19. I am the same, I'm the same I'm trying to change.
![]() |
| (kliknij, by powiększyć) |
Too fast for freedom
Sometimes it all falls down
These chains never leave me
I keep dragging them around
Now I'm dancing with Delilah and her vision is mine
Holding on for your call
A different kind of danger in the daylight
I can never let go
Took anything to cut you I can find
Holding on for your call
A different kind of danger in the daylight
Can't you let me know?
Now it's one more boy and it's one more line
Holding on for your call
Taking the pills just to pass the time
I can never say no
Cause I'm gonna be free and I'm gonna be fine
Holding on for your call
Cause I'm gonna be free and I'm gonna be fine
But maybe not tonight
Florence + the Machine - Delilah
Zabawne, jak to zawsze tak cudownie i mądrze brzmi, gdy się tego słucha na fajeczce, ale gdy już dochodzi do napisania tego tutaj, to tylko zwykły tekst piosenki. Tak, nie da się ukryć, że uwielbiam nową płytę Florence. Teksty jej najnowszych piosenek tak bardzo pasują mi do mojej obecnej sytuacji i doskonale ją opisują. Bo za wcześnie dla mnie na wolność. Próbuję, ale to rzadko wychodzi. Tańczyłem, chcąc zapomnieć, czekając na jego telefon czy choćby sms. Nie potrafiłem odpuścić, tylko czekałem. Teraz też widzę, że chciałem go zranić. Bo znów było o jednego chłopca za dużo, bo znów przekroczyłem kolejną granicę. Nie umiałem powiedzieć 'nie'. Bo chciałem być wolny i szczęśliwy. Tak bardzo tego chciałem. Nie udało się.
Czas wrócić do Mikołaja, mojego wiosennego koszmaru, który powoli przechodzi w letni. Nasze długo wyczekiwane spotkanie zbliżało się wielkimi krokami, a ja albo zacząłem się męczyć tą sytuacją albo zwyczajnie nudzić. Ileż można? Nasza relacja zaczęła mi przypominać niewielką ilość masła rozsmarowaną na zbyt dużej kromce chleba. Niestety zjadałem ją ze smakiem, choć tak naprawdę była i nadal jest niczym. Zamiast nasycić, wzmagała apetyt, którego nigdy za cholerę nie udało się zaspokoić.
Od tamtej pory, gdy się pogodziliśmy jakoś w połowie kwietnia, jest dobrze. Znaczy nie zrozumcie mnie źle, ta cała "relacja" wcale nie jest dobra, może była tylko przez moment, przez kilka pierwszych dni na Fellow - wtedy było tak, jak powinno być, normalnie i w miarę dobrze. Później to wszystko zrobiło się zbyt skomplikowane i takie nie do ogarnięcia przeze mnie. Od kwietnia było dobrze między nami w takim sensie, że kilka rzeczy sobie poukładałem w głowie, nie robiłem afer z błahych powodów, nie histeryzowałem, nie kazałem mu spieprzać. Dwa miesiące, dzień w dzień, bez żadnej poważnej kłótni, afery, burzy w szklance wody i następującej po tym przerwy w kontakcie. Raz czy dwa wolałem na spokojnie zapytać, dlaczego czasami ma takie ciche dni, ale tak poza tym jak dziecko mogę być z siebie dumny. Uczyłem się cierpliwości i jak wcześniej skończyłbym to milion razy, tak teraz zwyczajnie czekałem, co będzie dalej. Ktoś inny może by powiedział, że on po prostu na mnie pluje, a ja to nazywam deszczem, ale spokojnie, w końcu dowiemy się, czym jest ten płyn, który kapie mi na głowę od kilku miesięcy.
