Przyjaciele?
Uważaj na ludzi, którzy doradzają w miłości,
większość tak naprawdę mówi do siebie samych z przeszłości.
M. Epstein
Minuty przed gongiem dwie
Głodny tłum liczy mnie
Uśmiechem próbuje kłuć
Mówi mi co mam czuć
Najchętniej skoczyłabym
Do oczu i gardeł im
I żeby to gładko szło
Bo tak nie lubię potu
Walczą we mnie lwy
Walczy zgraja psów
Moje myśli dziś
Jak po linie chód
Widzę słońca dwa
Jak rozpoznać mam
Gdzie prawdziwy, a gdzie odbity blask?
Brodka - KO
Jak? Gdy tylko mamy jakiś problem, gdy nie wiemy co zrobić, jaką decyzję podjąć, lubimy pytać innych o zdanie. Oczywiście są ludzie lubiący o sobie myśleć, że są silni i samodzielni, tak niezależni od cudzych opinii, którzy nigdy nie chcą o nie pytać. Jednak sporo osób - w tym oczywiście ja - lubi słuchać co inni mają do powiedzenia na jakiś cholernie ważny dla nich temat. W końcu nasz przyjaciel czy znajomy stoi z boku, jest jedynie świadkiem tego co robimy, może na chłodno spojrzeć na całą sytuację i powiedzieć nam prawdę, szczerą i okrutną, lub miłą, mającą z prawdą tyle wspólnego, co ja z dojrzałością emocjonalną. Spory błąd.
Jak już pisałem, w dzieciństwie niezbyt mi się układało z rówieśnikami. Nie byłem odludkiem wiecznie siedzącym w domu (taki moment trwał przez chwilę w koszmarnym gimnazjum, ale szybko minął), po prostu było tak biednie pod tym względem. Jakieś tam dzieciaki z podwórka, z którymi biegałem po okolicy, później jakaś tam koleżanka. Tak bez szału. Do liceum nie miałem osoby, którą mógłbym szczerze nazwać przyjacielem, a gdy już ktoś taki się pojawił, stało się to co zawsze w moim przypadku. Jak to ze mną bywa, nie umiałem zatrzymać tej karuzeli pojawiających się znajomych... Zrodziło się we mnie myślenie, że warto dbać o takie znajomości, że trzeba je za wszelką cenę pielęgnować. Gdy kończę ogólniak, nadal co jakiś czas spotykam się z osobami, które przez trzy lata widywałem codziennie, które tak bardzo polubiłem. Gdy nie poszło mi na pierwszym kierunku, nadal utrzymuję kontakt z poznanymi tam osobami. Gdy poszedłem na drugi kierunek, grono znajomych i garstki przyjaciół jeszcze bardziej się powiększyło. Gdy zacząłem imprezować... i tak dalej, i tak dalej.
Zachłysnąłem się tym jak dziecko. I jak dziecko byłem naiwny, otwarty i szczery. To ci ludzie nauczyli mnie i właściwie wciąż uczą, że nie warto mówić wszystkiego każdemu, a to niestety robiłem często i gęsto, nie umiałem zachowywać wielu rzeczy tylko dla siebie. Mój przyjaciel jest pod tym względem specjalistą, ale sam nie wiem, czy mu tego zazdroszczę. Bo czyż nie od tego są przyjaciele, byśmy im mówili o wszystkim? Tylko mój problem polegał na tym, że gdy pojawiło się wokół mnie tyle osób, cholernie trudno było mi rozróżnić, kto jest przyjacielem, a kto zostanie tylko znajomym, z którym mogę się spotkać na piwo raz na pół roku, któremu nie powinienem mówić zbyt wielu rzeczy o sobie, bo to nie wypada, bo to trochę nietaktowne, bo co go to tak naprawdę obchodzi?
