20. Nic się nie stało, a zdarzyć miał się cud.

(kliknij, by powiększyć)


Na ludzką podłość i małość
na oschły Boży chłód.
Na to, że nic się nie stało,
a zdarzyć miał się cud.
Na szary mysi strach,
bliźniego drogi gest,
ratunkiem miłość bywa.
Jeżeli miłość jest,
jeżeli jest możliwa.
Agnieszka Osiecka - Jeżeli jest

Oh, lord, won't you leave me
Leave me on my knees
Cause I belong to the ground now
And it belongs to thee

And oh lord, won't you leave me
Leave me just like this
Cause I belong to the ground now
I want no more than this

Mother, make me, make me a big tall tree
So I can shed my leaves and let it blow through me
Mother, make me, make me a big grey cloud
So I can rain on you things I can't say out loud
Florence + the Machine - Mother


Siedzę tak przy laptopie od dłuższej chwili i zastanawiam się jak zacząć. Tytuł tego postu wpadł mi do głowy w nocy, obrazek i piosenka też. Genialną Osiecką dodałem teraz. A miało być inaczej. Planowałem wcześniej, że wstawię tu fragment tekstu Hiding mojej Florence, jakżeby inaczej, a na koniec piosenkę Natalii Przybysz Sto lat. Jednak po wczorajszym wpisie nastąpiło drgnięcie, którego potrzebowałem i plany poszły się pieprzyć. Tylko jak to teraz opisać? A myślałem, że poprzednie wpisy były trudne. Może najlepiej będzie jeśli zacznę chronologicznie i opiszę to, co działo się pod sam koniec tej historii.

Jakoś na początku czerwca poznałem termin naszego spotkania. Początkowo nie mogłem uwierzyć, że to się dzieje naprawdę. Przez cztery miesiące Mikołaj przyzwyczaił mnie do tego, że był jedynie chłopakiem z mojego telefonu. Smsami, na które czekałem, rozmowami i droczeniem się. Kilkoma zdjęciami, które mi wysyłał. Nie był realnym człowiekiem, którego mogłem zobaczyć, dotknąć, któremu mógłbym spojrzeć w oczy. I nagle to miało się zmienić. Tak długo na to czekałem, tyle sobie obiecywałem. Spotkanie zbliżało się nieubłaganie i wreszcie mogłem się przekonać, jaki jest na żywo. Miałem się z nim zobaczyć w przyszłym tygodniu. Równo za tydzień. Pojutrze. Jutro. Dzisiaj. O, na żadną randkę tak się nie stroiłem, jak na to spotkanie. W końcu Mikołaj był rekordzistą nie tylko pod względem długości pisania przed poznaniem się na żywo. Przede wszystkim był rekordzistą, jeśli chodzi o długość trwania tej... relacji. Z żadnym chłopakiem to tyle nie trwało. Cała historia z P. - począwszy od momentu, w którym do mnie napisał, a kończąc na dniu, w którym wyjechałem z Wrocławia, wszystko to trwało półtora miesiąca. Z Michałem było tak samo, jeśli nie liczyć kwietnia. Z nikim nie wytrzymałem tak długo, no ale z wszystkimi poprzednimi do poznania dochodziło po kilku dniach, to i wszystko mogło się potoczyć szybciej.

To miał być przełom. Po tym spotkaniu wszystko mogło się zmienić. Mogliśmy pójść dalej albo całkiem to zakończyć. Niestety nie przewidziałem trzeciego scenariusza, no ale to nie nowość, nigdy nie będzie tak, jak my sobie to zaplanujemy. Przyjechał w zeszły piątek. I niestety już przed przyjazdem zdążył rozczarować, informując, że w Lublinie wysiądzie jakoś o 15:30, ale o 18:27 ma już powrotny, bo niestety musiał tego dnia wracać do domu. Odliczając spóźnienie pociągu, czas poświęcony na dotarcie do pubu i powrót na dworzec, mieliśmy jakieś dwie godziny. Po tylu miesiącach był w stanie poświęcić mi tylko tyle i gówno wyszło z obiecywanej kolacji, ale do jego niesłowności już wielokrotnie miałem okazję się przyzwyczaić, więc nie wziąłem tego do siebie, po prostu przyjąłem do wiadomości. Mniej czasu, ale przynajmniej go zobaczę i zaspokoję ciekawość, a o to przecież chodziło.

