23. Czekając na bicie serca.

źródło pierwotne: tumblr.com
And it's my whole heart
While tried and tested, it's mine
And it's my whole heart
Trying to reach it out
And it's my whole heart
Burned but not buried this time
I'm on trial, waiting 'til the beat comes out
I'm on trial, waiting 'til the beat comes out

I'm miles away
He's on my mind
I'm getting tired of crawling all the way
And I've had enough
It's obvious
And I'm getting tired of crawling all the way

Say I won't return
But I never learn
It's a pity, oh
Florence and the Machine - Which Witch

Załóżmy, że moja głowa to dom z różnymi pomieszczeniami. No albo z jednym pomieszczeniem, nieważne. W tym pomieszczeniu znajduje się wiele mebli i różnych przedmiotów codziennego użytku. Meble i przedmioty należą do Mikołaja, przez cztery miesiące je tam rozstawiał. Teraz, gdy pojawił się nowy chłopak, Bastek, gdy wprowadził się do tego pokoju opuszczonego od prawie dwóch miesięcy, czuję się bardzo dziwnie. Tak jakby oderwano mi prawą rękę i próbowano przyszyć na to miejsce lewą. Te meble i przedmioty nie pasują do Bastka. On nie pasuje do tego pokoju. Wszystko co mówi, nie jest tym, co mówił Mikołaj. Wszystko co robi, nie jest tym, co robił Mikołaj. Odkąd coraz wyraźniej zaznacza swoją obecność, zauważam, że coraz bardziej ich porównuję, bo tak łatwo zapominam o wadach Mikołaja. Teraz wydaje mi się, że dawny lokator zostawił po sobie wysoko postawioną poprzeczkę, której nowy chwilowo nie umie przeskoczyć. Dlaczego? Bo jednak z wielkiej chmury czasem spadnie duży deszcz, może nie od razu, ale w końcu pierdyknie tak, że suchej nitki nie zostawi.

Przedostatni wpis nie był kłamliwy, nie zawierał opowiastek wyssanych z palca. Po prostu był jak ta pioseneczka zespołu Destiny's Child, Survivor, z kiczowatym teledyskiem. Piosenka, w której babka śpiewa, jak to czuje się o wiele lepiej bez jakiegoś tam faceta. Jak jest silniejsza, bogatsza, mądrzejsza, jak dobrze się bawi, relaksuje. Wszystko ładnie, cacy... ale przecież gdy ktoś tak bardzo i długo opowiada, jak czegoś tam nie przeżywa, to już samym tym mówieniem sobie przeczy. Zadać można sobie wtedy pytanie - kogo on próbuje bardziej przekonać, siebie czy innych? To nie były kłamstwa, tylko reakcja trochę przesadzona. Bo przeżywanie faktycznie nie nastąpiło w takiej formie jak dawniej, z tymi łzami, facetami, randkami, ale z głowy nie wyszedł. To była pokazówka, wyparcie...?

Wielokrotnie zastanawiałem się, czy dobrze zrobiłem, pokazując mu tego bloga w marcu, to miało dobre i złe strony. Niby zachwycał się na samym początku, później chwalił i motywował do dalszego pisania, czekał na kolejne wpisy. To miłe, ale jednocześnie tak jakby sam sobie ustanowiłem cenzurę. Mimo pozorów bywam cholernie dumny i nie potrafię mówić o uczuciach. Nawet tutaj, gdzie niby nie mówiłbym mu tego wprost, ale wiedziałem, że to przeczyta. Na dodatek za każdym razem błędnie interpretował moje intencje, coś tam uznał za pogardę, czegoś tam w ogóle nie zrozumiał... ale czytał, zawsze. Dlatego mogłem to wykorzystać w inny sposób, jak we wpisie Z wielkiej chmury.... Took anything to cut you I can find - pamiętacie to? Użyję czegokolwiek, co znajdę, by cię zranić. Choć wiem, że nigdy go to nie ruszało i nie obchodzi, co myślę na jego temat. Przypomniał mi o tym kilka dni temu, podczas krótkiej rozmowy. Odezwał się po przeczytaniu wyżej wspomnianego wpisu, ale... po kolei.

