21. Z wielkiej chmury...

źródło pierwotne: pinterest.com

Zaprawdę godnym i sprawiedliwym
Słusznym i zbawiennym jest
Iść i padać
Z - padłych - wstawać
Przeszła wojna
Wstaje trawa
I tego trzymać się trzeba
Edward Stachura - Prefacja

Serce można mieć złamane, nawet dwa razy i dwanaście razy, 
i można zakochać się na starość.
Serce jest mięśniem, serce potrafi świetnie się regenerować. 
Serce ma dwie komory i dwa przedsionki.
Do głowy nie można dać sobie nasrać, głowa jest jedna.
Miłość 2.0

Ilu z Was wierzy w prawdziwą miłość? Taką, co to zdarza się raz, ewentualnie dwa, trzy razy w życiu? Poznajemy kogoś albo widzimy go na ulicy i bach. Od pierwszej chwili to czujemy. Tylko otoczenie nam wmawia, że to niemożliwe, bo miłość to nie takie hop siup, to już coś poważnego, przychodzi później, a nie od pierwszego wejrzenia. Może faktycznie czasami pojawia się później, znamy kogoś rok albo dwa i dopiero w pewnym momencie to sobie uświadamiamy, ale bez względu na to - prawdziwa miłość może istnieć. Tak nam każą myśleć książki, filmy, piosenki, irytujące otoczenie, wszystko to, co łykamy od dzieciństwa i za czym podążamy na Fellow. Bo gdzieś jest ten idealny mężczyzna, a spotkanie, na które byliśmy umówieni od lat, zbliża się nieubłaganie. Przez cały rok wierzyłem, że naprawdę uda mi się go znaleźć na tym portalu.

Takie było moje naiwne przekonanie, i choć po każdej porażce wkurwiałem się i obwiniałem Fellow o całe zło tego świata, po jakimś czasie i tak przybiegałem z powrotem jak ta koza do woza. Zakładałem profil, wstawiałem zdjęcia przykuwające uwagę, dziergałem opis, na który mogłem złowić inteligentnych drani i pławiłem się w tym zainteresowaniu tłumów mężczyzn. To nic, że wielu nie umiało poprawnie napisać nawet jednego zdania. To nic, że zamiast po urodę, stali w kolejce po upierdliwość. To nic, że w ogóle mnie nie interesowali. Przez chwilę to było takie cudowne. Później następowało małe ochłodzenie, ale w końcu pojawiał się on. Inteligentny jak diabli, przystojny, o wyraźnie dominującej osobowości, lubiący postawić na swoim, typowy męski facet. W końcu nie od dziś wśród gejów to męskość jest w cenie, nic nas tak nie pociąga. Było słodko i cudownie, aż wreszcie pojawiały się problemy, szybko się okazywało, że jego siła jest tylko pozorna, bo tak naprawdę jest pełen słabości. Zachwycająca gadatliwość okazywała się oznaką olewania mnie, gówno go obchodziło co miałem do powiedzenia. Wyniosłość, duma i chęć bycia idealnym były dziwną próbą udawania kogoś, kim tak naprawdę nie jest, grą i maskami. A serce z lodu jedynie małą, zakrwawioną piąstką, będącą pamiątką po jakimś draniu, który porzucił tego nieszczęsnego chłopca, którego miałem za dojrzałego mężczyznę.

Tylu facetów poznałem przez ten rok, tak wielu zraniłem. Zmieniałem ich jak rękawiczki, w pewnym momencie nawet o sobie usłyszałem, że jestem jak lep na chuje. Szalałem, bawiłem się, przekraczałem granice przyzwoitości. I byłem zraniony tylko trzy razy. Sam przez siebie, nie przez nich. Tylko trzy razy sądziłem, że znalazłem to, czego szukałem. Sam się oszukiwałem i nakręcałem, by wreszcie zostać sprowadzonym na ziemię. Przez P., Michała i Mikołaja. Tyle kombinowania i zastanawiania się, co mieli na myśli. Czego chcą. Co mogę zrobić, by mnie zechcieli... właśnie. Tak trudno było mi wprost przyznać, że po prostu mnie nie chcą. Jak to, mnie? Mnie? To niemożliwe, przecież tylu facetów się za mną uganiało, tyle komplementów słyszałem, taki byłem wyrywany. Poza tym, jak to - nie chcieli? Więc jakim cudem to wszystko się zaczęło? Gdzie popełniłem błąd? Za każdym z tych trzech razów to oni do mnie pisali jako pierwsi, coś we mnie ich przyciągnęło i skusiło. Wobec tego co takiego się stało, że nagle przestałem być dla nich interesujący? Być może w końcu powinienem się nad tym dłużej zastanowić.