Raz tylko doznałem bardzo brutalnego zderzenia z rzeczywistością. Pamiętacie, jak pisałem, że siedzi mu w głowie były? Jego własny demon? Jak się ucieszyłem, gdy mi o tym powiedział, bo w końcu wiedziałem o co chodzi? Głupie, głupie dziecko. Trudno mi sobie przypomnieć od czego ta cała rozmowa się zaczęła, w pewnym momencie zapytał czy wiem, co go jeszcze trzyma przy życiu (jak widać nie tylko ja umiem dramatyzować). Zapytałem i odpowiedział. A jego odpowiedź nawet teraz, po jakimś miesiącu od tej rozmowy, trudno mi powtórzyć. Otóż jedyne, co go trzyma przy życiu, to świadomość, że jego demon jest sam. Że nikt go nie dotyka tak, jak Mikołaj. Bo tylko on może. Bo to on ma być powodem jego szczęścia, nie jakiś inny facet. Może nie powinienem tego tu powtarzać, ale przede wszystkim nie powinienem czegoś takiego się dowiadywać. Do tego okrutnego wyznania, którego nigdy mu nie zapomnę, dochodzi fakt, że Mikołaj przez cały ten czas od stycznia czy lutego, codziennie lub co dwa dni wchodzi na Fellow. Jak kilka razy powtarzał - tylko na chwilkę. Co mu zajmuje tę chwilkę? Sprawdza, czy jego demon nie wrócił. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że w tym momencie znacznie zwiększyło się grono osób będących za teorią o pluciu, nie o deszczu. Rozumiem to doskonale, uwierzcie.
Całą rozmowę przerwałem w równie dramatyczny sposób, poszedłem na fajkę i po dłuższej chwili rozmyślań udało mi się wreszcie zasnąć. Na drugi dzień oczywiście obudziła się we mnie histeryczna natura i miałem to zakończyć, chciałem kazać mu wypieprzać. Ale przecież uczyłem się cierpliwości i jak ognia miałem unikać takich zagrań, więc zrobiłem coś innego, poprosiłem go o dwie rzeczy. By przestał mówić o tym chłopaku i by przestał wchodzić na Fellow. Na pierwszą prośbę przystał, choć tego samego dnia złamał obietnicę i będąc wieczorem w pubie ze znajomymi pisał, że nie bawi się dobrze, bo nie ma tamtego chłopaka przy nim (licznik fanów teorii o pluciu leci do góry). Złamał ją ponownie jakiś czas później, ale wtedy już chyba dość jasno dałem mu do zrozumienia, że nie chcę tego słuchać. Bo i po jaką cholerę on mi to mówi? Co mnie to obchodzi? Jest następnym, który lubi sobie ze mnie robić spowiednika albo dobrego kumpla, któremu można się wygadać z bolączek? Owszem, może się zwierzać, ale ten jeden temat jest i zawsze będzie tabu, powinien to zrozumieć. Jeśli natomiast chodzi o drugą prośbę... domyślcie się sami.
Po tej niezbyt przyjemnej rozmowie nareszcie coś do mnie dotarło. Zrozumiałem, że ten chłopak jest zajęty. I choć nie ma nikogo od stycznia, a jego demon to pewnie i tak zamknięty rozdział, to on jednak nie potrafi tego zrozumieć i nie chce o tym zapomnieć, nie ma zamiaru się z tego uleczyć. Nawet się nie stara, jest inteligentny, a poniża się i robi głupotę, do jakiej nawet ja nie byłbym zdolny - dalej tam wchodzi i za każdym razem, każdego dnia sprawdzając czy on wrócił, myśli o tym wciąż na nowo i na nowo, jakby nie zdawał sobie sprawy z tego, że zaprzestanie tego byłoby pierwszym krokiem do zapomnienia lub choćby pogodzenia się z tym. Nie lubię uszczęśliwiać innych na siłę, nie lubię też pchać się między młot a kowadło, dlatego po tej rozmowie postanowiłem wrócić na Fellow. Nadal mogłem z nim utrzymywać ten pseudo-kumpelski kontakt i czekać na spotkanie, które niby tak wiele miało zmienić, ale mogłem też wrócić na ukochany portal. Wiem, miałem tego nie robić, ale w danej chwili nie widziałem dla siebie innego ratunku, bo uświadomienie sobie, że coś lub ktoś jest dla nas zły to jedno, a przyzwyczajenie do danej osoby i chęć wybrnięcia z toksycznej relacji to drugie. Drugie zazwyczaj jest cholernie trudniejsze, wszyscy o tym wiemy.
