, czego tak naprawdę się nie myśli. Na odległość łatwo być miłym, łatwo wtedy udawać początki zakochania. Gdy zadzwonił z życzeniami noworocznymi, a ja posłuchałem jego głosu, który przez telefon wydawał się jeszcze bardziej zmanierowany, zrozumiałem, że mam problem. Problem, ponieważ usunęliśmy swoje konta na fellow. Ponieważ po kilku kłótniach on zawsze wysyłał mi długie sms'y przed snem, w których pisał, że bardzo mnie polubił, że nie odpuści tak łatwo, że naprawdę zaczęło mu na mnie zależeć.
Wrócił po świętach, odebrałem go z dworca i znów wylądowaliśmy u niego. Po dotarciu poczułem się jak w pułapce. Nie chciałem tam być, czułem, że im dłużej to trwa, tym większy mam problem. Widziałem jego zaangażowanie, widziałem to w jego oczach, gdy na mnie patrzył, gdy mnie tulił, całował. A ja nie potrafiłem się na nic zdobyć. Nie potrafię grać, udawać, po mnie widać wszystko jak na dłoni, dlatego wiedziałem, że czas najwyższy z tym skończyć, bo w końcu i tak się zorientuje. To był ten strach. Nie umiałem z nim czegoś budować, jeśli nic do niego nie czułem. Może niektórzy tak potrafią, ja nie. Bałem się, że prędzej czy później i tak to zauważy i znienawidzi mnie bardziej, niż gdybym zerwał tak po prostu. Tej nocy bokserki zostały zdjęte. Błąd, bardzo duży.
Chciał się spotkać na drugi dzień, ale pamiętając co było jeszcze przed chwilą, unikałem tego spotkania jak mogłem. Wtedy zaczął naciskać, robić wyrzuty, że specjalnie dla mnie wrócił wcześniej do Lublina, że mógł siedzieć w domu jeszcze kilka dni. A gówno prawda, wrócił, bo udzielał korków jakimś bachorom i był umówiony na kilka spotkań właśnie w tym czasie, ale wolał mnie wpędzić w poczucie winy. I to był z jego strony błąd, bo ja bardzo nie lubię, kiedy ktoś próbuje mnie za bardzo kontrolować, stawiać pod ścianą. Zawsze wtedy muszę się wyślizgnąć jak ryba. Zrobiłem więc coś, czym jedni gardzą, inni uważają za najlepsze rozwiązanie. Wysłałem cholernie długiego sms'a, w którym pisałem, że żałuję, też go polubiłem, ale może w krótkim czasie za daleko poszliśmy albo po prostu do siebie nie pasujemy, bo choć się starałem, nic do niego nie poczułem. Przepraszałem go, żałowałem, ale to był koniec. Oczywiście wkurwił się, że dowiedział się przez sms'a. I tak, z jednej strony ma rację, powiedzieć komuś to wprost, na żywo - to dowód na to, że ma się jaja, to oznaka odwagi i szacunku wobec drugiej osoby. Jednak ja osobiście wolałbym dowiedzieć się tak wirtualnie. Na żywo, gdybym słuchał od chłopaka siedzącego po drugiej stronie stolika, że właśnie zrywa ze mną kontakt, bo nic do mnie nie poczuł, kiedy ja poczułem za dużo, musiałbym grać. Twardego, silnego, musiałbym godnie podziękować za szczerość, powiedzieć, że rozumiem, a potem zaciskać zęby dopóki nie znajdę się bezpiecznie w domu, by móc dać upust nerwom. Albo rozkleiłbym się przy nim, a nie byłoby dla mnie chyba nic gorszego, jestem na to zbyt dumny. Gdybym dostał sms'a siedząc w domu czy z przyjaciółmi, mógłbym w spokoju powkurwiać się na niego, poryczeć, od razu iść się nachlać. Jak widać każda opcja ma swoje wady i zalety.
Co było z nim dalej? Znienawidził mnie oczywiście, po jakimś czasie usunął ze znajomych na fejsie (jak ja to kocham) i zaczął się spotykać z P. Tak, tym P. z Wrocławia. Sytuacja z Rafałem postawiła mnie w nowej roli. Chłopaka, który odrzucił tego, który za bardzo się zaangażował. Teraz to ja zamieniłem się w tego złego, wrednego i nieczułego gnoja. Trudno mi powiedzieć, czy to przez Michała, czy sprawa z nim była zbyt świeża. Czy może po prostu Rafał nie był odpowiedniej wielkości klinem, który mógłby na dobre wybić tego olbrzyma. Czy chodziło o to, że nie był dla mnie zbyt męski, jak wielu innych... A to jest ten straszny paradoks u gejów i lesbijek. Podobają nam się mężczyźni, a spora gromada niewiele ma wspólnego z męskością. Odrzucają nas zniewieściałe głosy, torebki noszone na zgięciu łokcia jak u Paris Hilton. Dziwaczne stroje, malowane oczy i usta. A lesbijki? Podobają im się dziewczyny, ale wiele z nich to... jak to ktoś powiedział? Trawniki? Męskie, w dresach i adidasach, wygolone prawie na łyso. Oczywiście Rafał nie był aż tak drastycznie zniewieściały, nie ubierał się jak pajac, nie miał wymyślnej fryzury. Miał ten jeden element układanki delikatnie zaburzony, a to mi wystarczyło, by nie zobaczyć w nim osoby, z którą mógłbym budować coś poważniejszego. To mój spory problem, wystarczy mi pokazać faceta, a ja po chwili wskażę jego wadę. Największa trudność polega na zaakceptowaniu jej, nauczeniu się, że można z nią żyć, przymknąć na nią oko albo nawet polubić. Kiedyś może się tego nauczę. Oby.

Wydaję mi sie że to ani Michał ani czas tego nie spowodowaly. W kazdym z nas drzemie taki skurwiel ktory bez zawachania odrzuca niepodobających sie nam zaangazowanych, ktory jest jednoczesnie tchórzem ktory nie potrafi powiedziec tego wprost. Kazdy z nas chyba stal tez z drugiej strony tej chorej gry.
OdpowiedzUsuńNie szukajmy problemów i ich przyczyn w innych, nie starajmy sie tez innych zmieniać. Szukajmy swoich bbłędów i je starajmy się naprawić. Tak będzie latwiej.
Pozdrawiam
Wierny anonimowy
Masz dużo racji, wiele nie trzeba, by zranić drugą osobę, nawet jeśli sami tego nie chcemy. Bo też wydaje mi się, że mało kto jest zdolny do świadomego skrzywdzenia drugiej osoby, że nikt nie rodzi się zły. Wiele zależy od tego, na co sami nie mamy wpływu, co ma wpływ na nas.
UsuńDziękuję za komentarz i za to, że wciąż czytasz. :)