Tak bardzo przeżywałem ucieczkę od P., że wkręciłem się w karuzelę randek, dzięki czemu poznałem Michała. Po nim również przeżywałem jego dziwne odsunięcie i spotkanie z innym chłopakiem, co doprowadziło mnie do Wyrka i kolejnych randek. I na koniec pojawił się Mikołaj, kuriozum, jeśli porównać to do moich dotychczasowych relacji. Chłopak z telefonu, ale rekordzista, jeśli chodzi o trwanie tego kontaktu. Sądziłem, że koniec naszej relacji będę przeżywał jak nic dotąd. Jak ja się miło rozczarowałem, to nawet sobie nie wyobrażacie. Nie było żadnego przeżywania. Nic. Żadnego wiadra łez, rozpaczliwego rzucania się na Fellow, nowego stada facetów, smsów po pijaku. Jakim cudem? Może chodzi o to, że przez cały ten czas był tylko w moim telefonie, a takich chłopaków dotąd było wielu. Może nastąpiło to, co wydarzyło się po P. - sam się nakręcałem tą relacją i pozwalałem, by mną owładnęła, a gdy się skończyła, zrozumiałem, że to po prostu było nic. Przez cały ten czas, cztery miesiące, dawał mi piosenkowe, słodkie nic. I ja żyłem tym słodkim niczym. Wmawiałem sobie, że mi się podoba, choć podobał tylko na zdjęciach. Spotkaniem rozczarował. Uważałem, że mnie rozumie, a wielu rozumiało lepiej i poświęcało więcej uwagi przez tydzień, niż on przez cały ten okres.

Pierwszy raz po skończeniu toksycznej relacji czułem spokój. Tak jakby wróciłem do punktu wyjścia sprzed roku, gdy nie miałem w głowie żadnego faceta, za nikim nie tęskniłem, nikogo nie przeżywałem. Pomógł mi zapomnieć o Michale, pomógł mi zapomnieć o sobie. To tak dziwne, że przez jakiś czas nie mogłem tego zrozumieć. O co chodzi? To ja dojrzewam wreszcie, czy zrozumiałem, że jak mnie nie chce, to mnie po prostu, do cholery ciężkiej, nie chce i nic na to nie poradzę? Mógłbym sobie wmawiać, że on potrzebuje czasu, że ma w głowie byłego, ale to gówno prawda. Bo gdyby miał o nim zapomnieć przy mnie, zapomniałby od razu. Zachwyciłby się mną tak, jak jakimś chłopakiem ze stacji benzynowej. Nie zachwycił, nie chciał mnie. I tyle. Od długiego czasu nie czułem się tak dobrze. Dziwne, prawda?

Choć z niewyjaśnionych przyczyn świetnie przyjąłem ten koniec, delikatnie zatęskniłem za nim tylko trzy razy. Pierwszy raz, gdy jakoś w czwartek po tej ostatniej rozmowie poszedłem na randkę. Wiem, miałem tego nie robić, ale wiele wskazywało na to, że randka skończy się w łóżku i być może chodziło mi jedynie o zabawę, byłem też ciekawy, czy może po spotkaniu z innym facetem pojawi się mały lament. Chłopak przewlókł mnie przez pół miasta, kombinując z plenerami w najdziwniejszych miejscach. Najpierw piliśmy na malutkiej polance za krzakami, usianej butelkami po jabolach i wiśniówkach. Moje zdegustowanie ustąpiło rozbawieniu, gdy po chwili dołączyło do nas dwóch żuli, przez których ledwo powstrzymywałem się, by nie wybuchnąć śmiechem, zamiast przerazić się ich obecnością. Nie mogłem uwierzyć w groteskę tej sytuacji. Później wywlókł mnie chyba na skraj miasta, na teren opuszczonych fabryk samochodowych, gdzie żywej duszy nie było. Ściemniało się, piwa się skończyły, zaczynałem marznąć, a on nie miał zamiaru zrobić pierwszego kroku. Choć na portalu deklarował, że tylko tego szuka, siedział obok jak ta pierdoła. Wreszcie usłyszałem hałas w pobliskich krzakach. Serce mi stanęło, spanikowałem, bałem się, że to jakiś psychopata nas znalazł, a tu nagle wyskoczył... lis. Połaził dookoła nas, chwilami zbliżając się bez żadnego strachu, ale go przepędziłem, bo mój towarzysz oczywiście nie raczył nawet podnieść tyłka z trawy. W końcu po kilku godzinach doszło do jakiegoś miziania, ale było tak nieporadne i żałosne, że musiałem niby sprawdzić godzinę i udać, że czas wracać do domu. Wtedy zatęskniłem za Mikołajem, wiedząc, że przy nim nie wylądowałbym z żulami czy w miejscu, w którym można by nakręcić niezły horror.