Wiedziałem, że jego pociąg spóźni się o dwadzieścia minut, więc na spokojnie kończyłem się stroić, gdy zdecydowanie za wcześnie dostałem smsa: Jestem. Wyleciałem z domu i prawie pobiegłem w stronę dworca. Nim dotarłem, zobaczyłem go z oddali - nie dało się go nie zauważyć, miał na sobie białą bluzkę z długimi rękawami. Widziałem, jak chodzi w tę i z powrotem, jak chyba z kimś rozmawia przez telefon, aż w końcu podszedł do automatu z biletami. Widziałem chłopaka delikatnie większego ode mnie, wyglądającego tak, jak na zdjęciach, z cudownym zarostem. Podszedłem do niego, ale nic nie mówiłem, łapiąc oddech czekałem aż mnie zauważy. Podniósł w końcu wzrok i powiedział takim bezbarwnym głosem: Cześć. Jakbyśmy się widzieli już milion razy. Miałem ochotę parsknąć śmiechem. Natychmiast poszedłem po fajki do kiosku obok, bo jednak ich rzucenie nie było takie łatwe, a przez egzaminy całkiem nie mogłem bez nich wytrzymać. I po chwili wskoczyliśmy do trolejbusu, co niestety okazało się fatalnym błędem, bo przez kilkanaście minut jeśli nie dłużej, tkwiliśmy w korku, a ja mogłem tylko jęknąć w myślach i zastanawiać się, ile czasu nam jeszcze zostało. Zerkałem na niego co chwilę, sprawiał wrażenie sztywnego, spiętego. W sumie nic dziwnego, to dla niego też przecież była nowa sytuacja.

Wreszcie mogliśmy wysiąść. Od razu sobie zapaliłem, co pomogło mi się rozluźnić. Idąc w kierunku Centrum Kultury gadaliśmy o jakichś bzdurkach, których już nie pamiętam, ale wciąż było tak delikatnie drętwo. Dotarliśmy, zamówiliśmy po piwie. Chciałem, byśmy siedzieli na zewnątrz, bo mogłem wtedy palić i zająć czymś ręce. Gdy patrzyłem na coś w oddali, kątem oka widziałem jak na mnie zerka, jak mnie obserwuje, ale gdy tylko się do niego odwracałem, natychmiast spuszczał wzrok. Powtórzyło się to kilka razy. Co ciekawe, przez cały czas miałem wrażenie, że nie widzę go po raz pierwszy. Inaczej, że znamy się od długiego czasu, a to spotkanie to tylko formalność. Nie było tradycyjnego pierdolenia o głupotach typu: Uczę się, studiuję, lubię to i to. Wszystko to już wiedzieliśmy, przegadaliśmy przecież tyle miesięcy. Spotkanie było tylko formalnością. Niestety po chwili zaczęło delikatnie kapać, więc musieliśmy wrócić do środka, bym mógł dopić obrzydliwe piwo z dodatkiem kawy. Ten opis wygląda na całkowicie pozbawiony emocji? Bo i we mnie wtedy nie było żadnych emocji. Czasowo stać nas było tylko na jedno piwo, a że zrobiłem się głodny, zaszliśmy na chwilę do... Maka. Zjedliśmy, poszliśmy na przystanek, zapaliłem i sio na dworzec. Odprowadziłem go pod sam pociąg, na pożegnanie powiedział: Do zobaczenia i tyle. Wielkie, wielkie nic. Opis tego spotkania wygląda mi teraz na durną pisaninę w stylu: Poszedłem, wysrałem się i wróciłem, ale tak było. Gdy po chwili siedziałem w trolejbusie i jechałem do znajomych, nie czułem nic. Żadnej radości, żadnych fajerwerków czy innych wielkich emocji. Zawiodłem się, ale to wszystko. Tyle czekania, tyle planów. Miało być pięknie, cudownie, miło, miałem dostać spotkanie w postaci bomby, dostałem w postaci nic nieznaczącego pizdryka. Zobaczyłem wreszcie, jak obraz realny cholernie różni się od tego z mojej głowy, ułożonego na podstawie tysięcy smsów, rozmów telefonicznych i własnych dopowiedzeń i fantazji.

