22. Słońce, plaża i małe siurki.
![]() |
| źródło pierwotne: fineartamerica.com |
Szczęście jest autentyczne tylko wtedy, gdy się nim dzielisz
Into the Wild - Wszystko za życie
Sopot, miasteczko grzechów. Wielu mieszkańców dwóch sąsiednich miast patrzy na niego z pogardą. Nazywają go kurwidołkiem. Taka ekskluzywna, imprezowa dziura, do której zjeżdżają się starsze i młodsze dzieciaki z całej Polski, ze swoimi iphone'ami i innymi gadżetami, sprawiającymi, że pozornie są lepsze od innych i mogą czuć się tak zajebiście amerykańsko. Przed wyjazdem ostrzegano mnie, że jest tam niebezpiecznie, że nie tylko alkohol leje się tam hektolitrami, ale i inne magiczne tabletki są na porządku dziennym. Że porwania, że gwałty... hmmm... akurat to byłoby coś ciekawego. W każdym razie, gdy tam przyjechałem, okazało się, że nie taki diabeł straszny, jak go malują. Właściwie to całkiem atrakcyjny ten diabeł.
Ale od początku, jak ja w ogóle się tam znalazłem? Wszystko zaczęło się od... Translacji, jakżeby inaczej. Napisał do mnie w kwietniu lub marcu, nie pamiętam. Chwilkę pogadaliśmy na Fellow, zaczynając od wpisów, a kończąc na oczywistych pierdeletkach, jakie mogą interesować dwóch chłopaków znajdujących się na takim portalu - facetach. Wszystko traktowałem trochę z rozbawieniem, bo na profilowym miał zdjęcie ładnie umięśnionej klaty, a wiadomo, jaka opinia krąży na temat takich osób, prawda? Po chwili podał hasło, a moim oczom ukazał się przystojny brunet... Ha, teraz do mnie dotarło, że ten początek wygląda jak zapowiedź opisu mojego kolejnego Koszmarku. Nic z tych rzeczy. Chłopak po kilku dniach zablokował swój profil, a ja nawet nie zwróciłem na to uwagi, bo rozmawiałem wtedy z wieloma osobami i bardziej zaprzątałem myśli tym, jakie zdjęcie wyśle mi Mikołaj, czy co ciekawego tym razem powie Michał.
Ponownie odezwał się w połowie kwietnia, już na fejsie, napisał na blogowy fanpejdż czy jak to zwać - po krótkiej gadce zostaliśmy tam oficjalnymi znajomymi i tak to już wyglądało przez tych kilka miesięcy. Rozmowy dzień w dzień, może nie od rana do wieczora, może nie bez przerwy, bo z przerwami długimi, ale dość szybko złapaliśmy kontakt. Mieliśmy wiele wspólnych tematów do rozmów - prędko zrozumiałem, że jest to chłopak, który w Trójmieście ma wielkie branie i który lubi poimprezować i wypić. Przez krótką chwilę ulegliśmy naszej naturze - on napisał po pijaku, jak to się wkurza, że tyle gadamy, a jeszcze się nie spotkaliśmy, bo mu się podobam, a i ja odwzajemniałem się podobnym tekstem, ale to był tylko raz. Później do tego nie wracaliśmy, złapaliśmy tryb czysto kumpelski. On opowiadał mi o swoich trudnych relacjach i randkach, ja opowiadałem mu o moich. Znajomość bez jakichkolwiek podtekstów, taki drugi Aron.
