8. Zapomnienie.

źródło pierwotne: richardtaddei.com


Zapomnienie to przywilej, na który nie zasłużyłem. Mimo upływającego czasu, P. wciąż nie wychodził mi z głowy, jednak w pewnym momencie zorientowałem się, że w dużej części była to po prostu moja wina. Być może olśnienia doznałem w najbardziej żałosnym momencie mojego życia, gdy gdzieś przypadkiem trafiłem na piosenkę "List" Edyty Górniak i poryczałem się jak dziecko, słuchając tych łzawych tekstów. Boże drogi, to było komiczne i upiorne zarazem, zrozumiałem w końcu, że sam się nakręcałem, że to jest ten skrajny moment, w którym powinienem powiedzieć dość. Zakręciłem się w jakieś błędne koło - im dłużej o nim mówiłem, tym dłużej myślałem, im dłużej myślałem, tym dłużej mówiłem. I tak bez końca.

Jak pisałem wcześniej, głównym ratunkiem okazał się nasz kochany portal randkowy. Krystian to wszystko zapoczątkował, ale nie jestem w stanie powiedzieć, kiedy i czy w ogóle się skończyło. Pod koniec września poszedłem na pierwszą od dłuższego czasu randkę, z Feliksem. Wszystko zaczęło się od durnej zabawy, którą sobie z przyjacielem wymyśliłem, tak dla rozluźnienia. Mieliśmy sobie wzajemnie wybrać dwóch facetów, ja jemu, on mnie, do których później zagadaliśmy. Ten, który pierwszy się ze swoim spotka na żywo, wygrywa piwo. Wygrałem ja, spotkałem się z Feliksem już po kilku dniach pisaniny, podczas gdy przyjaciel chyba utknął ze swoim na etapie wymiany haseł. Przykrość ogromna.

Feliks miał trzydzieści lat i na zdjęciach wyglądał wspaniale. Dobrze zbudowany brunet, przystojny jak diabli, gdy odpisał - a muszę wspomnieć, że należę do osób, które prawie nigdy nie odzywają się jako pierwsze - skakałem z radości. Niestety zgodnie z odwiecznym prawem fellow, uroda rzadko idzie tam w parze z inteligencją i ciekawym charakterem. Wystarczyło kilka wiadomości, bym zrozumiał, że mam do czynienia z kolejnym, delikatnie mówiąc, prostym facetem. Na randce "prosty" zmieniłem na "prostak" i z rozczarowaniem zauważyłem, że zdjęcia, które widziałem, musiał zrobić kilka lat wcześniej, bo na żywo jakoś szerszy się wydawał, okrąglejszy, by nie powiedzieć - taki chomiczek z twarzy. Na dodatek choć był męski, mówił w taki dziwny sposób, jakby delikatnie zmanierowany. Poszliśmy do pubu, w którym właśnie zaczęła pracować moja przyjaciółka i dopóki piwa nie uderzyły do głów, panowała atmosfera zmieszania i zawstydzenia. Po kilku krótkich opowiastkach zapadła cisza, wobec czego zapytał: "To co jeszcze powiesz ciekawego?". Matko moja, jak ja nienawidzę tego pytania. Czy może być coś gorszego na randce? To takie puste pytanie mające zagłuszyć niezręczną ciszę, gdy chwilowo nie wiemy o czym moglibyśmy opowiedzieć. Zawsze gdy je słyszę, zastanawiam się, czy oczekuje się ode mnie, że zaśpiewam jakąś piosenkę albo wyrecytuję wiersz. Po wszystkim odprowadził mnie na przystanek i nigdy więcej się nie umówiliśmy ponownie, ale widywałem go jeszcze kilka razy w Wyrku.

Następny był Marek. Znów trzydziestolatek, znów przystojny, wysoki, nieco szczupły blondyn. Pochodził z jakiejś małej mieściny pod Lublinem, spotkaliśmy się w piątek na początku października. Poszliśmy do kawiarni na ciacho, później zabrałem go na wernisaż, następnie pospacerowaliśmy po Saskim i na koniec wylądowaliśmy w pubie przyjaciółki. Było miło, zabawnie i od razu zauważyłem, że w rozmowie praktycznie nie widać różnicy wieku, a to bardzo rzadko mi się zdarzało w takich sytuacjach. Choć miał raczej negatywny stosunek do papierosów, nie miał nic przeciwko, bym zapalił - wyszedłem na chwilę do ogródka, a wtedy zadzwonił przyjaciel, jak zwykle ciekawy postępami randkowymi. W trakcie rozmowy dostałem chyba z dziesięć sms'ów od Marka, okazało się, że musiał wyjść na sekundę, więc szybko wróciłem na górę, a on natychmiast wyszedł. Przesiedziałem sam pół godziny i gdy moja cierpliwość już się kończyła i miałem wyjść, wrócił, informując, że spotkał się z własnym demonem, który bardzo, ale to bardzo siedział mu w głowie. Oczywiście nie ujął tego w ten sposób, nie musiał. Mały znak ostrzegawczy, który zignorowałem.