Pocieszałem się myślą, że to przecież pierwsze spotkanie. Przypomniałem sobie, jak to było w innych przypadkach i zrozumiałem, że to zazwyczaj jest nic. Coś, po czym nie można wiele powiedzieć, poza tym, że wiemy, czy chcemy się dalej widzieć z daną osobą i poznawać ją lepiej. Tylko co ja tu miałem poznawać, kiedy już tyle wiedziałem? To wyglądałoby raczej jak oswajanie się ze sobą i nadrabianie zaległości w realnym kontakcie, który był daleko w tyle za wirtualnym, zdecydowanie łatwiejszym. Gdzieś tam w środku pojawił się głosik mówiący, że nic się nie zmieni. To nadal będzie to samo, bez względu na to, czy się widzieliśmy czy nie. Starannie go uciszałem nadzieją i cierpliwością, które tak bardzo miały mi pomóc.

Tyle że nic a nic się nie zmieniło. Nazwałem jego kolejnego zwierzaka, tym razem małego kota, może delikatnie pomogłem w wyborze nazwy firmy, którą zakłada z bratem, dostałem kolejne zdjęcie... do kurwy nędzy. Nie chciałem kolejnych zdjęć, chciałem widzieć go na żywo. Powoli zaczęła przeważać moja dawna natura, a i cierpliwość delikatnie mi się kończyła. Bo i na co miałem czekać? Na drugie spotkanie, które pewnie odbyłoby się w grudniu? Wciąż nie umiałem wyluzować, nie umiałem na niego spojrzeć jak na kumpla i nigdy bym nie umiał. Dlatego zrobiłem wczorajszy wpis, który miał być tym kopniakiem dla nas, bo napisałem tam to, czego nie umiałbym powiedzieć mu wprost. Pewnie i po tym nic by się nie zmieniło, gdybym odpuścił, gdybym dalej pozwalał panoszyć się cierpliwości i nadziei, ale w końcu zawsze musi przyjść ta chwila.

Powiedziałem, że może to odpowiedni moment, by to skończył, odrzekł, że faktycznie się nad tym zastanawia. Ale gdy to mnie nie ruszyło, zmienił śpiewkę. Twierdził, że mi tego nie ułatwi, że nawet nie ma zamiaru, zapytałem więc dlaczego pozwala, by to nadal trwało. Jest zakochany w byłym i nigdy nie spojrzy na mnie inaczej, a wie, że ja nie umiem na niego spojrzeć jak na kumpla. Wysłał mi wtedy długiego maila, w którym w sposób skomplikowany i mało zrozumiały to wyjaśnił, podał dwa powody - lubi mnie i... szanuje? W przeciwieństwie do opisanych wczoraj chłopców, którym zależało na jednym, a chwilę później robili maślane oczy do kogoś innego. Porozmawialiśmy chwilę, aż wreszcie padły te najważniejsze słowa. Ta relacja prawdopodobnie nigdy nie przejdzie na inny poziom. Chciałem i musiałem to przeczytać, musiałem dostać te słowa w bezpośredniej formie, inaczej wciąż bym się łudził.

Po chwili pytał, co dalej - a co miało być? Miałem pozwolić temu trwać? To przypadek beznadziejny, nieuleczalny, a ja najwidoczniej nie jestem dla niego odpowiedniej wielkości klinem, by wybić tamtego. W końcu mowa o miłości, a na niej znam się jak na samochodach. Mogłem dalej czekać, mogłem powiedzieć, że spróbujemy po raz kolejny, że dalej będę się starał nabrać dystansu... ale po co? Po chwili pojawiłby się nowy zwierzak do kolekcji, kolejna porcja zdjęć, kolejne żartobliwe "Kocie" i "Misiu" czy teksty, których kumpel kumplowi nie napisze, które nie mają znaczenia, ale mi pozwalają się delikatnie łudzić. Już nawet pomijając tę nieustającą groźbę powrotu tamtego chłopaka, to po prostu był ślepy zaułek i zaprowadziłby mnie donikąd. Im dłużej to by trwało, tym trudniej byłoby mi na koniec.