Bardzo ceniłem rozmowy z nim, bo po raz pierwszy miałem możliwość poznania od kuchni sposobu myślenia osoby takiej jak Michał czy Mikołaj - kolega z Sopotu jest właśnie chłopakiem takim samym, jak ci dwaj. Chłopakiem zdystansowanym w romansach, nie wkręcającym się w swoje ideały, wyluzowanym, potrafiącym spojrzeć na to wszystko z chłodem. Przesrane mają ci, którzy wkręcą się w niego. Dzięki niemu mogłem dowiedzieć się, jak myślą takie osoby, o co im chodzi, że zazwyczaj właśnie o nic, dlaczego zachowują się tak, a nie inaczej. Uświadomił mi błąd mój i wielu innych, podobnych mi osób. By to zobrazować - to, co on, nasz gnój myśli, jest wielkości jabłka. A to, co my myślimy, że on sobie myśli, jest wielkości arbuza. Jak w tym dowcipie, w którym para leży po seksie i dziewczyna zastanawia się, o czym on myśli - czy uważa, że jest głupia, brzydka, czy było mu przed chwilą dobrze, czy nie sądzi, że jest za gruba, że ma za małe piersi itd., a on w tej chwili najzwyczajniej w świecie zastanawia się, jakim cudem mucha nie spada z żyrandola. Rozumiecie? Osoby takie jak ja uwielbiają wyolbrzymiać i dopowiadać, chłopak powie słowo, a my zaraz układamy dziesięć kolejnych, które według nas miał na myśli, choć to gówno prawda. Za uświadomienie tego jestem mu bardzo wdzięczny.
Temat spotkania wielokrotnie powracał. Początkowo to on zapowiadał swój przyjazd do Lublina - żartobliwie twierdził, że zrobi sobie wycieczkę po miejscach, które tu opisałem, po Ogrodzie Saskim i ulubionych knajpach. Potem zaczął nalegać na mój przyjazd, a ja uległem, bo nigdy w Trójmieście nie byłem, a tu trafiła się taka okazja. Po wielu bojach wreszcie ustaliliśmy termin mojego przyjazdu - koniec lipca, gdy jego współlokatorki gdzieś wyjeżdżały. Podróż przebiegała bez większych komplikacji, choć nie obyło się bez kilku małych wpadek, jak to u mnie bywa... chociaż nie, tu muszę zatrzymać się na chwilę.
Ten wyjazd uświadomił mi, jak wielką stałem się sierotą. Nasilenie tego nastąpiło właśnie w trakcie rozmów z Mikołajem i gadek o Susan z Gotowych na wszystko. Irytuje mnie to z jednej strony dlatego, że z boku mogę wyglądać tak: O jejku, jejku, jestem taką biedną sierotką, nic mi nie wychodzi, niech mi pomoże jakiś silny, przystojny brunet, najlepiej za pomocą swojego soczystego penisa. Z drugiej, bo to po prostu jest cholernie wkurwiające. Gdy jadę autobusem i chcę w biletomacie kupić bilet, z portfela wysypią mi się wszystkie drobniaki, oczywiście na oczach kilkunastu osób, gapiących się na mnie jak szpak w pięćset złotych. Gdy wsiądę do pociągu, jakiś grubas będzie siedział na moim miejscu albo usiądę obok ogromnego byka słuchającego hip-hopu, zajmującego miejsce swoje i pół mojego. Gdy kolega w Sopocie czeka na mnie na dworcu pod jednym wejściem, ja wyjdę tym drugim, gdy wyjdę tam sam do Maka, który znajduje się dosłownie dwa kroki od jego mieszkania, przejdę prawie pół miasta. To trwa od kilku miesięcy, a dawniej taki nie byłem. Sam wpędzam się w rolę sieroty, by na bezbronną sarenkę złowić faceta, czy po prostu tak głupio ewoluuję?
Wracając jednak do Sopotu - nareszcie mogliśmy się poznać. Było niezręcznie i wstydliwie, bo i on nie należy do śmiałych od pierwszej chwili, ale szybko skoczyliśmy na plażę, gdzie wypiliśmy po piwie dla kurażu i wróciliśmy z wódką do jego mieszkania, coby wprawić się przed wizytą w HaHu. Jakoś koło północy dołączył do nas chłopak, z którym zaczął kręcić, co później niestety okazało się niezbyt dobrym pomysłem. Stroiłem się i pięć razy przebierałem, a gdy wreszcie byłem gotowy, mogliśmy ruszyć w miasto. Sopot pokochałem od pierwszej chwili. Otaczało nas mnóstwo malutkich kamieniczek przywodzących na myśl niemiecką architekturę, za chwilę z kolei pełno było śmiesznych willi z drewnianymi przybudówkami. I ludzie. Przez chwilę mogłem poczuć się jak we Wrocławiu, Krakowie czy po prostu w każdym dużym mieście, które nie jest Lublinem. Istne ciachonarium. Matko moja, mógłbym tam przesiedzieć dzień i noc na ławce, jedynie patrząc na te wszystkie przystojne okazy, które przyjechały z całej Polski. Faceci muskularni, świetnie ubrani, z fryzurkami i niestety czasem z jakimiś babami. A ja miesiącami przeżywałem pokurcza w okularach, waligórę i jeżyka, śmiech na sali.