To było coś nowego. Zazwyczaj szalałem na Fellow po jakimś dramatycznym zakończeniu równie dramatycznej relacji, chcąc zapomnieć o którymś chłopaku. A tym razem robiłem to w trakcie, chcąc nabrać dystansu do Mikołaja. Pojawił się zgorzkniały opis, kilka zachęcających zdjęć i nowe stadko adoratorów. Choć przez cały czas nie odstępowało mnie myślenie, że w pewnym sensie dopuszczam się jakiejś zdrady wobec Mikołaja, pojawiało się dziwne poczucie winy, to jednak wtedy przypominałem sobie, że jeśli moją obecność na tym portalu i umawianie się z innymi chłopakami można nazwać zdradą względem jednego, którego nigdy nawet nie poznałem, to jego zachowanie i codzienne sprawdzanie, czy były już wrócił, również można nazwać zdradą. Wreszcie więc zacząłem go traktować tak, jak on mnie. I w ten sposób poznałem Adriana, młodszego o jakieś dwa lata, chłopaka, który niestety okazał się ofiarą moich działań.
Zanim do mnie napisał, widziałem go w Wyrku kilka razy. Pokazywał mi go też przyjaciel, który przez chwilę był obiektem westchnień Adriana. Podrywał go, wypisywał na fejsie, chciał się spotkać w Wyrku, ale gdy Aron tam ze mną przyszedł, ten był z jakimś chłopakiem i chyba zrozumiał, że na żywo nie ma takiej odwagi jak w internecie. Za to później miał o mnie kilka słów do powiedzenia Aronowi, twierdził, że nie lubi blondynów, że mam siedemnaście lat (podobne zdanie mają wszyscy sprzedawcy, od których chcę kupić papierosy czy czasami alkohol), i że sprawiam wrażenie takiego, cytuję: Co to nie on. I po chwili obaj o nim zapomnieliśmy, Arona cała sytuacja bawiła od samego początku. Adrian przypomniał o sobie, gdy Aron nie mógł chodzić z nami do Wyrka, bo miał coś tam innego na głowie. Tańczyłem ze znajomymi, a on tańczył obok i ciągle zerkał. Wychodziłem na fajkę, a on siedział z jakimś kolesiem i dalej to robił. Aż wysłał mi zaproszenie do znajomych na fejsie, którego nie zaakceptowałem. I wreszcie odezwał się na Fellow. Jest przystojny, ale mi się nie spodobał. Niby coś tam ma w głowie, ale mnie irytował. A mimo tego z nim rozmawiałem. Choć dość szybko zaczął działać mi na nerwy, bo każdą wiadomość kończył pisząc "haha" i ogólnie zachowywał się jak gimbus, z którym za cholerę nie umiałem poważnie porozmawiać.
Już od początku wiedziałem, że nic z tego nie będzie. Był za bardzo miły przed spotkaniem, komplementował, twierdząc, że uwielbia blondynów (niezły koleś), nawet ze dwa razy poinformował, że mu się śniłem, o zgrozo. Jednak spotkałem się z nim. Poszliśmy na piwo, pogadaliśmy, było miło - zdziwiłem się. Choć do wad mogłem wtedy dodać kolejną, głos. Nie był zniewieściały, nie miał złamanego nadgarstka, tylko ten jego głos. Jakby jakiś grzyb spedalenia wyrósł mu na strunach głosowych. Co zabawne, twierdził, że jest bi, a przygodę z facetami zaczął zaledwie pół roku wcześniej. Jak to można skrajnie przejść na jedną stronę, co? W każdym razie spotkanie mogłem uznać za udane, a my mogliśmy rozmawiać dalej. Tego samego dnia poprztykałem się z Mikołajem i powiedziałem mu o tej randce, ponieważ zarzucał mi, że niekomfortowo czuje się w sytuacji, gdy robię mu wyrzuty z powodu jego cichych dni. Bo kumpel miałby to gdzieś, a ja nie miałem. To trochę przerażające, że te wszystkie minusy i złe chwile tak łatwo sobie przypominam i że jest ich tak wiele.