Drugi raz nastąpił, gdy dość miły chłopak, na którego od niechcenia i z przyzwyczajenia patrzyłem jak na przyszły obiekt miłosny, w trakcie rozmowy napisał "chłopacy". Fuj. Co prawda nawet się nie umywa do chłopaka, z którym kilka miesięcy wcześniej pisałem i od którego po kilkugodzinnej przerwie dostałem wiadomość: Sorry, zasłem (znaczy zasnąłem, gdyby to nie było dla Was oczywiste), ale sami rozumiecie... Może i faktycznie jestem zbyt wymagający i za bardzo szukam tego ideału, a przynajmniej kogoś, komu do niego najbliżej, no ale... tych moich trzech Koszmarków nigdy nie musiałem poprawiać, to właściwie oni mogliby poprawiać mnie i moje luźne traktowanie przecinków. W takich chwilach mogę ich docenić.

Trzeci raz, gdy zatęskniłem za Mikołajem, nastąpił w połowie lipca. Postanowiłem wtedy pojechać na Mazowsze do Antosi na weekend. Nic nadzwyczajnego. Niestety w trakcie podróży moja niezdarność osiągnęła apogeum. Zaczęło się na dworcu PKP w Lublinie. Przyszedłem tam pół godziny przed odjazdem pociągu do Warszawy, ale stęknąłem w myślach, gdy zobaczyłem kolejkę do kas. Bilet kupiłem minutę przed odjazdem, chociaż już myślałem, że poczekam dwie godziny na następny. Podróż przebiegałaby pomyślnie, gdyby nie to, że cały mój przedział był zapchany ludźmi, którzy razem mieli chyba pięćset lat. Kolejny problem - miałem wysiąść na dworcu Warszawa Zachodnia, ale przedział opustoszał na dworcu Warszawa Centralna i tam też zaczęli się wciskać nowi podróżni. Przeraziłem się, że zaraz ktoś do mnie wyskoczy z mordą, że siedzę na jego miejscu, więc wybiegłem z pociągu. I klops, bo nie miałem pojęcia, jak dotrzeć na właściwy dworzec, nie znam Warszawy, bywałem w niej tylko na wycieczkach szkolnych. Na szczęście Antosia wyjaśniła mi przez telefon co i jak, ale stres zdążył się pojawić. Dotarłem, a tam okazało się, że ostatni bus do niej odjechał przed chwilą. Musiałem wobec tego przejść na dworzec PKP i kupić bilet do Kutna, ale wsiadłem we wcześniejszy pociąg, bo te w stronę Poznania odjeżdżają chyba co minutę... zmuszony byłem więc kupić dodatkowy bilet, a fundusze miałem ograniczone.