HaH Trójmiasto - muszę to przyznać z ręką na sercu - trochę mnie rozczarował. To klub nieco większy od Wyrka, choć z szumnie zapowiadanymi dwoma parkietami, jeden z nich jest wielkości studenckiego pokoju w akademiku. Drugi zdecydowanie większy, ze sceną i balkonikami, na których można podziwiać odważniejszych brzydali i otyłych (czemu oni zawsze są przy kości?) artystów w kieckach i perukach, z którymi niestety kilku z Was błędnie skojarzyło nazwę tego bloga i profilu na Fellow. Muzyka mnie zawiodła i mimo, że w moich żyłach krążyło sporo alkoholu, ciało do tańca tak bardzo się nie rwało. Zresztą, wielu okazji nie miałem, przyszły chłopak mojego gospodarza jest z tych, co to uwielbiają strzelać fochy z byle powodu, więc co chwilę się gdzieś ulatniał, a my musieliśmy za nim latać i go szukać. W pewnej chwili miałem ochotę go udusić, bo nie tak wyobrażałem sobie mój wypad do tego klubu. Miało być zajebiście, miałem się bawić do rana, a tu musieliśmy być spokojni, bo ten co pięć minut nadymał się jak żaba.
Co zabawne - przyjechałem tam głównie z ciekawości, jak to jest z tymi ciachami, a zawsze w takich momentach mój wzrok leci w dół. Wchodzę do klubu wypełnionego obcymi facetami, a nawet na nich nie patrzę. Tak jakby wstydzę się, że jeszcze przez przypadek z którymś wymienię spojrzenia albo przyłapię ich, jak mnie taksują wzrokiem od góry do dołu. Przez to później myślą, że jestem nieśmiały/niewinny - naiwniaki, co? Mimo wszystko nie oślepłem i szczerze przyznam, że Lublinowi daleko do Trójmiasta. Na tej imprezie, która była chyba "Sylwestrem w lecie", zjawił się nawet Biedroń, stał w otoczeniu - oczywiście - kilku przystojniaków. Facet nigdy mi się nie podobał, moim zdaniem urodą nie powala, a jednak lgnęli do niego, jak muchy do miodu. Sława, niezły afrodyzjak. Była to pamiętna noc również z tego powodu, że spotkałem tam dziewczynę, z którą jakoś na początku maja piłem w Rzeszowie. Przyjechała do przyjaciela, który akurat siedział obok niej. Wstała i tak teatralnie chciała nas sobie przedstawić: To mój przyjaciel, ON MA PENISA! Moja odpowiedź? Już go kocham. Świat jest bardzo mały.
Kupiłem sobie piwo i tak krążyłem za moimi dwoma przewodnikami, którzy witali się ze znajomymi gejuchami. Wreszcie zaczęli gadkę z jakąś podstarzałą kobietą, która bez zażenowania zaanektowała mój plastikowy kufel i po chwili, chyba w ramach chybionej rekompensaty, próbowała zanudzić na śmierć opowieściami o moim kierunku studiów. Jak ja uwielbiam te pijackie wywody. Człowiekowi wydaje się wtedy, że jest pieprzonym geniuszem, a wnioski, do jakich dochodzi, są godne Einsteina. Moi "opiekunowie" dość szybko mnie uratowali, twierdząc, że czas iść do domu. Niby zaczynało już delikatnie świtać, niby przesiedzieliśmy tam może z dwie czy trzy godziny, ale czułem ogromny niedosyt. Wyobrażałem sobie noc pełną wrażeń, a tu dupa, no ale mówi się trudno, nadrobię innym razem.