Poleciało kilka łez podczas pożegnania, ale po chwili dziwnie się uspokoiłem, jakby nic się nie stało. Jakbyśmy na drugi dzień znów mieli pogadać, tak jak zwykle. Nad ranem było to samo, choć dopiero po chwili przypomniałem sobie naszą rozmowę. Wciąż spokój, jakby przez cały ten czas do mnie nie docierało, że to koniec. Nie skasowałem jego numeru, nie usunąłem naszych rozmów. Nie robiłem tego, co ostatnio, wtedy to się źle skończyło. Teraz po prostu się pożegnaliśmy, a ja byłem nadal dziwnie spokojny. Aż w pewnym momencie się złamałem i poleciała lawina. Nie umiem też odwyknąć od zerkania na drugi telefon, z którego korzystałem tylko dla niego. Wpadłem w ten nawyk w ciągu trzech miesięcy telefonicznego kontaktu, więc może to i nic dziwnego, mam tylko nadzieję, że pójdzie mi lepiej niż z fajkami.

Co dalej? Zapomniałem mu powiedzieć, by nie dawał kotu mleka i by zmienił zdjęcie na mailu, z którego do mnie w nocy napisał, ale tak poza tym życzę mu jak najlepiej. Byłem za późno, on był za wcześnie, nic nadzwyczajnego. Co ze mną? Poprzeżywam chwilę, ale w końcu zapomnę. Tradycyjnie, by po raz kolejny dowieść jak bardzo jestem niekonsekwentny, powinienem wrócić teraz na Fellow i poznać kolejną chmarę facetów, ale nie potrafię. Po naszej rozmowie skasowałem konto, które i tak było zablokowane. To nie zgorzknienie, to nie frustracja czy pogodzenie się z porażką. Po prostu są granice masochizmu, w tym miejscu nigdy nie znajdę tego, czego szukam. Za każdym razem to będzie chłopak, na którym nie będzie mi zależało, bo on będzie we mnie za bardzo wpatrzony albo zbyt złakniony ludzkiego ciepła. Co jakiś czas tylko pojawiłby się wyjątek, mały drań, który byłby dla mnie niedostępny i po takiej słodko-gorzkiej mieszance, którą byśmy sobie wzajemnie dawali, w końcu musiałbym to kończyć, a potem pić, imprezować i poznawać następnych... to błędne koło. Chyba już delikatnie wyrosłem z tego etapu, który najlepiej opisała Dolly Parton zapytana przez dziennikarza, co robi zazwyczaj każdego ranka: Wstaję, ubieram się i wracam do domu. Wolę budzić się w swoim łóżku.

Tak bardzo lubiłem seriale. Co ciekawe, oglądam je, gdy w moim życiu jest jakiś chłopak. Przy P. był to Seks w wielkim mieście, przy Michale Czysta krew i wreszcie przy Mikołaju są czy raczej były Gotowe na wszystko. Seks obejrzałem do końca, a sytuację z P. od długiego czasu mam jasną, nie myślę o nim, mam go tylko za kumpla, z którym od wielkiego dzwonu mogę wyjść na piwo. Jestem ciekawy jego randek, w ogóle mnie nie ruszają nowiny o jego sekscesach. Kto by pomyślał, co? Niestety gorzej z Czystą krwią, którą przestałem oglądać na początku ostatniego i chujowego sezonu. Może czas to zakończyć, by na zawsze zamknąć listopadowy rozdział. A Gotowe? Tu niestety jest większy problem, trochę odcinków mi zostało i pewnie często pojawią się niewygodne myśli. Na przykład widząc Susan przypomnę sobie smsa od Mikołaja, którego wysłał po spotkaniu - pisał, że jestem miły, ciekawy i nieporadny jak ona. Oglądając koniec będę myślał o początku, gdy jeszcze on był obecny. To jest chyba najtrudniejszy etap. Te ckliwe myśli, bo minęło równo ileś tam od czegoś tam, bo miesiąc temu było to i to, bo gdy ostatnio to robiłem albo tam szedłem, przeżywałem to w smsach do niego. W końcu i ten etap odejdzie w niepamięć.

Z serialami ciężko, za to z filmami jest ciut lepiej. W filmie Pod słońcem Toskanii jest pewna blondynka, chyba moja ulubiona postać. Kobieta ciesząca się każdą chwilą życia i czerpiąca z niego pełnymi garściami. Powiedziała głównej bohaterce, że w dzieciństwie za wszelką cenę szukała biedronek, ale wciąż nie mogła ich znaleźć. Aż pewnego razu zasnęła na łące w trawie i gdy się obudziła, była cała w biedronkach. No to spróbujmy. Koniec z bezsensownym bieganiem i szukaniem na siłę, bo to nigdy nie wypaliło. Przynosiło więcej przykrości niż radości. Na dłuższą metę zawsze okazywało się bezsensowne. Nie szukać. To coś nowego i znając mnie pewnie usiądę na tyłku i po miesiącu zacznę niecierpliwie tupać i wiercić się, bo ileż można czekać. Ale spróbuję, bo w końcu muszę odnaleźć spokój i skupić się na sobie. Muszę usiąść, by się dogonić. Muszę wyluzować. Przestać tak na siłę szukać i każdego faceta oceniać przez pryzmat ewentualnego związku. Nic na siłę.

