16. I'm the only one I should adore.

źródło pierwotne: fineartamerica.com

I don't wanna love the way I loved before,
I don't wanna love that way no more.
What have I been writing love songs for?
I don't wanna write them any more.
I don't wanna sing from where I sang before,
I don't wanna sing that way no more.
What have I been singing love songs for?
I don't wanna sing them any more.

I don't wanna be that boy no more.
I don't wanna cry no more,
I don't wanna die no more.
So cut me down from this old tree,
Cut the rope and all from me,
Set me on the floor,
I'm the only one I should adore!
Sinead O'Connor - Take me to church


Tak, dokładnie. Jestem jedynym, którego powinienem uwielbiać. Jestem jedynym, o którego powinienem się troszczyć. Jestem jedynym, o którym powinien myśleć. Jestem najważniejszy. A zapomniałem o tym. Najważniejsi byli dla mnie faceci. Mija rok, odkąd zacząłem tak na siłę szukać. Przez cały ten czas nie było chwili bez któregoś z nich. Rok ciągłych dramatów, zmian facetów jak rękawiczki. Pojawiali się i znikali, na miejsce jednego przychodziło dwóch następnych. Co mi to dało?

Gdy zaczynałem szukać, gdy pojawiłem się na fellow i intensywnie korzystałem z pozornych możliwości jakie daje, szukałem nieba. Niebo utożsamiałem z mężczyzną. Wydawało mi się, że gdy go znajdę, natychmiast się do niego przeniosę. Niestety, jak w piosence Shake it out, szukając nieba, odnalazłem w sobie diabła. Odnalazłem piekło. Mężczyźni nie przenosili mnie do nieba, nawet w dobrych chwilach, gdy się starali i jakoś nam się układało. Natomiast bez trudu wbijali mnie pod ziemię, gdy coś się zaczynało psuć. Dlatego, że im na to pozwalałem. Bo nic do nich nie czułem, do żadnego z nich, nawet do P., nawet do Michała. Do nich czułem tylko ogromną chęć zwrócenia na siebie uwagi, chciałem by przestali być dla mnie niedostępni, by zaczęli mnie chcieć jak inni. Nie chcieli, więc wariowałem. Ale to nie była miłość, może tylko lekka fascynacja. I dam sobie rękę uciąć, że gdyby tylko zmienili nastawienie, przestaliby być dla mnie tacy atrakcyjni.

P. w sumie zmienił i faktycznie stał się dla mnie niczym. Zaczęliśmy co jakiś czas wychodzić na piwo. Po pierwszym, jakoś pod koniec października, wpadłem w emocjonalny dół, bo zadurzył się w tym chłopaku, z którym go widziałem w pubie przyjaciółki. Przeżywałem go, ale przestałem, gdy kilka dni później pojawił się Michał, chłopak z rodzaju osób ą ę gówno przez rz. Na niego przerzuciłem swoje uczucia, o P. już nie myślałem, a on natychmiast zaczął zabiegać o moje zainteresowanie. Wypisywał na fejsie, zagadywał po zajęciach z włoskiego, wyciągał na piwo. Nawet nocowałem u niego kilka razy, ale spokojnie - na wersalce w dużym pokoju, on spał w swoim. Pojawił się też na moich urodzinach, na które Michał nie chciał przyjść. Wciąż pamiętam, jak wiele osób potem mówiło mi, jak on na mnie wtedy patrzył, jak ciągle był obok, wręcz nie odstępował mnie na krok. Widzicie? To tylko odrzucenie i niedostępność, najpierw u mnie, potem u niego.

W żadnym chłopaku nie potrafiłem się zakochać. I nie mówię o miłości, należy to rozróżniać - miłość od zakochania. Tylu ich poznałem, wielu pasowało do mojego ideału, ale gdy byli fajni i nam się układało, była we mnie pustka. I jeśli tak o tym pomyśleć, to przecież ja prawie każdego z nich pogoniłem. Jedynie Marek stwierdził, że możemy się kumplować, a Erwin wprost powiedział, że to za wcześnie dla niego. Ale gdy to usłyszałem, nie chciałem mieć z nimi nic wspólnego, Markowi powiedziałem, że znajomych mam już wielu, Erwinowi po prostu nie odpisałem. Odrzuciłem wszystkich. Nawet najważniejszą dwójkę - przecież to ja uciekłem od P., to ja nie chciałem się spotkać z Michałem na koniec, a być może to wcale nie musiał być koniec.