W Kutnie bladego pojęcia nie miałem, gdzie znajdują się busy na jej zadupie, ale jak to mówią - koniec języka za przewodnika. Pytam ludzi, ci mną sterują po całej mieścinie, a ja tak wlokę się od punktu do punktu, wreszcie docieram do celu, a tam ostatni bus odjechał beze mnie. Jak można mieć takiego pecha? Przecież to jakaś komedia, rozumiem długą kolejkę do kas, zapchany przedział, ale to? Nie wiedziałem co robić, był już późny wieczór, a ja do niej miałem dwadzieścia pięć kilometrów. Żeby złapać stopa, musiałbym wyjść z miasta, a nie wiedziałem, w którą stronę powinienem iść. Poza tym nigdy tego nie robiłem i trochę się krępowałem, tak bardzo nie lubię prosić obcych o pomoc. Planowałem już zaśnięcie na ławce albo na jakimś odludnym trawniku, nawet szybką randkę z gejem z tej mieściny, o ile jakiś tam był. Wtedy po raz trzeci zatęskniłem za Mikołajem. Choć to głupie, bo nawet gdybyśmy nadal utrzymywali kontakt, nie pomógłby mi. Nie miałby jak, choćby chciał, przecież helikopterem by po mnie nie przyleciał. Jakimś cudem okazało się, że przed godziną dwudziestą drugą jedzie do niej ostatni bus, choć spóźnił się i atak paniki na chwilę powrócił, uratował mi tyłek. Z powrotem też nie miałem wiele szczęścia, bus do Wawy przyjechał z opóźnieniem, przez co uciekł mi ostatni pociąg do Lublina. Planowałem już, że poczekam na ten o drugiej w nocy, ale szczęśliwie ktoś z Blablacar jechał za chwilę w tym samym kierunku. Młody chłopak, który poczęstował mnie trawką.

Tak, jestem ogromną sierotą. I to trochę irracjonalne, ale przez długi czas czułem, że mogę mieć oparcie w Mikołaju, swego rodzaju ochronę, opiekę. Na odległość, ale jednak. Straciłem ją i sam musiałem o siebie zadbać, co prawie skończyło się noclegiem na dworcu w całkiem obcej mieścinie, ale w końcu jakoś sobie poradziłem, jak zawsze. Zatęskniłem za nim trzy razy. I ani razu więcej. Bo nie liczę smutnego uśmiechu do wspomnień podczas wizyty w Wyrku - widoku placyku za nim i wspomnienia długich rozmów telefonicznych, które tam z nim odbyłem. Po kilku dniach usunął mnie ze znajomych na Fejsie - co oni kuźwa mają z tym portalem? Ja po prostu przestaję ich obserwować i wyłączam dla nich czat, by ich nie widzieć, a ci zawsze muszą mnie usunąć, jakbyśmy się nigdy nie znali. Banalny portal, banalne opcje znajomych, ale jednak sporo mówią, gdy mnie usuwa, a zostawia sobie innych pedałów poznanych w Lublinie przede mną. Dziecinada, za pomocą której powiedział wprost, gdzie ma mnie i czteromiesięczny kontakt, podczas którego tak dużo się wydarzyło.

Po zakończeniu nie nastąpił tradycyjny etap stresowania się od rana do wieczora. Pojawiła się tylko mała złość i plucie sobie w brodę, że nie wygarnąłem mu, co i ja o tym myślę. Chłopak wodził mnie za nos przez cztery miesiące, wielokrotnie przekraczał kumpelskie granice, ale gdy przychodziło co do czego, umywał ręce i cała wina spadała na mnie. Bo to ja za bardzo się wkręciłem, bo to ja za dużo sobie naobiecywałem. Halo, nie robiłem tego bez powodu i bez jego udziału. To on mnie wkręcał i to on pozwalał coś sobie obiecywać, a gdy widział, że to się delikatnie wymyka spod kontroli, wracał do swojej kumpelskiej kryjówki i szafował tekstami w stylu: Nie możemy nic powiedzieć, dopóki się nie spotkamy. Kumple do spotkania. A gdy było już po spotkaniu: To tylko spotkanie, bez żadnych zmian życiowych. Byłem kumplem. Bo o to, kurwa, chodzi na Fellow. Na portalu randkowym szukamy kumpli, jak mogłem tego nie wiedzieć? Trwałoby to w nieskończoność. Teraz wiem, że miał rację pewien delikatnie mądry, choć plujący jadem ktoś. To po prostu chłopak, który lubił mieć kogoś, kto mu lizał tyłek i był na każde zawołanie, kim mógł manipulować do woli. Każdy to lubi. Każdy chce być chciany i pożądany, mieć dowód, że się podoba, szczególnie, gdy ma złamane serce. Lubimy też testować cudzą wytrzymałość, sprawdzać, jak daleko możemy się posunąć, nim wreszcie ta druga osoba pęknie.