W Sopocie istnieje też drugi klub gejowski, właściwie jest pierwszy, bo powstał przed HaHem. Nazywa się 69 (a może zapisuje się to słownie?) i znajduje się w domku jednorodzinnym, ciekawy pomysł. Nie udałem się do niego, bo skutecznie mnie zniechęcono, ale ja tej krzywdy Wam nie zrobię. Ponoć chwilowo przegrywa z HaHem, bo chodzą tam brzydsze okazy, ale ma swoje zalety - jest tak niby po domowemu, z mnóstwem zakątków, w których można się schować. Ciekawe w jakim celu. :-)
W sobotę rano już sami, wybraliśmy się na piechotę do Gdyni, idąc cały czas plażą, zajęło nam to chyba dwie godziny. Już z oddali widać na wzniesieniu od dawna opuszczony budynek, jakieś sanatorium czy coś w tym rodzaju. Obecnie składowisko szkła, puszek i petów, ale miejsce ciekawe. Niestety podczas zwiedzania ponurych i pokrytych graffiti korytarzy, myślałem o Mikołaju. Lubi takie opuszczone miejsca, zastanawiałem się, czy i to by mu się spodobało. Odruch. Gdy wszedłem na dach, widok pomógł mi o nim zapomnieć. Zrobię coś, czego nigdy dotąd tu nie robiłem. Oto zdjęcie, które mój przewodnik uprzejmie mi tam pstryknął, mała pamiątka. Widok piękny, co?
Ostatnią atrakcją, którą chcę opisać, jest plaża wypełniona gejami. Znajduje się w dzielnicy Stogi, która ponoć ma niezbyt dobrą reputację, ale na mnie wrażenia to nie zrobiło, wychowałem się w końcu w Lublinie. Pojechałem tam już z kimś innym - koledze stało się coś w stopę, co zmusiło go do siedzenia w domu, skorzystałem więc z okazji i poznałem drugiego chłopaka, z którym od jakiegoś czasu gadałem, też aseksualnie i bez podtekstów. Mojej aseksualności nadziwić się ostatnio nie mogę.
Pojechaliśmy tramwajem na końcowy, przeszliśmy przez jakiś niby lasek i... jeszcze zanim zobaczyliśmy plażę, wiedziałem, że się do niej zbliżamy. Najpierw minęliśmy faceta, który przebierał się pod drzewem, a po chwili goluśkiego dziadka z wesoło dyndającym, skurczonym siurkiem. Za nim szedł następny. I jeszcze jeden. Aż wreszcie przekroczyliśmy niewielką bramę i znaleźliśmy się w krainie nagości, ale ja już od pierwszych gołych delicji krztusiłem się ze śmiechu. Komiczne miejsce. Starsi szukają chętnych na plażowe bunga-bunga. Młodsi stoją wyprostowani, dumnie pokazując całemu otoczeniu swoje rarytasy. Kilku przyzwoitych w kąpielówkach. Ale o dziwo było też kilka par damsko-męskich. Podobno są tam trzy plaże, jedna obok drugiej. Najpierw zwyczajna, potem dla nudystów i trzecia dla gejów, ale te dwie ostatnie chyba się wymieszały, bo i dwójkę dzieci tam widziałem. Dziwię się rodzicom, bo kolega opowiadał, jak kilka dni wcześniej wracał z tej plaży i widział dwóch facetów za nic mających publiczność i bez wstydu robiących sobie dobrze ustami. Ja niestety takich widoków nie uświadczyłem.
Napatrzyłem się za to na gołe siurki na następne pół roku chyba. Sporo ich tam było, ale plaża nie należała do przepełnionych, jak w Sopocie. Ot, co kilka metrów goły facet albo dwóch. Szliśmy brzegiem morza, szukając w miarę pustego miejsca, więc miałem okazję napatrzeć się na te śmieszne cudowności, ale znów - wzrok wbiłem w piach i tylko śmiałem się pod nosem, czując na sobie spojrzenia niektórych desperatów. Oj, zabawne to miejsce, kiedyś też tam wrócę, bo humor poprawia lepiej, niż wódka.