To był bardzo, bardzo, bardzo intensywny rok. Moje życie w pełni zostało podporządkowane facetom. Dbałem o wygląd, zastanawiając się, czy im się spodobam taki albo taki. Wybierałem ubrania ciekawy, czy w nich wpadnę im w oko. Dbałem o cerę, o włosy, zacząłem ćwiczyć. Nawet czasami interesowałem się bzdurami, którymi oni się interesowali. Wszystko dla nich. Wszystko kręciło się wokół nich. Aż wstyd mi przed przyjaciółmi i znajomymi, kiedy pomyślę, jak ich zadręczałem. Przecież od roku nie było innego tematu ze mną, tylko faceci. Opowiadałem o jednym, drugim, trzecim, pięćdziesiątym, a oni gubili się, pewnie bladego pojęcia nie mieli który to Rafał, który to Oskar, który to Marek albo Erwin. Na dodatek zawsze skupiałem się na sobie, tyle się działo przecież, ciągle ktoś nowy, ciągle jakiś zabawny lub dramatyczny epizod, o którym musiałem opowiedzieć już, teraz, zaraz, bez względu na to co oni mieli mi do powiedzenia o sobie. Ja, mnie, moje. Nie byłem dla nich dobrym rozmówcą przez ten czas, właściwie nadal nie jestem.

Postanowiłem więc zrobić coś, o czym myślałem od dłuższego czasu. Najpierw pojawił się pomysł opisania choć fragmentu tych zdarzeń w opowiadaniu na konkurs magazynu Chimera, jednak byłem zbyt leniwy by to zrobić. Później, to chyba przeznaczenie, dokładnie w Nowy Rok, jakoś przypadkiem wyskoczył mi blog pewnego młodego geja. Nie pisał jednak o sobie, o homoseksualizmie, o facetach i randkach. Pisał w sposób tragiczny, bez przecinków, z licznymi błędami i o niczym. Bo jak inaczej nazwać pisanie o zawartości własnego portfela? Albo o tym, że żucie gumy zwiększa inteligencję? Poczytałem go, przeczytałem jego opis, z którego łatwo można dowiedzieć się, że jest wielkim i próżnym narcyzem, mającym o sobie takie mniemanie, że ja pierdolę, chwalącym się swoją samojebką twierdząc, że ta twarz wkrótce znajdzie się na billboardach w całej Polsce, zobaczyłem jak wielu ma czytelników i pomyślałem... skoro on może, to i ja mogę. Założyłem więc tę stronę, ale natychmiast przeraził mnie ogrom możliwości i ustawień. Zgubiłem się w tym wszystkim, było tego za dużo jak na żółtodzioba, jakim wciąż jestem. Stanęło wobec tego tylko na założeniu strony. Nazwę podsunął mi przyjaciel - Translacja, choć mi bardziej spodobała się liczba mnoga. I tyle. Strona istniała od stycznia, ale nic nie pisałem, wciąż nie mogłem się w sobie zebrać, by zacząć coś robić. Dopiero na początku marca, prawdopodobnie z nudów, spróbowałem, pokombinowałem, wybrałem jedną z prostszych szat graficznych, zrobiłem dwa wpisy i pojawiłem się na fellow pod drugim nickiem. I wtedy się zaczęło.

Nie sądziłem, że aż tyle osób będzie to czytało. Daleko mi do znanych blogerów, którzy mają po kilka tysięcy wejść dziennie, może ten blog nie powala graficznie, może wciąż jest wiele rzeczy, które powinienem dopracować. Ale to jest najmniej istotne. Choć banalnie to zabrzmi, najważniejsze, że jesteście Wy. Że wciąż ze mną tu trwacie, że wciąż czytacie moją historię. Wielu z Was pisało również do mnie na fellow, komplementując i chwaląc, motywując do dalszego pisania. Nie lubiłem takich ckliwych bredni wielu pisarzy czy w ogóle artystów, wciąż powtarzających, że gdyby nie ludzie, odbiorcy ich dzieł, nie mieliby po co tworzyć. Mimo wszystko muszę przyznać, że jest w tym dużo prawdy. Wy byliście i wciąż jesteście tym motorem, który dwa razy w tygodniu usadzał mnie przed komputerem na kilka godzin. I za to Wam cholernie dziękuję. Choć twórca to szumne określenie i czuję się do niego za mały, to jednak nie ma dla twórcy większej motywacji od uznania osób, dla których tworzy. Podzieliłem się z Wami moją historią, pokazałem Wam siebie, takiego jakim jestem, z moimi licznymi wadami, wystawiłem się na krytykę i osąd, ale nie żałuję. Teraz wiecie, że wiem, o czym będę pisał.