Żałuję, że przegapiłem okazję i tego nie powiedziałem, ale mimo lekkiej złości, jest mi dobrze. Nawet mimo tego, że na Fellow przeglądając profile osób online z Podkarpacia, zobaczyłem profil jakiegoś trzydziestolatka, który na zdjęcie główne ustawił sobie to, które Mikołaj wysłał mi kiedyś na dzień dobry smsem... Zdjęcie nóg wyciągniętych na łóżku, które nie należą do niego i oczywiście nie należą do tego gostka z Rzeszowa, bo ich właścicielem jest jakiś facet z Wielkiej Brytanii czy Stanów. Kłamstwo wyszło na jaw, bo zawsze wychodzi, nakazuje też myśleć, że były również inne kłamstwa. Prawdopodobnie wiele z tego, co o sobie mówił, to stek bzdur. Może mieli rację przyjaciele powtarzający, że bogacze się tak nie zachowują, że po nich za cholerę nie widać tego, kim są. A on przez cały ten czas nie pozwalał, bym o tym zapomniał. Być może dlatego, że to zwykła ściema, a on jest mitomanem, choć nie wiem jaki miał w tym cel, bo nie o pieniądze mi chodzi, ale wiecie co? Znów poczułem ulgę i teraz cholernie cieszę się, że nie ma go w moim życiu. To taka nowość, coś tak cudownego. Nawet nie miałem ochoty o nim gadać z przyjaciółmi i tłumaczyć, co się stało. Wręcz głupio mi, że tak się o tym wszystkim rozpisałem. Wspaniała odmiana po P. i Michale. Brak przeżywania i wreszcie ten błogi spokój. Tak, spokój to najlepsze określenie. Nastał czas, kiedy nie muszę się o nikogo starać, nie muszę przesadnie ładnie wyglądać, dbać o pozory, mniej pić i szaleć, rzucać palenie - wróciłem do punktu wyjścia sprzed roku. Nareszcie mogę być sobą, nie muszę udawać poprawnego i grzecznego, nie muszę się zastanawiać, czy mu się spodobam. Nie muszę się głowić nad tym, który pierwszy powinien danego dnia się odezwać. Teraz dopiero zaczynam robić to, o czym pisałem na początku maja. Tylko tych emocji już nie ma, mniej się dzieje, od tego najciężej odwyknąć.

Na koniec został mi mały prezent po Mikołaju, jak po każdym z nich. Mieszkam w okolicy dworca PKP i jak całe życie nie słyszałem pociągów odjeżdżających czy przyjeżdżających, tak po wizycie we Wrocławiu u P., przez jakiś czas słyszałem je prawie codziennie. Będąc w mieszkaniu czy na ulicy. Autobus Michała, którym raz jedyny jechałem z nim do jego mieszkania - na który nigdy wcześniej nie zwracałem uwagi i właściwie nawet nie wiedziałem, że istnieje, bo nigdy dotąd nim nie jechałem - po całej tej historii widuję codziennie, gdy jadę na uczelnię czy z niej wracam, albo po prostu gdy jestem w centrum. Jadąc tam, mogę dać sobie rękę uciąć, że mignie mi przed oczami ten autobus. Zawsze. Za każdym pieprzonym razem. I po Mikołaju również została pamiątka - od tego naszego końca wiele razy miałem okazję przeczytać czy posłuchać gdzieś informacji o jego mieścinie. A to ktoś wstawi zdjęcie, a to laureat jakiegoś konkursu stamtąd pochodzi, a to w gazecie przeczytam, że coś tam się stało. Ktoś wie jak to wyjaśnić? Bo ja nie umiem, dla mnie to jakieś niewytłumaczalne kuriozum.