Zacznijmy od tego krótkiego momentu, który to uznałem za punkt wyjścia, jak ten sprzed roku. Moment, gdy nikogo nie przeżywam, o nikogo nie muszę się starać. Cholernie dziwnie mi wtedy było. Chwilami czułem się jak starzec, wspominający swoje bujne życie. Gdy nie miałem żadnego faceta na tapecie, wspominałem tych, którzy byli na niej przedtem. Postanowiłem też pozałatwiać kilka nierozwiązanych spraw. Przeprosiłem Michała, bo co jak co, ale trochę mu się ode mnie oberwało we wcześniejszych wpisach. Zrozumiałem, że miejscami ten blog wyglądał jak ściana nienawiści do tych chłopaków, a to nie było moim zamiarem. Napisałem, przeprosiłem. Może pojawiła się malutka iskierka nadziei na odnowienie kontaktu, ale jego odpowiedź była jasna - nie ma problemu, bo zasłużył na to, ale też życzył mi powodzenia i wielu powodów do uśmiechu. Mały zawód i po chwili spokój. Chyba wreszcie mogłem uznać jego rozdział za ostatecznie zamknięty.

Później spotkałem się z Kamilem. Dziwne to wszystko było - migdalenie przy pierwszej lepszej okazji, gdy mnie widział i gdy byliśmy najebani. A po alkoholu martwa cisza z obu stron, tylko czasem jakieś takie dziwne próby z jego strony, by się spotkać, przypominanie o sobie co jakiś czas... no to się spotkaliśmy po moim powrocie z Sopotu. Mam ogromną nadzieję, że to było nasze ostatnie spotkanie, z tej mąki chleba nie będzie. Nigdy. I przyszła kolej na Kalego. Tak jakby sporo sobie wyjaśniliśmy, chwilę pogadaliśmy i też: Trzymaj się, powodzenia. Boże, jakbym miał umrzeć miesiąc później i załatwiał teraz wszystkie sprawy przed śmiercią. Fakt, dziwnie czułem się cały ten czas. Jakby nie na miejscu, tak nie mogłem przywyknąć do tego, że nie muszę czekać na sms czy telefon, nie muszę czekać na jakieś wielkie spotkanie. Bez żadnego faceta. Po tak długim czasie, gdy nawet przerwy bez któregoś nie miałem. Dziwność nad dziwnościami.

Wtedy pojawił się on, Bastek, wybawienie z krainy dziwności i wspomnień. Tak przynajmniej myślałem, bo on właśnie sprawił, że zacząłem myśleć o Mikołaju częściej, niestety. Po raz pierwszy rozmawialiśmy jakoś w styczniu czy w lutym, nie pamiętam. Z profilowego patrzyła na mnie nęcąco umięśniona klata... co zabawne, gdy widzimy coś takiego, zaraz myślimy, że facet jest przystojniakiem, prawda? Do pięknej klaty podświadomie dorabiamy piękną twarz. A może tylko ja tak mam. Po krótkiej gadce wymieniliśmy się hasłami i nieco się zdziwiłem, bo urodą nie powalał, nie był w moim typie. Taki chłopaczek zwykły, starszy o kilka lat, ale chłopaczek. Porozmawialiśmy, ale jakoś nie byłem nim zainteresowany, bo za którymś razem już mu nie odpisałem. Wchodził potem na mój profil kilka razy, jakby chcąc o sobie przypomnieć, ale napisałem do niego ponownie dopiero z dwa tygodnie później, gdy się nudziłem. Wiem, wiem. On szybko zorientował się w czym rzecz, a mi nawet tłumaczyć się nie chciało, zresztą, po chwili usunąłem konto - wtedy dla Rafała, więc być może to był nawet grudzień. Od tamtej pory nic.