W filmie Podziemny krąg (który oczywiście polecam z całego serca) jest, jakżeby inaczej, pewna świetna scena. Główny bohater rozmawia z nowo poznaną babką, specyficzną Marlą (w tej roli moja królowa, Helena Bonham Carter) i mówi: Gdy ludzie myślą, że jesteś umierający, słuchają cię zamiast... Na co ona dopowiada: Zamiast czekać, aż sami dorwą się do głosu? Brutalne. Czy ludzie naprawdę tacy są? Czy nawet nasi przyjaciele albo bliscy znajomi, słuchając naszych opowieści po prostu mają je gdzieś, bo bardziej chcą nam przekazać swoją historię, którą z kolei to my będziemy mieli w dupie? Owszem, słuchamy, zapamiętujemy. Ale czy naprawdę o to dbamy? I kolejna sprawa - łatwo jest się martwić z powodu cudzego nieszczęścia, nieudanego związku, problemów w pracy czy na uczelni. Współczucie nie jest trudne, od dziecka nam się wpaja, że to jest po prostu naturalne, w ten sposób udowadniamy, że jesteśmy dobrymi ludźmi. A jak to jest z dzieleniem radości? Kto tak naprawdę jest zdolny, by cieszyć się z cudzego szczęścia? Na to jednak odpowiedzieć nie mogę, wkraczam też na zbyt poważne tematy, więc lepiej przerwę te wywody. To zbyt negatywne myślenie, a ostatnio jestem jego wrogiem, wolę wierzyć, że tak nie jest.
Lecz doskonale zdaję sobie sprawę z pewnej złej rzeczy. Wpływu, jaki mają na mnie inni. Bardzo tego w sobie nie lubię, ale niestety ciężko mi tego uniknąć. Najlepiej zobrazuje to banalna sytuacja - jestem w sklepie z koleżanką, wybieram jakiś fajny ciuch, pokazuję jej, pytam co o nim myśli, ale ona twierdzi, że do mnie nie pasuje, że brzydki, słaby. Wtedy przyglądam się danemu ciuchowi ponownie i faktycznie, przestaje mi się podobać, dostrzegam jego wady. Później ona pokazuje jej zdaniem odpowiedni dla mnie, który od razu wpada mi w oko. Rozumiecie? Ten wpływ próbuje wkradać się też do moich relacji z mężczyznami i bladego pojęcia nie mam, czy nie doszło już do takich skrajności jak wyżej.
Z moją przyjaciółką homofobką (tą, która pracowała w pubie), powiedzmy Antosią, jestem w cholernie podobnych sytuacjach. Zawsze. U mnie pojawia się jakiś facet, u niej również. U niej relacja się rozpieprzy, po chwili u mnie dzieje się to samo, faceci pojawiają się i znikają - dlatego mamy o czym gadać, choć niestety nasze rozmowy często ograniczają się tylko do tego jednego tematu. I oboje wobec tych naszych facetów zachowujemy się podobnie, ja krytykuję jej wybory, ona moje. Wyśmiewamy ich, wyłapujemy wady. Zasługujesz na lepszego, mógłbyś być z lepszym. Często tego słucham. Na dodatek Antosia ma cholernie wkurwiającą zdolność do mówienia rzeczy podłych i wrednych, niby w stosunku do moich facetów, ale tak naprawdę godzących we mnie, bo przecież są moimi wyborami. Gdy w listopadzie Michał przyszedł do pubu, w którym pracowała, by ze mną porozmawiać, mówiła potem, że jej nie podpasował, że od razu jej się nie spodobał. Powiedziała też, że rozmawiała o Michale z moim przyjacielem (który kojarzył go z liceum i wyznań kolegi) i doszli do wniosku, że nic z tego nie będzie. Później powtórzyło się to przy Mikołaju, ale już doszli do tego bez konsultacji. Słyszałem ten tekst kilka razy i uwierzcie, za każdym miałem ochotę - jak w tej piosence - skoczyć im do gardeł i rozszarpać ich oboje na strzępy. Szlag mnie trafia, gdy słyszę coś takiego.
Moim zdaniem nikt, nawet najlepszy przyjaciel, nie ma prawa tego powiedzieć. To nie chodzi o to, że nie wypada, że nie powinno się mówić takich rzeczy. Nie chodzi też o to, że moje życie było zagrożone, bo byłem bity, poniżany czy zmuszany do ćpania, a oni się o mnie martwili. Nic z tego nie będzie było powiedziane tak po prostu, ze zwykłą niechęcią, bo sami byli uprzedzeni do danej osoby. Bo przyjaciel nasłuchał się od zranionego kolegi, jakim potworem jest Michał i później mi to powtarzał, a ja to łykałem i sam nabierałem niechęci do niego. Wmawiałem sobie, że to jest ten brakujący element układanki, że teraz wszystko idealnie pasuje do siebie. Kto wie, jak by się to wszystko skończyło, gdybym się nie dowiedział o byłym Michała, ale czasu się nie cofnie.