I wiecie co? Po całym roku brakuje mi jednej rzeczy. Po tych trzech porażkach i wszystkich relacjach, które mnie nie interesowały. Żaden z tych licznych facetów nie próbował walczyć. Mogę teraz brzmieć jak rozkapryszony królewicz, ale wydaje mi się, że wiele osób w głębi serca chciałoby, by ktoś o nich zawalczył, by udowodnił, że mimo naszej odmowy, jemu wciąż zależy i warto. A tu? Kazałem facetom spierdalać, a oni spierdalali. Zawsze. Poddawali się natychmiast, raz po razie. I ja też się poddawałem. Z czego to wynika? To jakiś strach przed poniżeniem i kolejnym odrzuceniem? Myślimy, że jest jakaś granica, że jeśli powiedział nie, to znaczy nie i bez sensu jest próbować dalej? To złe, bardzo złe. Najważniejsze słowa to te niewypowiedziane. Wolimy je dławić w gardle, połykać, ewentualnie wypluwać bokiem, byle tylko nie powiedzieć mu co myślimy i co czujemy, jak bardzo chcemy z nim być, próbować. Wstydzimy się mówić o uczuciach.

Po całym roku zostały mi w głowie jedynie trzy nauki. Trzy, po jednej na każdego z nich:

1. Miej wyjebane, a będzie ci dane - dziękuję, P.
2. Im bardziej pokazujesz, że ci zależy, tym bardziej masz przesrane. Im bardziej się starasz, tym bardziej zniechęcasz  - dziękuję, Michale.
3. Każdy ma w głowie swojego demona z przeszłości - dziękuję, Mikołaju.

Pierwsza zasada może mieć dziury. Przecież nie bez powodu mamy na kogoś wyjebane. Nie chcemy go, bo nam się nie podoba, jest za głupi, za brzydki, zbyt irytujący. Jeśli tak, co nam po tym, że mamy dane? Może tutaj właśnie pasowałaby opcja z walką o kogoś. Udowodnienie, że mimo odmowy, on będzie walczyć. Można też spróbować wykorzystać to przy kimś, kto nam się podoba. Tutaj przechodzimy do zasady drugiej, nie pokazać po sobie zbytnio, że nam zależy. Wielu facetów mnie zniechęciło tym, że nie umieli choć na chwilę dać mi spokoju. Od pierwszych chwil widziałem, że mam ich na tacy, a jak wielokrotnie o tym pisałem, nie umiemy czegoś takiego doceniać. Ja z kolei też miałem przesrane, gdy za bardzo się naprzykrzałem i nie umiałem wyluzować. Może więc sekret tkwi w złotym środku? Raz ja poudaję, że mi nie zależy, raz on. Niestety łatwo wtedy przegiąć. Ostatnia zasada jest cholernie problematyczna i trudna do pokonania. P. miał swojego B., Michał w kwietniu miał K., a Mikołaj M. Byli ich chłopcami idealnymi, a dlaczego idealnymi? Bo mieli na nich wyjebane, jak P., Michał i Mikołaj na mnie. Nie mogłem rywalizować z trzema królami, nie umiałem podnieść ich ofiar z kolan, by na mnie spojrzały łaskawszym okiem.

W tych wszystkich filmach i książkach miłosnych zdecydowanie za mało mówi się o sile ignorowania i olewania. Przez ten rok zrozumiałem, że to cholernie ważne. Choć tak naprawdę płytkie, działa silniej, niż cokolwiek innego. Ktoś da nam siebie na pięć minut, a przez cały tydzień będzie niedostępny. I to już wystarczy, by się umościł w naszej głowie. Tylko co zrobić, gdy to już skończone, nie utrzymujemy z nim kontaktu, ale nadal o nim myślimy? Mnie chyba najbardziej pomogło uświadomienie sobie, że on mnie nie chce. Pomogło też to, że na spotkaniu się rozczarowałem i wreszcie zrozumiałem, że tak naprawdę sam się na niego nakręcałem, choć nie miałem powodu. Pięć faz żałoby to: zaprzeczenie, gniew, targowanie, depresja, akceptacja. Zasyłam serdeczne pozdrowienia z fazy piątej.