Nadal rozmawiałem z Adrianem, niby miło nam się rozmawiało, wypisywał już od rana, a gdy nie rozmawialiśmy kilka godzin, przepraszał, że nie ma dla mnie czasu. Podczas tych rozmów zdałem sobie sprawę z pewnej przykrej rzeczy - odpisywałem mu tak, jak Mikołaj odpisuje mnie. Byłem ciekawy czy umiem grać, a jeśli tak, to jak długo, więc doszło do drugiego spotkania. Tym razem chciał pójść ze mną i moimi znajomymi do Wyrka. Po cichu liczyłem na to, że ktoś go tam poderwie, ewentualnie że przy moich znajomych będzie się zachowywał jak mój zwyczajny kumpel. To słowo pojawia się na tym blogu zdecydowanie za często, ale - niestety. Niestety gdy byliśmy nad zalewem i tam zrobiliśmy sobie mały biforek, wszedłem na fejsa - zobaczyłem tam wiadomość od Kamila, który odezwał się jakąś godzinę wcześniej i pytał o moje plany na wieczór. Nie doczekał się odpowiedzi, więc napisał do naszej wspólnej koleżanki, która pokazała mi smsa od niego, pytał czy idzie do Wyrka i czy ja idę z nią. Pomyślałem - będzie ciekawie. W końcu dotarliśmy do klubu, ale poszliśmy na mały placyk zabaw znajdujący się za nim, by wypić jeszcze po jednym piwie. Wszyscy byliśmy już mocno podpici, właściwie tam zaczęła się mała impreza. Trochę sobie śpiewaliśmy, a gdy Adrian usiadł obok mnie i zaczął się kleić ciut za bardzo, na dodatek śpiewając tym swoim upiornym głosem, myślałem, że się rozpłaczę.
Nareszcie ruszyliśmy do Wyrka, tam pod wejściem czekał na nas Kamil... i się zaczęło. Następna ciotodrama. Dlaczego ja je tak przyciągam? Kamil pytał kim jest Adrian, Adrian pytał kim jest Kamil. Adrian ciągnął mnie na parkiet, Kamil też. Zachowanie Adriana zaczęło mnie delikatnie irytować - gdy tańczyliśmy, chciał mnie całować, potem tak mnie oplótł całym sobą, że ledwo oddychałem. Chyba nigdy nie słyszał o tym, że tańcząc warto zrobić miejsce dla Jezusa. To było nawet komiczne, gdy tak mnie do siebie przytulał, a ja spanikowany ciągnąłem za jego plecami wszystkich znajomych wokół, by nas rozdzielili, by się wepchnęli między nas, by go zabrali. Gdy się od niego w końcu uwolniłem i uciekłem na fajkę, zjawił się Kamil. Znów wypytywał kim jest ten chłopak, co razem robimy... a ja zrobiłem najgorszą rzecz. Poprosiłem, by mi pomógł. By udał mojego byłego, który jest zazdrosny i tak dalej. Chętnie na to przystał, a po powrocie do środka to on mnie nie odstępował.
Zachowałem się jak gnój, znów nie umiejąc wprost komuś powiedzieć, by się odczepił. Wolałem kombinować i odstawiać te szopki, zrobić wszystko, byle tylko się uwolnić od Adriana i po prostu nie powiedzieć, by dał mi spokój. Wyrko było wtedy miejscem niezłego przedstawienia, ludzie widzieli najpierw jak tańczę sklejony z Adrianem, a później z Kamilem, który też mnie pocałował, gdy wszyscy znajomi, włącznie z Adrianem, byli na zewnątrz, więc nie było potrzeby odstawiania szopki. Później, kiedy ponownie wyszliśmy wszyscy na fajkę, podniósł mnie i jakoś tak się przeszedł ze mną po 'placyku' przed klubem. A na koniec powiedział sporo niemiłych słów Adrianowi, gdy ja na zewnątrz odpisywałem Mikołajowi na smsy. Ten chciał zadzwonić, ale niestety strzelił focha, gdy się dowiedział gdzie jestem.
Cała sytuacja mnie przerosła. I to podłe co napiszę, bo wyrządziłem trochę krzywd, ale podobało mi się. Dwóch facetów biegających za mną, wpatrzonych we mnie, a ja w centrum wydarzeń. To taka miła odmiana po Mikołaju, który przez cały czas zachowuje się tak, jakbym był dla niego nikim. Taka przyjemna odskocznia, dowód, że jednak wciąż mogę się podobać. Wiem, że brzmię teraz jak zepsuty bachor, ale tak jest. Nie mogę udawać świętego, nikt taki nie jest. Uspokoję Was jednak, wciąż jestem człowiekiem, wyrzuty sumienia zżerały mnie dotkliwie, z samego rana chciałem przeprosić za wszystko Adriana, ale zaskoczył mnie. Napisał od razu, gdy wstał, pytał, czy miałbym czas, by się spotkać, chciał porozmawiać. A gdy nie odpisywałem, zaczął dręczyć moich znajomych i wypytywał, kim jest ten Kamil i co nas łączy. Napisałem więc do niego w niedzielę długą, długą wiadomość. Przepraszałem, wyjaśniałem, dałem do zrozumienia, że to jednak był bardzo zły pomysł i trafił na nieodpowiedni moment w moim życiu. Poleciało kilka banalnych tekstów typu: To nie ty, tylko ja. Dzięki tobie chcę być lepszym człowiekiem. Co mi wtedy wyznał? Że chyba się we mnie zakochał. A myślałem, że to ja jestem największym masochistą w tym mieście. Wreszcie zrozumiał i odpuścił, choć chciał się jakoś ratować (czy raczej pogrążyć, ale tego nie kumał), próbując zostać moim kumplem.