Na nieszczęście dla mnie często też jest tak, że gdy utrzymuję kontakt z jakimś facetem i pojawia się jakiś problem, przeszkoda - cokolwiek co mnie wkurwia, opowiadam o tym najbliższym, a oni mówią co o tym myślą. Zazwyczaj wiadomo, stają po mojej stronie i jeżdżą po tym facecie. Przy Mikołaju osiągnęło to apogeum, pierwszy lepszy przykład - gdy nie chciał zaakceptować banalnego zaproszenia na fejsie, a ja to rozdmuchałem i zrobiłem aferę, po której prosiłem go, by dał mi spokój. A słowa, które wtedy mu pisałem nie były moje. I powtarzało się to kilka razy, ciągle tego żałowałem. W pewnym sensie pozwalałem, by inni mną sterowali i mówili co mam napisać, zrobić. Nie mogę ich obwiniać, w końcu sam o to prosiłem. Mogę obwiniać jedynie swoją głupotę i podatność na wpływ innych.
Jestem za bardzo ufny, szczery, otwarty i niepewny, za długo polegałem na innych i od nich uzależniałem swoje decyzje. Wolałem zapytać jakby o zgodę, by później ewentualną odpowiedzialność zwalić na osobę, która mi doradziła bym coś zrobił czy powiedział. A przecież sam doskonale wiem. Wiem co chcę zrobić, wiem co chcę powiedzieć, wiem co myślę, wiem jaki on jest. Słucham opinii innych, którym sam powiedziałem o nim co chciałem, a później się wkurwiam, bo mnie nie rozumieją, bo nie znają prawdy. Bo niewygodne rzeczy wolałem przemilczeć, by jego oczernić a siebie wybielić. By wyszło na to, że on jest tym złym, a ja poszkodowanym i zapominam, że wina zazwyczaj leży po obu stronach. Może nie jest równo rozłożona, ale jednak. Czy Wy nie macie tak gdy radzicie się innych i mówią Wam co powinniście zrobić, ale doskonale wiecie, że nie mają racji? Bo podobno każdy z nas doskonale wie co jest dla niego najważniejsze i najlepsze. Musimy kreować swoje życie tak jak my sami tego pragniemy, bez pytania innych o zdanie, bo oni za nas tego życia nie przeżyją. Kolejna zmiana do wprowadzenia.
Na nieszczęście dla mnie często też jest tak, że gdy utrzymuję kontakt z jakimś facetem i pojawia się jakiś problem, przeszkoda - cokolwiek co mnie wkurwia, opowiadam o tym najbliższym, a oni mówią co o tym myślą. Zazwyczaj wiadomo, stają po mojej stronie i jeżdżą po tym facecie. Przy Mikołaju osiągnęło to apogeum, pierwszy lepszy przykład - gdy nie chciał zaakceptować banalnego zaproszenia na fejsie, a ja to rozdmuchałem i zrobiłem aferę, po której prosiłem go, by dał mi spokój. A słowa, które wtedy mu pisałem nie były moje. I powtarzało się to kilka razy, ciągle tego żałowałem. W pewnym sensie pozwalałem, by inni mną sterowali i mówili co mam napisać, zrobić. Nie mogę ich obwiniać, w końcu sam o to prosiłem. Mogę obwiniać jedynie swoją głupotę i podatność na wpływ innych.
Jestem za bardzo ufny, szczery, otwarty i niepewny, za długo polegałem na innych i od nich uzależniałem swoje decyzje. Wolałem zapytać jakby o zgodę, by później ewentualną odpowiedzialność zwalić na osobę, która mi doradziła bym coś zrobił czy powiedział. A przecież sam doskonale wiem. Wiem co chcę zrobić, wiem co chcę powiedzieć, wiem co myślę, wiem jaki on jest. Słucham opinii innych, którym sam powiedziałem o nim co chciałem, a później się wkurwiam, bo mnie nie rozumieją, bo nie znają prawdy. Bo niewygodne rzeczy wolałem przemilczeć, by jego oczernić a siebie wybielić. By wyszło na to, że on jest tym złym, a ja poszkodowanym i zapominam, że wina zazwyczaj leży po obu stronach. Może nie jest równo rozłożona, ale jednak. Czy Wy nie macie tak gdy radzicie się innych i mówią Wam co powinniście zrobić, ale doskonale wiecie, że nie mają racji? Bo podobno każdy z nas doskonale wie co jest dla niego najważniejsze i najlepsze. Musimy kreować swoje życie tak jak my sami tego pragniemy, bez pytania innych o zdanie, bo oni za nas tego życia nie przeżyją. Kolejna zmiana do wprowadzenia.