Mimo jednego zawodu, to był pamiętny wyjazd. W Trójmieście spędziłem kilka cudownych dni, w miarę zaspokoiłem swoją ciekawość, napatrzyłem się na przystojnych facetów i filigranowe penisy. Złapałem trochę słońca, popływałem z obrzydliwymi meduzami, powspominałem i zrozumiałem, że mądrość z filmu Into the Wild jest mądrością prawdziwą. Można mieć wszystko, można zwiedzić każdy, najpiękniejszy zakątek świata, ale nic po tym, jeśli nie ma się u swojego boku osoby, z którą razem można to wszystko podziwiać, z którą można to przeżyć, zachłysnąć się tym jak rześkim powietrzem. Szczęście poznasz tylko przy kimś, choćbyś zaszedł nie wiadomo jak wysoko i daleko.
Ale od początku, jak ja w ogóle się tam znalazłem? Wszystko zaczęło się od... Translacji, jakżeby inaczej. Napisał do mnie w kwietniu lub marcu, nie pamiętam. Chwilkę pogadaliśmy na Fellow, zaczynając od wpisów, a kończąc na oczywistych pierdeletkach, jakie mogą interesować dwóch chłopaków znajdujących się na takim portalu - facetach. Wszystko traktowałem trochę z rozbawieniem, bo na profilowym miał zdjęcie ładnie umięśnionej klaty, a wiadomo, jaka opinia krąży na temat takich osób, prawda? Po chwili podał hasło, a moim oczom ukazał się przystojny brunet... Ha, teraz do mnie dotarło, że ten początek wygląda jak zapowiedź opisu mojego kolejnego Koszmarku. Nic z tych rzeczy. Chłopak po kilku dniach zablokował swój profil, a ja nawet nie zwróciłem na to uwagi, bo rozmawiałem wtedy z wieloma osobami i bardziej zaprzątałem myśli tym, jakie zdjęcie wyśle mi Mikołaj, czy co ciekawego tym razem powie Michał.
Ponownie odezwał się w połowie kwietnia, już na fejsie, napisał na blogowy fanpejdż czy jak to zwać - po krótkiej gadce zostaliśmy tam oficjalnymi znajomymi i tak to już wyglądało przez tych kilka miesięcy. Rozmowy dzień w dzień, może nie od rana do wieczora, może nie bez przerwy, bo z przerwami długimi, ale dość szybko złapaliśmy kontakt. Mieliśmy wiele wspólnych tematów do rozmów - prędko zrozumiałem, że jest to chłopak, który w Trójmieście ma wielkie branie i który lubi poimprezować i wypić. Przez krótką chwilę ulegliśmy naszej naturze - on napisał po pijaku, jak to się wkurza, że tyle gadamy, a jeszcze się nie spotkaliśmy, bo mu się podobam, a i ja odwzajemniałem się podobnym tekstem, ale to był tylko raz. Później do tego nie wracaliśmy, złapaliśmy tryb czysto kumpelski. On opowiadał mi o swoich trudnych relacjach i randkach, ja opowiadałem mu o moich. Znajomość bez jakichkolwiek podtekstów, taki drugi Aron.
Bardzo ceniłem rozmowy z nim, bo po raz pierwszy miałem możliwość poznania od kuchni sposobu myślenia osoby takiej jak Michał czy Mikołaj - kolega z Sopotu jest właśnie chłopakiem takim samym, jak ci dwaj. Chłopakiem zdystansowanym w romansach, nie wkręcającym się w swoje ideały, wyluzowanym, potrafiącym spojrzeć na to wszystko z chłodem. Przesrane mają ci, którzy wkręcą się w niego. Dzięki niemu mogłem dowiedzieć się, jak myślą takie osoby, o co im chodzi, że zazwyczaj właśnie o nic, dlaczego zachowują się tak, a nie inaczej. Uświadomił mi błąd mój i wielu innych, podobnych mi osób. By to zobrazować - to, co on, nasz gnój myśli, jest wielkości jabłka. A to, co my myślimy, że on sobie myśli, jest wielkości arbuza. Jak w tym dowcipie, w którym para leży po seksie i dziewczyna zastanawia się, o czym on myśli - czy uważa, że jest głupia, brzydka, czy było mu przed chwilą dobrze, czy nie sądzi, że jest za gruba, że ma za małe piersi itd., a on w tej chwili najzwyczajniej w świecie zastanawia się, jakim cudem mucha nie spada z żyrandola. Rozumiecie? Osoby takie jak ja uwielbiają wyolbrzymiać i dopowiadać, chłopak powie słowo, a my zaraz układamy dziesięć kolejnych, które według nas miał na myśli, choć to gówno prawda. Za uświadomienie tego jestem mu bardzo wdzięczny.