Taki, mało optymistyczny, jest koniec tej rocznej historii zamkniętej w dwudziestu rozdziałach. Bez happy endu, wybaczcie. Zastanawiałem się, czy nie napisać, byście nie popełniali moich błędów, byście za cholerę nie robili tego, co ja robiłem i jak to robiłem. Chciałem to napisać, ale to bez sensu. Wielu musi przez to przejść, wielu dopóki nie przekona się na własnej skórze, za cholerę nie zrozumie. I wielu wie najlepiej, co robić. Dlatego sobie daruję. J. D. Salinger napisał: Dziwna rzecz. Lepiej nikomu nic nie opowiadajcie. Bo jak opowiecie - zaczniecie tęsknić. Tęsknota towarzyszyła mi wielokrotnie, czasami wylewała się z tych słów, czasami była gdzieś głęboko ukryta i tylko ktoś bardzo spostrzegawczy mógł ją zobaczyć. Teraz pojawi się znowu, za tą krótką przygodą, jaką było opisywanie tych moich pokręconych historyjek. Jedno mogę Wam obiecać na pewno - to jeszcze nie jest ostateczny koniec, za szczęściem trzeba podążać i choć dziwnie to zabrzmi, nawet na siedząco.



Koniec



Komentarze

  1. Tak to już z nami jest, posiniaczeni i poturbowani przez to, co było, a jednocześnie naiwnie patrzący w przyszłość. Nie wyciągamy wniosków i nie uczymy się na błędach. Jesteśmy łasi na spojrzenia, czułe słowa. Można by powiedzieć, że to tylko jedna z wielu ludzkich słabostek. Tylko że w naszym przypadku, w naszym środowisku – chyba to coś znacznie więcej - tęsknota za tą pieprzoną, osławioną „normalnością”.
    Czasem pluję sobie w brodę, że ktoś wystarczająco wcześnie nie wyrwał mi z rąk niektórych książek, nie zabronił oglądać niektórych filmów, że za młodu nie ściągnął mnie na ziemię. Ufam, że wiesz co mam na myśli.
    Dziękuję Ci za tego bloga, za boską Florence ;) Za te posty, które czasem czytałem tak, jakbym czytał coś, co sam napisałem. Za te, które mnie wkurzały i po przeczytaniu których miałem ochotę Cię odnaleźć, potrząsnąć i porządnie opierniczyć ;) I w końcu – za te, które dawały do myślenia, dawały impuls do zastanowienia się na samym sobą.

    Chyba wyszło zbyt patetycznie, ale trudno. Nigdy nie byłem zbyt dobry w te klocki.

    Wszystkiego dobrego Kuba!
    h.

    If we are all in the gutter
    It doesn't change who we are
    'Cause some of us in the gutter
    Are looking up at the stars.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Patosu nigdy dość, drogi H. :)
      Z tą normalnością trafiłeś w sedno, niestety nie wiem, czy to jest zależne od otoczenia i na przykład w takiej Holandii można tego uniknąć, czy mamy to w naturze. Ale to ważny powód, niestety.

      Bardzo Ci dziękuję za wszystko. Przede wszystkim za uświadomienie właśnie, że te dzisiejsze huśtawki nastroju nie były spowodowane Mikołajem, jak myślałem, ale tym blogiem. To trochę jak moje dziecko, z którym muszę się rozstać, czego nie planowałem. Bo do zerwania kontaktu z Mikołajem chyba jednak sam się przygotowywałem nieświadomie od dłuższego czasu.

      A tekst świetny, idealnie opisuje nasze nieciekawe położenie.

      Powodzenia i kto wie, może do ponownego 'przeczytania' kiedyś! :)

      Usuń
  2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

6. Jesteś - a więc musisz minąć.

29. Zmęczenie materiału.