Przypomniał o sobie jakiś miesiąc temu. Albo zrobiłem się zdesperowany albo zwyczajnie w świecie byłem złakniony kontaktu z facetem, bo ponownie zaczęliśmy gadać. Szybko też podał swój numer telefonu i wtedy przepadłem. Gdy pojawiły się pierwsze smsy, myślałem jedynie o pierwszym smsie od Mikołaja: Myślę o Tobie. Tego chyba nic nie przebije. Gdy zaczęliśmy się droczyć, przypominałem sobie droczenie z Mikołajem. I non stop porównywałem ich do siebie. Niestety szybko z rozczarowaniem zauważyłem, że Bastkowi daleko do Mikołaja. Dlaczego? Bo był dla mnie miły. Cały czas. Poziom mojego masochizmu musi być naprawdę duży. Jak to jest, facetowi nic nie brakuje, jest męski (kocham to!), uwielbia sport jak typowy heteryk (uwielbiam heteryków!), ma piękne ciało (boskie!), jest inteligentny (jak lubię!), ale nie potrafi skutecznie wejść mi do głowy i wybić poprzedniego, bo jest dla mnie miły (nienawidzę!)? Chryste, a może ja lubię też bicie podczas seksu?

Mimo tych kilku oczywistych wad, zrobiło się miło. Smsy na dzień dobry, smsy na dobranoc. Regularne składanie raportów z obecnie wykonywanych czynności. Godzinne i dwugodzinne rozmowy telefoniczne. Docinki, podteksty. No wszystko to, co pojawia się na początku obiecującej relacji. Niestety nie ma mnie obecnie w Lublinie, wracam jutro, w poniedziałek. Tego dnia też się poznamy, choć planów mamy już na kilka randek wprzód. Zaczęła się taka malutka idylla. Powoli przekonywałem się do niego, myślałem sobie, że mogę z niego zrobić ciacho, lepiej ubrać, zmienić fryzurę, kazać zapuścić brodę czy trzymać lekki zarost. Przestawałem myśleć o Mikołaju, przestawałem wspominać. Dlatego wtedy sam musiał o sobie  przypomnieć.

Tak, kochani, gdy kończy się taka relacja, w której jeden jest wkręcony w drugiego, który ma wyjebane, ten drugi zawsze o sobie przypomni. Prędzej czy później, ale przypomni. Odezwie się lub spotkacie go przypadkiem na ulicy. Wasi przyjaciele go spotkają lub Wy spotkacie jego przyjaciół. Taka niesprawiedliwość losu, poprzeżywamy, potem delikatnie ochłoniemy, powoli zapominamy i nagle pierdolut, znów wskakuje do głowy. Taka mała prośba do oziębłych drani - nie przypominajcie o sobie swoim ofiarom. Nie piszcie do nich. To dla Was nic nie znaczy, robicie to z nudów albo macie taki głupi sadystyczny kaprys, ale im mieszacie w głowach. I prośba do ofiar - niczego sobie po tym nie obiecujcie. To zwykłe rozdrapywanie ran, które mają tendencję do ślimaczenia. Wiem, że skacze się wtedy z radości, ale na dłuższą metę to niczego nie daje. Możecie sobie wyobrazić, jak ja się ucieszyłem, gdy napisał. Wykupiłem wtedy profil na stronie głównej, by ludzie wchodzili i widzieli informację o nowym wpisie, znudziło mnie wchodzenie na milion profili online. Wszedł i on. Pierwsza myśl - Nie, nie wejdę na twój profil, taki chuj. Ale długo nie czekałem, sam napisał.

Odniósł się do wpisu, skomentował fałszywe zdjęcie, cieszył, że nie miał na mnie ogromnego wpływu, potem też dopisał coś o fejsie i stwierdził, że... werble... bardzo żałuje, że tak skończyła się nasza znajomość. Ułamek sekundy ekscytacja, ale czytam dalej. Dlaczego żałuje? Bo fajnie byłoby mieć takiego znajomego. Jak ja nienawidzę tego tekstu. I mam ogromną nadzieję, że nie ze mnie jedynego sadyści chcą robić sobie kumpla. To takie trudne, szczególnie przy mojej filozofii życiowej - kochaj albo rzuć, wszystko albo nic. Nie uznaję półśrodków, bo jak to, przed chwilą wyobrażałem sobie nasze randki, a teraz mam słuchać o twoich randkach z innymi facetami? Nie umiem tego robić, zawsze wydaje mi się to najgorszym scenariuszem. Choć kto wie, może to jest właśnie sposób na nich? Poszedłem na to jeden, jedyny raz, przy P. Początkowo żałowałem i plułem sobie w brodę, gdy mi tam opowiadał, jak się prawie zakochał. Ale skończyło się tak, że wysyłał mi w maju zdjęcia bez koszulki i z rozpiętymi spodniami, pod którymi nie miał bokserek, z widocznym sterczącym penisem, pytając, czy tak może iść do Wyrka. Żuraw i czapla. Teraz za chińskiego boga nie chciałbym do niego wracać. Mikołaju? Mam nadzieję, że daleko nie odszedłeś!