Temat spotkania wielokrotnie powracał. Początkowo to on zapowiadał swój przyjazd do Lublina - żartobliwie twierdził, że zrobi sobie wycieczkę po miejscach, które tu opisałem, po Ogrodzie Saskim i ulubionych knajpach. Potem zaczął nalegać na mój przyjazd, a ja uległem, bo nigdy w Trójmieście nie byłem, a tu trafiła się taka okazja. Po wielu bojach wreszcie ustaliliśmy termin mojego przyjazdu - koniec lipca, gdy jego współlokatorki gdzieś wyjeżdżały. Podróż przebiegała bez większych komplikacji, choć nie obyło się bez kilku małych wpadek, jak to u mnie bywa... chociaż nie, tu muszę zatrzymać się na chwilę.
Ten wyjazd uświadomił mi, jak wielką stałem się sierotą. Nasilenie tego nastąpiło właśnie w trakcie rozmów z Mikołajem i gadek o Susan z Gotowych na wszystko. Irytuje mnie to z jednej strony dlatego, że z boku mogę wyglądać tak: O jejku, jejku, jestem taką biedną sierotką, nic mi nie wychodzi, niech mi pomoże jakiś silny, przystojny brunet, najlepiej za pomocą swojego soczystego penisa. Z drugiej, bo to po prostu jest cholernie wkurwiające. Gdy jadę autobusem i chcę w biletomacie kupić bilet, z portfela wysypią mi się wszystkie drobniaki, oczywiście na oczach kilkunastu osób, gapiących się na mnie jak szpak w pięćset złotych. Gdy wsiądę do pociągu, jakiś grubas będzie siedział na moim miejscu albo usiądę obok ogromnego byka słuchającego hip-hopu, zajmującego miejsce swoje i pół mojego. Gdy kolega w Sopocie czeka na mnie na dworcu pod jednym wejściem, ja wyjdę tym drugim, gdy wyjdę tam sam do Maka, który znajduje się dosłownie dwa kroki od jego mieszkania, przejdę prawie pół miasta. To trwa od kilku miesięcy, a dawniej taki nie byłem. Sam wpędzam się w rolę sieroty, by na bezbronną sarenkę złowić faceta, czy po prostu tak głupio ewoluuję?
Wracając jednak do Sopotu - nareszcie mogliśmy się poznać. Było niezręcznie i wstydliwie, bo i on nie należy do śmiałych od pierwszej chwili, ale szybko skoczyliśmy na plażę, gdzie wypiliśmy po piwie dla kurażu i wróciliśmy z wódką do jego mieszkania, coby wprawić się przed wizytą w HaHu. Jakoś koło północy dołączył do nas chłopak, z którym zaczął kręcić, co później niestety okazało się niezbyt dobrym pomysłem. Stroiłem się i pięć razy przebierałem, a gdy wreszcie byłem gotowy, mogliśmy ruszyć w miasto. Sopot pokochałem od pierwszej chwili. Otaczało nas mnóstwo malutkich kamieniczek przywodzących na myśl niemiecką architekturę, za chwilę z kolei pełno było śmiesznych willi z drewnianymi przybudówkami. I ludzie. Przez chwilę mogłem poczuć się jak we Wrocławiu, Krakowie czy po prostu w każdym dużym mieście, które nie jest Lublinem. Istne ciachonarium. Matko moja, mógłbym tam przesiedzieć dzień i noc na ławce, jedynie patrząc na te wszystkie przystojne okazy, które przyjechały z całej Polski. Faceci muskularni, świetnie ubrani, z fryzurkami i niestety czasem z jakimiś babami. A ja miesiącami przeżywałem pokurcza w okularach, waligórę i jeżyka, śmiech na sali.
