24. Niekończąca się opowieść.

źródło pierwotne: wikiart.org (powiększ)
Jesteś jak chiński urzędnik państwowy,
Co stemplem odmowy zniweczył mój plan.
Jesteś jak ojciec, co niedzielnym szpondrem
Obdzielił wszystkich po równo prócz mnie.
Jesteś handlarzem, co jabłko z robakiem
I w sińcach mi wcisnął na targu.
Jesteś rosyjską znachorką,
Co złych ziół mieszanką wpędziła w chorobę.
A co, jeśli to ja...?
Hey - Chiński urzędnik państwowy

- Mówiłem, że nie szukam związku, nie jestem gotowy na zaangażowanie. Byłem szczery, postawiłem sprawę jasno.
- To nigdy nie działa. I jeszcze mi powiedz, że nie możesz być odpowiedzialny za uczucia drugiej strony. Że pozwalając mu umościć się w gnieździe twoich ramion, nie składałeś żadnych obietnic. W żaden sposób nie dałeś mu do zrozumienia, że jest wart bardziej niż inni twojej uwagi, komplementów, piosenki z dedykacją jak laurki z pozytywką. Wcale nie podsunąłeś kreski pod nos mówiąc mu: ale szczerze ci mówię, narkotyki nie są dla ciebie.
Miłość 2.0 - Zgejowana wersja

Gdyby gdzieś zorganizowano konkurs na masochistę roku, bezapelacyjnie zająłbym pierwsze miejsce. Właśnie podsunięto mi pod nos kreskę po raz trzeci, a ja z radością ją wciągnąłem. Mój diler doskonale wie, co myślę i czuję, wie jak na mnie działa, że na dłuższą metę to nie jest pozytywny wpływ, wręcz cholernie destrukcyjny. I ja również świetnie zdaję sobie z tego wszystkiego sprawę. A mimo tego poprosiłem o regularną dostawę towaru, który moim zdaniem zostawia inne gatunki daleko w tyle. Mówił - jedno słowo, a zniknie z mojego życia. Ja na to, by powiedział mi wprost: spierdalaj, nie chcę cię, nigdy nic z tego nie będzie, a każę mu z niego zniknąć. Nie powiedział, to i ja miałem związane ręce. Na litość boską, ile razy jeszcze?

Odezwał się ponownie, ale szczerze mówiąc został przeze mnie perfidnie sprowokowany. Wszedłem na jego profil po opublikowaniu ostatniego wpisu, jakby chcąc mieć pewność, że go przeczyta. Nie musiał do mnie pisać, ale napisał. Pochwalił, zrobiło mi się cholernie miło, podziękowałem. Ten od razu wyskoczył z informacją, że ma dla mnie zdjęcie kota, bo podczas ostatniej rozmowy wątpiłem w jego istnienie i dobre samopoczucie. I zaczęliśmy gadać. Przegadaliśmy chyba pół dnia, oczywiście z przerwami, jak to na Fellow bywa, ale jednak. To było takie malutkie nadrabianie dwumiesięcznych zaległości w naszych życiach, co u którego się dzieje i tak dalej. Rozmawialiśmy jak dawniej, jak gdyby nie było żadnej przerwy w tym kontakcie.

Raz tylko ta rozmowa bardzo szarpnęła mi nerwy. Weszliśmy na jakiś taki durny temat jego pracy, ja zacząłem gadkę, że w życiu nie tylko to jest ważne, kasa i wskakiwanie na kolejne szczeble kariery. On mi na to: Fakt, zgodzę się z tym, ale na wszystko przyjdzie czas. Oprócz pracy znalazłem jeden aspekt uczuciowy, w którym dobrze się realizuję. Serduszko szybciej puka, ale przecież muszę zapytać, co to takiego. Wtedy wróciłem do... hmm... ogólnej skrzynki pocztowej? Miejsca, w którym widzę wszystkie otrzymane wiadomości. Pisałem wtedy też z jednym chłopakiem, który chwalił galerię i wpisy, w pewnym momencie zaczął opowiadać o swoim życiu. Dostałem od nich wiadomości w tej samej sekundzie. Mikołaj odpisał na moje pytanie, chłopak kontynuował opowieść o sobie. Nie patrzyłem na nick, w podglądzie wiadomości widziałem tylko: Rozmawiam od kilku tygodni z pewnym chłopakiem z mojego miasta... Jeszcze nigdy tak szybko w moich rękach nie znalazła się paczka fajek, możecie mi wierzyć.

To ta natura psa ogrodnika odezwała się wtedy we mnie. Poczułem ogromną ulgę, gdy zobaczyłem, że napisał to ten chłopak, Mikołaj natomiast kazał mi wejść na e-maila, gdzie wysłał wiadomość zatytułowaną Miłość mojego życia! i zawierającą jego samojebkę, na której w tle widać małe dziecko. Chyba lubi wysyłać mi te swoje zdjęcia. Ja lubię je oglądać, bo jak się nie ma co się lubi... Wieczorem rozmowa dobiegła końca, bo musiał gdzieś lecieć, a do mnie dotarło co się stało. Zerwaliśmy kontakt dwa miesiące temu, więc dlaczego, do cholery, przegadaliśmy dzisiaj pół dnia, jak gdyby nigdy nic? To przecież skończone. Od razu chciałem do niego napisać, żeby to wyjaśnić, ale bałem się. Pamiętałem, że sporo problemów brało się stąd, że chciałem wszystko wyjaśniać, mieć czarno na białym, chciałem deklaracji albo definitywnego końca, w tę albo we w tę, nic pośrodku. Za każdym razem musiałem na niego naciskać, by czuć się pewnie, a jego jedyną możliwą opcją było wyślizgiwanie, wyskakiwał jak naoliwiona piłeczka z rąk.