A jak to jest z przyjaźnią między gejami? Kiedyś często słyszałem, że powinienem sobie takiego kumpla znaleźć, ale coś mi się robiło na samą myśl o tym. Nie wyobrażałem sobie tego, dla mnie to wyglądałoby jak niemożliwa przyjaźń między kobietą a mężczyzną hetero, poza tym sądziłem, że nie umiem zwierzyć się facetowi tak jak dziewczynie. Aż w końcu znalazłem się na obecnym kierunku, gdzie go poznałem. Od pierwszej chwili wiedziałem, że jest gejem, on twierdzi, że miał to samo ze mną, ale przez prawie cały rok byliśmy tylko kolegami ze studiów. Nic nas nie łączyło poza tym, że widziałem go któregoś razu na fellow i kumplowaliśmy się z tą samą dziewczyną, za której pośrednictwem oficjalnie się o sobie dowiedzieliśmy. Nie pamiętam dokładnie jak to się zaczęło, ale chyba jakoś pod koniec maja z czegoś tam mu się zwierzyłem, po czym on zaczął wydzwaniać, jak to ma w zwyczaju. Z każdą pierdołą, gdy idzie ulicą, gdy mu się nudzi, gdy coś się stanie. Ja z kolei zamęczam go opowieściami o facetach, więc jest remis.
Ameryki nie odkryję, ale jednak on może mnie zrozumieć najlepiej. Choć nie przeżywa tego wszystkiego tak jak ja albo po prostu nie daje tego po sobie poznać. Pojawia się na fellow i znika, gdy pozna jakiegoś fajnego chłopaka. Razem z koleżanką wziął mnie rok temu na otwarcie Wyrka, po czym odważyłem się wstawić zdjęcie profilowe na fellow, od czego to wszystko się zaczęło.Chodzi ze mną i znajomymi do tego klubu, gdzie wszyscy myślą, że jesteśmy parą. Bo mało kto może uwierzyć, że nigdy się nie całowaliśmy, że nigdy nie doszło między nami do jakiejś dwuznacznej sytuacji. Geje patrzą podejrzliwie i plotkują, wspólni znajomi śmieją się, że za dwadzieścia lat będziemy razem. Rozumie najlepiej z nich wszystkich, bo w pewnym sensie wprowadził mnie do tego świata, a na pewno mi go pokazał. Jesteśmy jak bracia, dlatego tym bardziej nie potrafię sobie wybaczyć tego, co mu zrobiłem kilka miesięcy temu. Minęło już trochę czasu, więc jestem gotowy, by to opisać.
Ameryki nie odkryję, ale jednak on może mnie zrozumieć najlepiej. Choć nie przeżywa tego wszystkiego tak jak ja albo po prostu nie daje tego po sobie poznać. Pojawia się na fellow i znika, gdy pozna jakiegoś fajnego chłopaka. Razem z koleżanką wziął mnie rok temu na otwarcie Wyrka, po czym odważyłem się wstawić zdjęcie profilowe na fellow, od czego to wszystko się zaczęło.Chodzi ze mną i znajomymi do tego klubu, gdzie wszyscy myślą, że jesteśmy parą. Bo mało kto może uwierzyć, że nigdy się nie całowaliśmy, że nigdy nie doszło między nami do jakiejś dwuznacznej sytuacji. Geje patrzą podejrzliwie i plotkują, wspólni znajomi śmieją się, że za dwadzieścia lat będziemy razem. Rozumie najlepiej z nich wszystkich, bo w pewnym sensie wprowadził mnie do tego świata, a na pewno mi go pokazał. Jesteśmy jak bracia, dlatego tym bardziej nie potrafię sobie wybaczyć tego, co mu zrobiłem kilka miesięcy temu. Minęło już trochę czasu, więc jestem gotowy, by to opisać.

Myślę, że pytając przyjaciół o zdanie w jakiejś kwestii czy pomoc przy podjęciu decyzji po prostu podświadomie próbujemy zdjąć z siebie przynajmniej część odpowiedzialności za to, co będzie jej konsekwencją. Możemy to ładnie nazywać obiektywizmem czy chłodnym spojrzeniem osoby patrzącej na to wszystko z boku, ale prawda jest taka, że w rzeczywistości poszukujemy aprobaty dla swoich decyzji. A to, czy ją otrzymujemy czy też nie, jest tak naprawdę nieistotne. Liczy się to, że uspokoiliśmy własne sumienie. Że zrobiliśmy wszystko, żeby nie popełnić fałszywego kroku. Asekurujemy się.