HaH Trójmiasto - muszę to przyznać z ręką na sercu - trochę mnie rozczarował. To klub nieco większy od Wyrka, choć z szumnie zapowiadanymi dwoma parkietami, jeden z nich jest wielkości studenckiego pokoju w akademiku. Drugi zdecydowanie większy, ze sceną i balkonikami, na których można podziwiać odważniejszych brzydali i otyłych (czemu oni zawsze są przy kości?) artystów w kieckach i perukach, z którymi niestety kilku z Was błędnie skojarzyło nazwę tego bloga i profilu na Fellow. Muzyka mnie zawiodła i mimo, że w moich żyłach krążyło sporo alkoholu, ciało do tańca tak bardzo się nie rwało. Zresztą, wielu okazji nie miałem, przyszły chłopak mojego gospodarza jest z tych, co to uwielbiają strzelać fochy z byle powodu, więc co chwilę się gdzieś ulatniał, a my musieliśmy za nim latać i go szukać. W pewnej chwili miałem ochotę go udusić, bo nie tak wyobrażałem sobie mój wypad do tego klubu. Miało być zajebiście, miałem się bawić do rana, a tu musieliśmy być spokojni, bo ten co pięć minut nadymał się jak żaba.
Co zabawne - przyjechałem tam głównie z ciekawości, jak to jest z tymi ciachami, a zawsze w takich momentach mój wzrok leci w dół. Wchodzę do klubu wypełnionego obcymi facetami, a nawet na nich nie patrzę. Tak jakby wstydzę się, że jeszcze przez przypadek z którymś wymienię spojrzenia albo przyłapię ich, jak mnie taksują wzrokiem od góry do dołu. Przez to później myślą, że jestem nieśmiały/niewinny - naiwniaki, co? Mimo wszystko nie oślepłem i szczerze przyznam, że Lublinowi daleko do Trójmiasta. Na tej imprezie, która była chyba "Sylwestrem w lecie", zjawił się nawet Biedroń, stał w otoczeniu - oczywiście - kilku przystojniaków. Facet nigdy mi się nie podobał, moim zdaniem urodą nie powala, a jednak lgnęli do niego, jak muchy do miodu. Sława, niezły afrodyzjak. Była to pamiętna noc również z tego powodu, że spotkałem tam dziewczynę, z którą jakoś na początku maja piłem w Rzeszowie. Przyjechała do przyjaciela, który akurat siedział obok niej. Wstała i tak teatralnie chciała nas sobie przedstawić: To mój przyjaciel, ON MA PENISA! Moja odpowiedź? Już go kocham. Świat jest bardzo mały.
Kupiłem sobie piwo i tak krążyłem za moimi dwoma przewodnikami, którzy witali się ze znajomymi gejuchami. Wreszcie zaczęli gadkę z jakąś podstarzałą kobietą, która bez zażenowania zaanektowała mój plastikowy kufel i po chwili, chyba w ramach chybionej rekompensaty, próbowała zanudzić na śmierć opowieściami o moim kierunku studiów. Jak ja uwielbiam te pijackie wywody. Człowiekowi wydaje się wtedy, że jest pieprzonym geniuszem, a wnioski, do jakich dochodzi, są godne Einsteina. Moi "opiekunowie" dość szybko mnie uratowali, twierdząc, że czas iść do domu. Niby zaczynało już delikatnie świtać, niby przesiedzieliśmy tam może z dwie czy trzy godziny, ale czułem ogromny niedosyt. Wyobrażałem sobie noc pełną wrażeń, a tu dupa, no ale mówi się trudno, nadrobię innym razem.
W Sopocie istnieje też drugi klub gejowski, właściwie jest pierwszy, bo powstał przed HaHem. Nazywa się 69 (a może zapisuje się to słownie?) i znajduje się w domku jednorodzinnym, ciekawy pomysł. Nie udałem się do niego, bo skutecznie mnie zniechęcono, ale ja tej krzywdy Wam nie zrobię. Ponoć chwilowo przegrywa z HaHem, bo chodzą tam brzydsze okazy, ale ma swoje zalety - jest tak niby po domowemu, z mnóstwem zakątków, w których można się schować. Ciekawe w jakim celu. :-)
W sobotę rano już sami, wybraliśmy się na piechotę do Gdyni, idąc cały czas plażą, zajęło nam to chyba dwie godziny. Już z oddali widać na wzniesieniu od dawna opuszczony budynek, jakieś sanatorium czy coś w tym rodzaju. Obecnie składowisko szkła, puszek i petów, ale miejsce ciekawe. Niestety podczas zwiedzania ponurych i pokrytych graffiti korytarzy, myślałem o Mikołaju. Lubi takie opuszczone miejsca, zastanawiałem się, czy i to by mu się spodobało. Odruch. Gdy wszedłem na dach, widok pomógł mi o nim zapomnieć. Zrobię coś, czego nigdy dotąd tu nie robiłem. Oto zdjęcie, które mój przewodnik uprzejmie mi tam pstryknął, mała pamiątka. Widok piękny, co?