Po nim pojawił się... Kali. Niecodzienne imię. Następny przystojny chłopak, brunet, brodacz, ładnie zbudowany, tak cudownie większy ode mnie. Schemat był jednak znów ten sam. Miałem go na tacy, już po jednym spotkaniu nie musiałem nic robić. Problem z nim polegał na tym, że po tym jednym spotkaniu zachowywał się tak, jakbyśmy byli parą od roku co najmniej. Osaczał mnie od samego początku. Zrobił dokładny przegląd moich zdjęć na Instagramie, pytał o każdą osobę, z którą miałem zdjęcie. Założył na Fellow fałszywe konto, chcąc sprawdzić, czy spotkam się z innymi, niestety dla niego szybko się domyśliłem, że to on (tak na marginesie chłopcy, gdy chcecie kogoś sprawdzić, nabijcie sobie najpierw trochę wyświetleń). Wypisywał do mnie często, nawet gdy nie odpisywałem. A gdy odpisywałem, zazwyczaj kilkoma słowami, pisał jeszcze więcej. To biedny i nieszczęśliwy chłopak, który potrzebuje kogoś lepszego. 'Rozstaliśmy się' w bardzo złej atmosferze, po kilku dniach zaczął spotykać się z tym nielubianym przeze mnie kumplem Antosi, co to zakochuje się w każdym geju, jakiego pozna, a do niej samej zaczął się kleić i robić sobie z niej kumpelę. Ja koniec końców zablokowałem konto na Fellow i wróciłem do punktu wyjścia.
Wreszcie zrozumiałem, że dopóki nie załatwię sprawy z Mikołajem, nie mogę zawracać dupy innym, nie mogę ich wykorzystywać, by nabrać do niego dystansu. Chciałem dobrze dla siebie, a ucierpieli inni i wcale nie zrobiło mi się lepiej, ten pomysł był z góry skazany na porażkę, nic a nic mi nie pomógł. Bo Mikołaj jest niedostępny, bo jest zapracowany, bo mieszka pięćset kilometrów dalej. Ale czekałem, w końcu to mi pozostało. Czekanie na spotkanie. Bo mimo tylu przykrych i niezbyt korzystnych dla mnie rzeczy, staram się nimi nie przejmować i wciąż go lubię. Bo tak się zafiksowałem na punkcie tego pozytywnego myślenia i oczekiwania najlepszego, by spotkało mnie najlepsze. Bo cały czas uczę się cierpliwości i wreszcie, po raz pierwszy w życiu, pozwalam sprawom toczyć się swoim torem, bez jakiejkolwiek mojej ingerencji i blokady, gdy pojawią się jakieś przeszkody. Teraz pozwalam, by zadziałał czas, a ja po prostu nad nimi przeskakuję. Bo całymi dniami stresowałem się egzaminami i zaliczeniami, a stres znikał jak ręką odjął, gdy się odzywał. Bo mam nadzieję. Wielu powie, że jestem głupi i naiwny. Och, sam często mam takie myśli. Są chwile, gdy tracę do siebie szacunek. Wiele razy tracę nerwy, ale potem za każdym razem przychodzi spokój, staram się nie działać pochopnie. Kto by pomyślał - nadzieja, niby nic, a jednak wiele może.