OdpowiedzUsuńDobrze Cię znowu czytać :)
h.
Po każdym kliknięciu "Opublikuj" muszę się pacnąć w czoło, bo zawsze o czymś zapomnę napisać. Tak się rozpisuję, staram się tego unikać, a potem mam za swoje. O aprobacie właśnie zapomniałem, masz rację, chcemy tej akceptacji naszych czynów, czasem rozgrzeszenia.
UsuńZapomniałem też napisać o czymś ważnym, co być może nie tylko mi się zdarza - jak wcale nie przeżywam kłótni z przyjaciółmi. Pożremy się, a potem możemy się do siebie nie odzywać bardzo długo, rzadko wyciągam rękę jako pierwszy. Do tak ważnych dla mnie osób. To takie przeciwieństwo w stosunku do "rozstań" z facetami, które zawsze przeżywam i tak nad nimi rozmyślam.
I dziękuję :)
To faktycznie jest tak, że chcemy zdjąć trochę odpowiedzialności z siebie, ale często inni znajomi widzą to faktycznie z innej strony, a punkt widzenia, zależy od punktu siedzenia i tak dzięki temu możemy całościowo spojrzeć na to. To nie jest tak, moim zdaniem, że to jest dobre, czy złe ale naturalne.
UsuńDo tego dochodzi jeszcze aspekt zaufania osobie, która dzieli się opinią, co innego jak to będzie faktycznie ktoś bardzo bliski nam, co innego jak te więzy są luźniejsze.
Dobrze, że piszesz. Dobrze się czyta.
I dochodzi to, czy dana osoba myliła się gdy nam wcześniej radziła, czy może jednak miała zazwyczaj rację. A o to cholernie trudno moim zdaniem, mało komu udaje się ta sztuka, stąd zawody.
UsuńDziękuję raz jeszcze, mam nadzieję, że w przyszłości nie zawiodę.
Im dalej zagłębiam się w czytanie Twojego bloga, tym bardziej dochodzę do wniosku, że stabilny emocjonalnie to Ty akurat nie jesteś...
OdpowiedzUsuńSzukasz na siłę - byle okazji, byle kogoś mieć - kogoś, kto przypadnie do gustu reszcie, a nie tylko Tobie.
Starasz się zbudować coś na emocjach robiąc z siebie ofiarę, ale z innymi to Ty się chyba nie liczysz.
Bez obrazy, ale na miejscu Twojego "przyjaciela" skreślił bym Cię chyba raz na zawsze ze swojego życia, może kiedyś zrozumiesz, że nie tylko Ty masz uczucia jakieś, ale każdy je ma - nie każdemu jednak przychodzi tak łatwo wylewanie z siebie tego co go boli.
Chcąc oceniać innych zacznij od oceny samego siebie, bo każdy popełnia jakieś błędy.
Masz trochę racji - zdaję sobie sprawę ze swoich wad, w końcu raczej się tutaj nie idealizuję i nie wybielam. Ale co do tego szukania kogoś, kto "przypadnie do gustu reszcie", nie mogę się zgodzić. Przecież to jakaś głupota. Każdy facet, którego poznawałem dłużej, którego pokazywałem innym, przedstawiałem - był krytykowany. Wściekałem się, ale to nie zmieniało mojej "oceny" czy jakichś uczuć do niego. Tutaj minąłeś się z prawdą.
UsuńCo się tyczy budowania na emocjach, dałeś mi do myślenia. Dziękuję.
A co do ujętego w cudzysłów przyjaciela, pozostaje mi jedynie cieszyć się z tego, że nim nie jesteś. Nic dziwnego, że "skreślił byś" mnie, w końcu zarzucasz mi ocenianie innych i radzisz, bym zaczął od siebie... a czytałeś co napisałeś wyżej? Pachnie lekką hipokryzją.
Lubię takie anonimowe osądy. Można się pobawić w zgaduj zgadula. Zawsze się zastanawiam, czy to opinia jednego z opisywanych tu urażonych chłopców, kogoś znajomego, bardzo za mną przepadającego, czy może nieznajomego, który wysnuwa osądy na podstawie tego, co tutaj przeczyta.