Teraz pytanie najważniejsze. Jak te trzy zasady, te gierki i udawanie, że nie zależy, ta chęć pokazania, że potrafimy wytrzymać dłużej, jak to wszystko odnosi się do prawdziwej miłości? To działa (i czy na pewno działa?) tylko w realiach Fellow i innych portali randkowych, a gdy zaczyna się w prawdziwym świecie, należy postępować inaczej? Szczerze mówiąc doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że gdy pojawi się ktoś na horyzoncie, a pojawi na pewno, nie będę umiał wcielić tych zasad w życie. Próbowałem pod koniec przy Mikołaju - udało mi się jedynie to, że wyluzowałem, jeśli chodzi o rozrzedzony kontakt. Nie pisałem do niego jako pierwszy, chyba, że coś się stało. Nie zadręczałem go smsami, nie wydzwaniałem. Czekałem, aż on to zrobi i każdego dnia, jeśli nie dawałem znaku życia, robił. Tylko niestety dość często miałem w głowie myślenie: A pieprzyć to, te zasady można sobie w dupę wsadzić, jak chcę, to mogę napisać. Dlaczego mam tego nie robić? No i patrzcie jak to się skończyło. Ot, wielki dylemat - działa czy nie? Nawet jeśli działa, brak mi odpowiednich umiejętności do zastosowania tych zasad w pełni. A do prawdziwego uczucia niestety nie mam pojęcia, czy można je jakoś odnieść.

Ale kto wie, może wkrótce się przekonam. Bo leżeć nie zamierzam. Nie będę jak Mikołaj, który raz się potknął, bo mu podstawiono nogę, i tak został na tej ziemi i leżał bez ruchu. Zabrzmię jak Coelho dla gejów, ale przecież gdy idziemy i upadamy, to nikt nie leży jak ta kłoda na ziemi. Wstajemy i ruszamy dalej, nasze buty są stworzone do chodzenia. Tak to wszystko działa, tak trzeba robić. Zaczynamy jako dzieciaki pełne radości i zapału, pełne nadziei na wielką miłość, pojawiają się pierwsze miłostki, zazwyczaj nieudane, więc po kilku potknięciach przechodzimy w stan delikatnie oschłych i grających zdystansowanych dwudziestolatków, ale idziemy dalej. Później przychodzi kwiat wieku i różnie - tu już mogę mówić jedynie z własnych obserwacji - zostaje samotność z seksem i dobrą zabawą albo samotność ze zgorzknieniem i frustracją. I jest trzecia opcja, najrzadziej spotykana - jesteśmy szczęśliwi. Ckliwie to zabrzmi, a tego nienawidzę najbardziej, ale dwa pierwsze wyjścia gówno mnie obchodzą.

Moja gimnazjalna miłość, Pink, w swoim muzycznym arsenale ma pewną wpadającą w ucho piosenkę, Try. Co prawda Skrzynecka mi ją obrzydziła, śpiewając w jakimś idiotycznym programie telewizyjnym, ale nie zmienia to faktu, że tekst pasuje do tego wpisu idealnie: Where there is desire, there is gonna be a flame. Where there is a flame, someone's bound to get burned. But just because it burns doesn't mean you're gonna die, you gotta get up and try and try and try. To nie ten czas, gdy będę skwaszony siedział w kącie i patrzył spod byka na wszystko i wszystkich. Nie żałuję, że poznałem tych trzech chłopaków, każdy z nich mnie czegoś nauczył i miał na mnie ogromny wpływ. Mogę jedynie żałować tego, że w jednym przypadku tak to się skończyło, choć mogło inaczej. Z dwiema porażkami już się pogodziłem i wiem, że to nie było to, czas zamknąć ten roczny rozdział mojego życia. Idę dalej, choć cały ten czas boję się, że nie jestem w stanie normalnie się zakochać. Nie mówię o imitacji zakochania spowodowanej tym, że ktoś miał mnie w tyłku, ale o wenie pisarzy, scenarzystów i autorów piosenek. O tym prawdziwym uczuciu, które podobno istnieje, bo w końcu nie bez powodu na świecie jest tyle szczęśliwych par. Może i ja kiedyś posmakuję tego zakazanego owocu. Tymczasem, unikając randek z Fellow, mam nowe postanowienie. W tym roku odwiedzę gejowskie kluby we wszystkich dużych miastach Polski, następnie te wizyty opiszę tutaj. Pierwszy przystanek to Sopot - nowo otwarty HaH i mały bonus w postaci plaży dla gejów w Gdańsku. Już się boję.