Spotkaliśmy się ponownie w niedzielę, wtedy stało się coś, czego nie zapomnę nigdy. Gdy czekałem na autobus, zadzwoniła przyjaciółka i oznajmiła, że w pubie zjawił się P. z jakimś nieciekawym chłopakiem. Jakby piorun mnie trzasnął. Migiem odebrałem Marka z dworca i jak najszybciej chciałem dotrzeć z nim do pubu. Kiedy dopytywał, dlaczego tak się spieszę, odpowiedziałem, że zawsze tak szybko chodzę, a w duchu tylko modliłem się, by P. jeszcze nie wyszedł, byle tylko zobaczył mnie z takim fajnym facetem, jakim mógł się wydawać Marek. W końcu dotarliśmy, weszliśmy na górę i... zrobiło się dziwnie. Siedział tam nie tylko P. ze swoim szczurkiem, przy wejściu zobaczyłem również Feliksa z kolegami. Kumulacja. Przywitałem się z nim, potem dopiero "zauważyłem" P., który  uśmiechnął się na mój widok i zasiadłem z Markiem, który - wtedy to dostrzegłem - zrobił się jakiś zmieszany. Wiecie co się okazało? Marek spotykał się z P. kilka miesięcy wcześniej. Opowiedział mi o tym chwilę później. Mówiłem mu już o P., powiedział, że z tych opowieści już się zorientował o kogo chodzi, ale nic nie mówił, nie chciał, dopiero tego dnia nie miał wyjścia. Znów mała moda na sukces, co?

Spotkałem się z Markiem jeszcze dwa razy, ale już u niego, w tej mieścinie. Wlokłem się zatęchłym busikiem, spędzaliśmy po kilka godzin na mizianiu i oglądaniu jakichś bzdur w telewizji. Raz tylko doszło do zabawnej sytuacji, gdy on mnie przypierał do ściany i się całowaliśmy, do mieszkania weszła jego... matka. Czułem się jak amerykański nastolatek z filmów. Pamiętam też, jak w pubie u przyjaciółki przesiadywały jej koleżanki i po prostu sikały na jego widok. Ciut tego nie rozumiałem, uważałem go za przystojnego, ale bez przesady. Na dodatek coraz wyraźniej widziałem, że nie mamy o czym rozmawiać, że nawet jakiejś chemii między nami nie ma. W błahych sprawach nie mogliśmy dojść do porozumienia, dogadywaliśmy się jak gęś z prosięciem. Choć wiedziałem, że nic z tego nie będzie, zapytałem któregoś dnia, co dalej. Odpowiedział, że możemy zostać kolegami. Myślałem, że mnie coś trafi. Kojarzycie tę polską komedię "Kogel-mogel"? Tam jest taka scena, gdy żona profesorka, jak zwykle robiąca awanturę z powodu głównej bohaterki, rozmawia chyba z teściową. Krzyczy, że nie pozwoli, by ta dziewczyna zrujnowała jej małżeństwo, na co teściowa odpowiada: "Ale przecież i tak chciałaś się rozwieść z Marianem.", na co ta w furii wrzeszczy: "Ale nie on ze mną!". Miałem dokładnie tak samo. :-)

Zapominanie o naszych porażkach to trudny proces, z pewnością bardzo czasochłonny. Dlatego można powiedzieć, że wpadłem jakby w amok, chcąc to wszystko przyspieszyć. Zaczął się wtedy okres, kiedy rozmawiałem z tłumami facetów, gdy nie było tygodnia, bym nie poznał przynajmniej dwóch nowych. Jak dawniej stresowałem się randkami, tak wtedy nawet o nich nie myślałem, po prostu wychodziłem z domu, widziałem się z nimi i po krzyku. To nawet ciekawe, że aż tylu mężczyzn nie potrafiło pomóc mi zapomnieć o jednym, jedynym P., który przecież nie był jakimś supermodelem, nie miał fenomenalnego charakteru, wyjątkowych zainteresowań czy muskularnego ciała. Był zwykłym chłopakiem, a sekret tkwił w tym, że po prostu mnie nie chciał. Apogeum randek przypadło na pierwszego listopada, gdy tak jakoś się złożyło, że umówiłem się na... trzy randki tego samego dnia, jedną po drugiej. Pierwsza okazała się najsłabsza, pojechałem do chłopaka, obejrzeliśmy jakiś film, ale to wszystko, rozmowa nijak się nie kleiła, był wyraźnie onieśmielony, co i mnie wyciszało. Na drugą się spóźniłem, facet prawdopodobnie miał ochotę mnie udusić, ale na szczęście tego nie zrobił, pospacerowaliśmy po Saskim, następnie udaliśmy się do... matko moja, McDonald's... I czym prędzej się go pozbyłem. Trochę zmęczony i rozczarowany dniem, niewiele oczekując, udałem się na trzecią randkę, która okazała się najbardziej udana ze wszystkich dotychczasowych. Tak poznałem Michała, który jako pierwszy skutecznie pomógł mi się pozbyć P. z głowy. Jemu jednak należy się osobny wpis. Dlaczego? Wpadłem z deszczu pod rynnę.




Komentarze

  1. Coś mnie tknęło, żeby zajrzeć ;) Jedyną wadą dzisiejszej publikacji jest to, że jutro (jak przypuszczam) nie będzie kolejnej... A suspens wręcz mistrzowski, szlifujesz warsztat ;)
    h.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jednak chwilowy nadmiar wolnego czasu robi swoje, wybacz :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

20. Nic się nie stało, a zdarzyć miał się cud.

6. Jesteś - a więc musisz minąć.

29. Zmęczenie materiału.