W trakcie pisania pojawiło się też dość ciekawe zjawisko. Choć nie wiem, czy to właściwe określenie. Mianowicie wielu z Was chciało podzielić się ze mną swoimi historiami, swoimi problemami i dylematami. Opowiadaliście mi o chłopakach, którzy Was ranili. Opowiadaliście o Waszych wzlotach i upadkach. Niektórzy obnażali się przede mną tak, jak ja przed Wami. Za to też muszę podziękować. Mimo, że to słowo jest tak często ostatnio przeze mnie używane i cholernie żałuję, że nie ma miliona synonimów, dziękuję. Choć czułem się czasami jak Oprah Winfrey albo Ewa Drzyzga, to jednak jest to dla mnie cenne doświadczenie, pokazuje mi również, że każdy ma te problemy, każdy ma swoje demony, każdy ma swoje lęki. To pocieszające i przykre jednocześnie. Ale wciąż moim zdaniem prowadzenie przeze mnie tego bloga o związkach i randkach i udzielanie Wam rad w tych sprawach można porównać do sytuacji, w której jakiś facet, któremu z ciast ciągle wychodzą zakalce, napisał książkę kucharską i zaczął prowadzić program kulinarny. Choć podobno szewc bez butów chodzi. W każdym razie rozumiecie o co mi chodzi? Znacie mnie już, wiecie doskonale jak słaby jestem w te klocki, że robię jeden błąd za błędem, że psuję każdą relację, w jaką wejdę. A mimo tego wciąż piszecie. Nie będę oryginalny, ale znów dziękuję. Bardzo.

Czy wyciągnąłem jakąś naukę z tego roku? Tak, choć nie bez pomocy innych. Nie będę w stanie pokochać drugiej osoby, jeśli nie potrafię pokochać samego siebie. Nigdy nie odnajdę się w związku, jeśli wciąż będzie mi bardziej zależało na nim, niż na mnie. On nie odpisuje? Ma mnie w dupie? Traktuje mnie jak gówno? To jego problem, nie mój. To jego strata. Bo z każdą taką durną sytuacją, w której doprowadza mnie do łez lub nerwów, traci moje zaufanie. To jego strata, bo ja mogę uczynić go szczęśliwym, a choć po każdej burzy wychodzi słońce, to jednak zawsze zostaną ślady po deszczu, które nie znikną choćby i w największy upał. Z każdą kłótnią zostaje jakaś zadra. Nie mogę się przejmować człowiekiem, dla którego jestem wart mniej niż jakiś robak. Każdy z nas musi sobie wryć do bani, że jest najważniejszy. Ale też bez popadania ze skrajności w skrajność. To, że musimy znać swoją wartość, nie oznacza, że mamy innych traktować jak gówno. Bądźmy po prostu uczciwi wobec siebie i wobec innych i traktujmy ich tak, jak oni nas. Ma na Ciebie wyjebane? Ty też miej. Nie przeżywaj tego, bo to i tak minie. On minie. Wypłacz się, jeśli musisz, zniszcz jego zdjęcia, cokolwiek, ale wiedz, że ten etap mija. A jeśli nie mija, to znaczy, że nie potrafisz zapanować nad samym sobą.

Nie można też szukać na siłę, to się nigdy nie sprawdzi. Jak to mówią, co nam przeznaczone, to na drodze rozkraczone. Tak jest. Znam wiele osób, które są w szczęśliwych związkach, które poznały swoje drugie połówki, gdy ich nie szukały. Same do nich przyszły. A zgadnijcie ile znam par, które zrodziły się dzięki naszemu portalowi. Nie muszę chyba mówić. Czy morał z tego taki, że trzeba nie szukać? Trzeba o tym nie myśleć, nie skupiać się na tym? A my na fellow co robimy? Zastawiamy wszędzie pułapki, by jak najwięcej ofiar w nie wpadło. Kupujemy milion lornetek, by lepiej widzieć każdego z mężczyzn. Upiększamy się na zdjęciach jak cheeseburgery na reklamach, które w rzeczywistości są jedynie spoconymi bułami z kawałkiem niby mięsa. Wchodzimy w cały ten tryb, by dostać kolejnego guza. Wspinamy się na wyżyny masochizmu. Gdy poznamy jakiegoś fajnego chłopaka, z góry myślimy o nim jak o obiekcie, w którym możemy się zakochać. A tak miłości nigdy nie znajdziemy. Nie wiem czyje to słowa, ale cholernie mi się spodobały: Miłość? To spacer podczas bardzo drobniutkiego deszczu. Człowiek idzie i dopiero po pewnym czasie orientuje się, że przemókł do głębi serca. Spróbujcie choć raz zapomnieć o parasolu. Dajcie sobie i szczęściu szansę.



Komentarze

  1. Może to zabrzmi banalnie albo wręcz odwrotnie - zbyt patetycznie, ale dzisiejszy wpis niesie ze sobą naprawdę wspaniałe przesłanie, które świadczy, może o dopiero budzącej się w Tobie, ale na pewno dojrzałości. Przesłanie za które chciałbym Ci bardzo podziękować.
    Ćwicz warsztat, bo masz do tego dryg. Ostatnie posty - pełna profeska :) No, i nie przestawaj publikować!
    h.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powtarzam się, co mnie cholernie irytuje, bo nie lubię tego robić, ale naprawdę Ci dziękuję. :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

20. Nic się nie stało, a zdarzyć miał się cud.

6. Jesteś - a więc musisz minąć.

29. Zmęczenie materiału.