Przez cały ten czas walczą we mnie dwie natury, są jak wilki. Jeden jest stary, znam go dobrze. Jest zgorzkniały, histeryczny i buntowniczy, krzyczący wręcz, bym pogonił tego chłopaka, by dał mi spokój, bo ile można się katować i bawić w masochistę? I jest drugi, świeży i młody, pełen nadziei, ignorujący już pozornie dobre rady, każący czekać, cierpliwie czekać, aż to wszystko samo się rozwiąże, bo chyba warto, bo to po prostu następny nieszczęśliwy chłopak ze złamanym sercem, więc może czas wyleczy i jego rany, jak zawsze. Te dwa wilki walczą i gryzą się nieustannie - który z nich wygra? To proste, ten, którego będę karmił. Karmę dostarcza Mikołaj, przez cały ten czas, choć w każdej chwili mógł przestać.
Nareszcie ruszyliśmy do Wyrka, tam pod wejściem czekał na nas Kamil... i się zaczęło. Następna ciotodrama. Dlaczego ja je tak przyciągam? Kamil pytał kim jest Adrian, Adrian pytał kim jest Kamil. Adrian ciągnął mnie na parkiet, Kamil też. Zachowanie Adriana zaczęło mnie delikatnie irytować - gdy tańczyliśmy, chciał mnie całować, potem tak mnie oplótł całym sobą, że ledwo oddychałem. Chyba nigdy nie słyszał o tym, że tańcząc warto zrobić miejsce dla Jezusa. To było nawet komiczne, gdy tak mnie do siebie przytulał, a ja spanikowany ciągnąłem za jego plecami wszystkich znajomych wokół, by nas rozdzielili, by się wepchnęli między nas, by go zabrali. Gdy się od niego w końcu uwolniłem i uciekłem na fajkę, zjawił się Kamil. Znów wypytywał kim jest ten chłopak, co razem robimy... a ja zrobiłem najgorszą rzecz. Poprosiłem, by mi pomógł. By udał mojego byłego, który jest zazdrosny i tak dalej. Chętnie na to przystał, a po powrocie do środka to on mnie nie odstępował.
Zachowałem się jak gnój, znów nie umiejąc wprost komuś powiedzieć, by się odczepił. Wolałem kombinować i odstawiać te szopki, zrobić wszystko, byle tylko się uwolnić od Adriana i po prostu nie powiedzieć, by dał mi spokój. Wyrko było wtedy miejscem niezłego przedstawienia, ludzie widzieli najpierw jak tańczę sklejony z Adrianem, a później z Kamilem, który też mnie pocałował, gdy wszyscy znajomi, włącznie z Adrianem, byli na zewnątrz, więc nie było potrzeby odstawiania szopki. Później, kiedy ponownie wyszliśmy wszyscy na fajkę, podniósł mnie i jakoś tak się przeszedł ze mną po 'placyku' przed klubem. A na koniec powiedział sporo niemiłych słów Adrianowi, gdy ja na zewnątrz odpisywałem Mikołajowi na smsy. Ten chciał zadzwonić, ale niestety strzelił focha, gdy się dowiedział gdzie jestem.
Cała sytuacja mnie przerosła. I to podłe co napiszę, bo wyrządziłem trochę krzywd, ale podobało mi się. Dwóch facetów biegających za mną, wpatrzonych we mnie, a ja w centrum wydarzeń. To taka miła odmiana po Mikołaju, który przez cały czas zachowuje się tak, jakbym był dla niego nikim. Taka przyjemna odskocznia, dowód, że jednak wciąż mogę się podobać. Wiem, że brzmię teraz jak zepsuty bachor, ale tak jest. Nie mogę udawać świętego, nikt taki nie jest. Uspokoję Was jednak, wciąż jestem człowiekiem, wyrzuty sumienia zżerały mnie dotkliwie, z samego rana chciałem przeprosić za wszystko Adriana, ale zaskoczył mnie. Napisał od razu, gdy wstał, pytał, czy miałbym czas, by się spotkać, chciał porozmawiać. A gdy nie odpisywałem, zaczął dręczyć moich znajomych i wypytywał, kim jest ten Kamil i co nas łączy. Napisałem więc do niego w niedzielę długą, długą wiadomość. Przepraszałem, wyjaśniałem, dałem do zrozumienia, że to jednak był bardzo zły pomysł i trafił na nieodpowiedni moment w moim życiu. Poleciało kilka banalnych tekstów typu: To nie ty, tylko ja. Dzięki tobie chcę być lepszym człowiekiem. Co mi wtedy wyznał? Że chyba się we mnie zakochał. A myślałem, że to ja jestem największym masochistą w tym mieście. Wreszcie zrozumiał i odpuścił, choć chciał się jakoś ratować (czy raczej pogrążyć, ale tego nie kumał), próbując zostać moim kumplem.