A tak całkiem poważnie - rozmowa była przyjemna, nie mogłem przestać się uśmiechać do siebie. Choć obaj zgrywaliśmy nadętych i wyniosłych, jakby nam kije włożono, docinaliśmy sobie po staremu. Florence śpiewa, a mi ciągle krąży w myślach: Czy już za późno, by wrócić do domu? Czy wszystkie mosty są już spalone? Nie wiem, choć pewnie tak. Obiecałem złożyć mu życzenia świąteczne, na które czeka z niecierpliwością. Stwierdziłem, że chciałbym kopnąć go w tyłek, odpowiedział, że też na to liczy. Może byłoby mi lepiej, gdyby wprost napisał: Nie chcę cię, nie podobasz mi się, nigdy nic z tego nie będzie. Zamiast tego przeczytałem pod koniec czerwca: Prawdopodobnie nigdy nic z tego nie będzie, a teraz padły słowa: Mimo wszystko bardzo cię lubię. Nie wiem co mam o tym wszystkim myśleć, więc oczywiście myślę intensywnie. Jak wcześniej wchodził na Fellow chyba raz dziennie, tak odkąd mam go w wiadomościach, wchodzi o wiele częściej. Robi na złość, prowokuje? Zaczyna randkować? Ach, to jest najlepsze, zawsze w takich chwilach zmieniamy się w psa ogrodnika. Mogę z nim nie kręcić, byle on był sam. No ale ja mogę pójść na randkę. Głupie. Kolejny gorzki uśmiech: Aha, czyli nasza relacja nie mogła przejść na inny poziom, bo były siedzi w głowie, no ale z innymi może wyjdzie? W każdym razie z jakiego powodu by tam nie wchodził, gówno mnie to powinno obchodzić, to jego sprawa. Znowu to robię. Znów sobie dopowiadam, analizuję, kombinuję. Mam w głowie gotowe scenariusze, które być może całkowicie mijają się z prawdą, a i tak już uważam go za winnego. Nigdy się nie nauczę.

Skutkiem ubocznym tej rozmowy było to, że czar malutkiej iluzji, jaki stworzyłem wokół Bastka, prysł jak bańka mydlana i musiała minąć dobra chwila, zanim ponownie mogłem go stworzyć. Poznam go, choć chyba z góry wiem, jak to się skończy. Przerabiałem to przecież tyle razy. Może będzie miło przez chwilę. Spotkamy się raz, drugi, trzeci. Wskoczymy do łóżka, a to już będzie gwóźdź do trumny, bo całkiem nabiorę do niego niechęci. Nie pojmę tego. Myślę o tym, który niby mnie lubi, ale ma za nic, a odrzucam tego, u którego boku mógłbym być szczęśliwy. Bo jest miły. Bo nie daje mi tych nerwów, tej adrenaliny. Nie doprowadza do szału ignorowaniem. Nie podoba się z wyglądu. W takich chwilach zastanawiam się, czy aby na pewno jestem gejem. Gdzie lekarstwo na tę głupotę? Czy jestem w stanie zakochać się w drugim facecie?

A może ja już się zakochiwałem, tyle że tego nawet nie zauważyłem? Bo spodziewałem się, że miłość to takie wielkie coś z fajerwerkami, a tu tylko stres w żołądku i na dupie usiedzieć nie mogłem. Może w moim przypadku to nigdy nie będzie piękne jak na filmach. Może przekonam się jutro na spotkaniu, może będzie inaczej, niż to sobie wyobrażam, może on po swojemu umebluje ten pokój. A może nie. I'm hard to please sometimes. I'm hard to understand sometimes. And while you're offering a handshake to a goddamn amputee, I feel my phantom heart is scratching in a train-wreck memory...


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

20. Nic się nie stało, a zdarzyć miał się cud.

6. Jesteś - a więc musisz minąć.

29. Zmęczenie materiału.