Ostatnią atrakcją, którą chcę opisać, jest plaża wypełniona gejami. Znajduje się w dzielnicy Stogi, która ponoć ma niezbyt dobrą reputację, ale na mnie wrażenia to nie zrobiło, wychowałem się w końcu w Lublinie. Pojechałem tam już z kimś innym - koledze stało się coś w stopę, co zmusiło go do siedzenia w domu, skorzystałem więc z okazji i poznałem drugiego chłopaka, z którym od jakiegoś czasu gadałem, też aseksualnie i bez podtekstów. Mojej aseksualności nadziwić się ostatnio nie mogę.
Pojechaliśmy tramwajem na końcowy, przeszliśmy przez jakiś niby lasek i... jeszcze zanim zobaczyliśmy plażę, wiedziałem, że się do niej zbliżamy. Najpierw minęliśmy faceta, który przebierał się pod drzewem, a po chwili goluśkiego dziadka z wesoło dyndającym, skurczonym siurkiem. Za nim szedł następny. I jeszcze jeden. Aż wreszcie przekroczyliśmy niewielką bramę i znaleźliśmy się w krainie nagości, ale ja już od pierwszych gołych delicji krztusiłem się ze śmiechu. Komiczne miejsce. Starsi szukają chętnych na plażowe bunga-bunga. Młodsi stoją wyprostowani, dumnie pokazując całemu otoczeniu swoje rarytasy. Kilku przyzwoitych w kąpielówkach. Ale o dziwo było też kilka par damsko-męskich. Podobno są tam trzy plaże, jedna obok drugiej. Najpierw zwyczajna, potem dla nudystów i trzecia dla gejów, ale te dwie ostatnie chyba się wymieszały, bo i dwójkę dzieci tam widziałem. Dziwię się rodzicom, bo kolega opowiadał, jak kilka dni wcześniej wracał z tej plaży i widział dwóch facetów za nic mających publiczność i bez wstydu robiących sobie dobrze ustami. Ja niestety takich widoków nie uświadczyłem.
Napatrzyłem się za to na gołe siurki na następne pół roku chyba. Sporo ich tam było, ale plaża nie należała do przepełnionych, jak w Sopocie. Ot, co kilka metrów goły facet albo dwóch. Szliśmy brzegiem morza, szukając w miarę pustego miejsca, więc miałem okazję napatrzeć się na te śmieszne cudowności, ale znów - wzrok wbiłem w piach i tylko śmiałem się pod nosem, czując na sobie spojrzenia niektórych desperatów. Oj, zabawne to miejsce, kiedyś też tam wrócę, bo humor poprawia lepiej, niż wódka.
Mimo jednego zawodu, to był pamiętny wyjazd. W Trójmieście spędziłem kilka cudownych dni, w miarę zaspokoiłem swoją ciekawość, napatrzyłem się na przystojnych facetów i filigranowe penisy. Złapałem trochę słońca, popływałem z obrzydliwymi meduzami, powspominałem i zrozumiałem, że mądrość z filmu Into the Wild jest mądrością prawdziwą. Można mieć wszystko, można zwiedzić każdy, najpiękniejszy zakątek świata, ale nic po tym, jeśli nie ma się u swojego boku osoby, z którą razem można to wszystko podziwiać, z którą można to przeżyć, zachłysnąć się tym jak rześkim powietrzem. Szczęście poznasz tylko przy kimś, choćbyś zaszedł nie wiadomo jak wysoko i daleko.


Komentarze
Prześlij komentarz