Po nim pojawił się... Kali. Niecodzienne imię. Następny przystojny chłopak, brunet, brodacz, ładnie zbudowany, tak cudownie większy ode mnie. Schemat był jednak znów ten sam. Miałem go na tacy, już po jednym spotkaniu nie musiałem nic robić. Problem z nim polegał na tym, że po tym jednym spotkaniu zachowywał się tak, jakbyśmy byli parą od roku co najmniej. Osaczał mnie od samego początku. Zrobił dokładny przegląd moich zdjęć na Instagramie, pytał o każdą osobę, z którą miałem zdjęcie. Założył na Fellow fałszywe konto, chcąc sprawdzić, czy spotkam się z innymi, niestety dla niego szybko się domyśliłem, że to on (tak na marginesie chłopcy, gdy chcecie kogoś sprawdzić, nabijcie sobie najpierw trochę wyświetleń). Wypisywał do mnie często, nawet gdy nie odpisywałem. A gdy odpisywałem, zazwyczaj kilkoma słowami, pisał jeszcze więcej. To biedny i nieszczęśliwy chłopak, który potrzebuje kogoś lepszego. 'Rozstaliśmy się' w bardzo złej atmosferze, po kilku dniach zaczął spotykać się z tym nielubianym przeze mnie kumplem Antosi, co to zakochuje się w każdym geju, jakiego pozna, a do niej samej zaczął się kleić i robić sobie z niej kumpelę. Ja koniec końców zablokowałem konto na Fellow i wróciłem do punktu wyjścia.
Wreszcie zrozumiałem, że dopóki nie załatwię sprawy z Mikołajem, nie mogę zawracać dupy innym, nie mogę ich wykorzystywać, by nabrać do niego dystansu. Chciałem dobrze dla siebie, a ucierpieli inni i wcale nie zrobiło mi się lepiej, ten pomysł był z góry skazany na porażkę, nic a nic mi nie pomógł. Bo Mikołaj jest niedostępny, bo jest zapracowany, bo mieszka pięćset kilometrów dalej. Ale czekałem, w końcu to mi pozostało. Czekanie na spotkanie. Bo mimo tylu przykrych i niezbyt korzystnych dla mnie rzeczy, staram się nimi nie przejmować i wciąż go lubię. Bo tak się zafiksowałem na punkcie tego pozytywnego myślenia i oczekiwania najlepszego, by spotkało mnie najlepsze. Bo cały czas uczę się cierpliwości i wreszcie, po raz pierwszy w życiu, pozwalam sprawom toczyć się swoim torem, bez jakiejkolwiek mojej ingerencji i blokady, gdy pojawią się jakieś przeszkody. Teraz pozwalam, by zadziałał czas, a ja po prostu nad nimi przeskakuję. Bo całymi dniami stresowałem się egzaminami i zaliczeniami, a stres znikał jak ręką odjął, gdy się odzywał. Bo mam nadzieję. Wielu powie, że jestem głupi i naiwny. Och, sam często mam takie myśli. Są chwile, gdy tracę do siebie szacunek. Wiele razy tracę nerwy, ale potem za każdym razem przychodzi spokój, staram się nie działać pochopnie. Kto by pomyślał - nadzieja, niby nic, a jednak wiele może.
Przez cały ten czas walczą we mnie dwie natury, są jak wilki. Jeden jest stary, znam go dobrze. Jest zgorzkniały, histeryczny i buntowniczy, krzyczący wręcz, bym pogonił tego chłopaka, by dał mi spokój, bo ile można się katować i bawić w masochistę? I jest drugi, świeży i młody, pełen nadziei, ignorujący już pozornie dobre rady, każący czekać, cierpliwie czekać, aż to wszystko samo się rozwiąże, bo chyba warto, bo to po prostu następny nieszczęśliwy chłopak ze złamanym sercem, więc może czas wyleczy i jego rany, jak zawsze. Te dwa wilki walczą i gryzą się nieustannie - który z nich wygra? To proste, ten, którego będę karmił. Karmę dostarcza Mikołaj, przez cały ten czas, choć w każdej chwili mógł przestać.

Komentarze
Prześlij komentarz