Komentarze

  1. Prawdziwa miłość (czy też sama miłość) nie istnieje- ot, zwykła chemia i tyle. I niestety, ale muszę się zgodzić z prawdziwością drugiej zasady. Przynajmniej obowiązuje w moim przypadku. I na koniec- zastanawiałem się długo, czy powrócisz do prowadzenia bloga. Z jednej strony miałem taką nadzieję, bowiem stanowisz dla mnie pewnego rodzaju inspiracje. Z drugiej strony... No cóż- wiem mniej/więcej, w jakim celu istnieje ta strona i myślałem, że po 20 wpisach odnajdziesz swoje szczęście i nie będziesz musiał tutaj wracać. Jak widać- pomyliłem się. Tak czy inaczej- witamy ponownie. Pan E.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jak dla jednego fotel jest zaledwie zlepkiem kilku desek i skóry czy innego materiału, a dla drugiego to najwygodniejszy przedmiot świata. Tak, miałem o tym na psychologii, miłość to tylko hormony czy coś tam innego, zauroczenie trwa trzy lata i potem związek się rozpada albo przechodzi w coś zwanego miłością przyjacielską? W każdym razie zostaje przywiązanie. Można tak na to patrzeć, ale moim zdaniem to takie surowe, proste, pozbawione ładnej otoczki. Wolę się jej nie pozbywać :-)

      Co do przyczyn istnienia tej strony, to mam ogromną nadzieję, że źle Cię zrozumiałem, bo blog nie jest kolejnym sposobem, na który chcę zwabić wyjątkowego faceta. Teraz wiem, że jeśli ktoś się pojawi na poważnie, nie powinien tu zaglądać.

      Usuń
    2. Zwabić (wyjątkowego czy nie) faceta?! Absolutnie nie miałem tego na myśli. Spróbuj jednak spojrzeć na swojego bloga z perspektywy swojego czytelnika. Taka osoba wczytuje się w Twoje kolejne wpisy i dowiaduje się o Tobie mnóstwo istotnych informacji. Chociażby, że nie lubisz konusów :P (tudzież niższych od siebie). Generalnie chodziło mi o to, że dzięki tej stronie stworzyłeś mini kompendium wiedzy o sobie i poniekąd o sposobie (przepraszam za wyrażenie) zdobycia Cię? Wybacz, jeżeli to co piszę obraża Cię w jakikolwiek sposób, ale po prostu intryguje mnie ta kwestia.

      Usuń
    3. No masz rację, tutaj jestem wyłożony jak na tacy. Wszystkie moje słabości i ciągotki. Po takiej lekturze wiadomo jaki jestem, jakich facetów lubię, jakich nie. Ale piszę to wszystko ze świadomością, że osoby czytające każdy wpis, nie są potencjalnymi kandydatami do związku. To tylko element, tło obrazujące głównego bohatera tej opowieści, które Wam może pomóc lepiej zrozumieć co czytacie. Jedynym wyjątkiem był Mikołaj, który po przeczytaniu tego bloga od deski do deski mógł mnie znać lepiej i inaczej niż jego poprzednicy, ale po raz drugi tego błędu nie popełnię. Każde słowo, które tutaj pada, nie może trafić do takiego faceta.

      I nie przepraszaj za to określenie, lubię je bardzo, niestety dzisiaj wielu "zdobywców" ma wydmuszki zamiast jaj.

      Usuń
  2. Czytając kolejne wpisy chyba najlepiej było Ci z P? On próbował później zawalczyć, ale wtedy Ty już miałeś wyjebane... w każdym razie kibicuje i trzymam kciuki za ostateczny sukces i trafienie na kogoś odpowiedniego.
    Bardzo fajny blog, dobrze się czyta dzięki tej odrobinie ciemnej ironii i charakterystycznej ekspresji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałem i nadal mam wyjebane, bo to nie było to, od samego początku. To było tylko złudzenie, a potem chęć odzyskania czegoś pozornie cennego. Koniec końców bardzo bym chciał, żeby mi przechodziło z innymi, jak z nim przeszło.

      Przez te kciuki czuję się teraz jak uczestnik jakiegoś programu reality show, ale dziękuję, bardzo mi miło. Mam nadzieję, że nie zawiodę późniejszymi wpisami :-)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

20. Nic się nie stało, a zdarzyć miał się cud.

6. Jesteś - a więc musisz minąć.

29. Zmęczenie materiału.