Za każdym razem, kiedy próbuję to uspokoić
Ty nakręcasz to w mojej głowie
Zdecyduj się
Pozwól mi odejść albo pozwól mi zostać
Kiedy ratowałeś swój kark
Ja nadstawiałem mój dla ciebie
Zasilenie jest włączone, gilotyna brzęczy
Jestem przyparty do muru, no dalej, niech spadnie
Zdecyduj się
Zanim ja zrobię to za ciebie
Make up your mind - wersja zgejowana

Niestety czekanie nie leży w mojej naturze. Przeczuwałem, że skończyłoby się tak, jak w kwietniu z Michałem - odzywałby się po każdym wpisie, mając wygodną wymówkę, by ze mną pogadać, a ja bym się cieszył jak głupi do sera. Poza tym pojawienie się malutkich nerwów w związku z pomylonymi wiadomościami uświadomiło mi, że to nie jest skończone. Minęły dwa miesiące, a tu wciąż coś. Napisałem późnym wieczorem długą wiadomość, choć wystarczyłoby pytanie: Co to miało być? A jego odpowiedź była krótka i prosta: Lubię cię, lubię z tobą rozmawiać. Cała tajemnica. I bądź tu człowieku mądry. Po kilku długich wiadomościach, w których opisywaliśmy trudność tej sytuacji, w których napisaliśmy to, co obaj wiemy od dawna, napisał: Mogę usunąć się całkowicie. Z Fellow, przestać czytać bloga, usunąć adres mailowy. Decyzja należy do ciebie, wystarczy słowo. Wbrew pozorom - chcę twojego szczęścia. Znów to samo. To ode mnie zależy. Chcę, to odnowimy kontakt, nie chcę, to zniknie. Wolna amerykanka, moja i tylko moja decyzja. Gdyby tylko to było takie proste... Napisałem wtedy tę ważną dla mnie wiadomość. Zapytałem, czy mógłby mi powiedzieć wprost, że mnie nie chce, nie podobam mu się, że z ręką na sercu może powiedzieć, że nigdy, przenigdy nic z tego nie będzie. Wiedząc, że istnieje cień szansy na to, że pogodzi się z utraconą miłością (co sam przyznał), znając mnie doskonale, wszystkie moje wady i zalety, wiedząc jak wyglądam. Czy może mi to powiedzieć? Jeśli tak, przestaniemy rozmawiać, zerwiemy kontakt na zawsze. Wtedy i tylko wtedy będę umiał powiedzieć mu wprost, by zniknął z mojego życia.

Jego odpowiedź? Chciałby mi to powiedzieć. Teraz nic z tego nie będzie, ale kiedyś? Kto wie, jest szansa. Tą metodą daleko byśmy nie zaszli, chciałem więc dowiedzieć się... nie wiem, dlaczego wstydzę się to napisać... czy w ogóle mu się podobam. Zapytałem, czy gdyby nie było tamtego chłopaka, gdyby go nigdy nie poznał, nie miał go w głowie i napisał do mnie, poznawał mnie tak jak teraz, czy istniałaby szansa, że zrodziłoby się z tego coś więcej. Krótka odpowiedź - tak. I przepadłem. Weszliśmy w to po raz trzeci, ale tu już doszliśmy do granicy mojej władzy i decydowania, teraz to on ustalał zasady. Mam się dystansować najbardziej, jak tylko się da. Relacja czysto kumpelska, bez żadnych obietnic ani podtekstów. Krótko mówiąc uruchomiliśmy kolejną bombę zegarową i jeśli nie wydarzy się jakiś cud, wszyscy wiemy, czym to się zakończy. Jak to jest, że zapominam o swoich własnych naukach? Wiele zauważam, wiele rozumiem. A jednak wciąż w to brnę, za nic mając chłodną logikę, znajomość zasad rządzących tym wszystkim, zapominam o sposobach usidlenia faceta. Zachowuję się jak facet z tego głupiutkiego mema. Widzi rosiczkę i krzyczy - dlaczego mucha miałaby na czymś takim usiąść? Widzi pułapkę na myszy i - jakim cudem mysz mogłaby się na to złapać? A widzi babkę i uśmiecha się do niej jak skończony debil. W moim przypadku to facet, oczywiście.

Ale nie zwykły, o nie. Dlaczego mam taką słabość akurat do niego? Oczywiście pominąwszy kwestię tego, że jest niedostępny, co samo już nakręca i pomijając to, że pod względem inteligencji jesteśmy na tym samym poziomie, co w krainie Fellow rzadko się zdarza, chodzi o coś jeszcze. I on o tym wie, sam to napisał. Przez ten długi czas nie spotkałem faceta, który byłby w stanie mnie okiełznać. Sądziłem, że Michał taki jest, ale jemu było wszystko obojętne, mogłem robić co chciałem, nie dbał o to. To jest ten problem, faceci są albo zbyt mili i zbyt upierdliwi albo mają mnie kompletnie gdzieś. Są zachwyceni tym co robię albo na taki widok uciekają, gdzie pieprz rośnie, bo wiedzą, że sobie ze mną nie poradzą. Bo jestem cholernie trudny i niewiele osób potrafi mnie usadzić na dupie. Próżnie to zabrzmi, ale wierzę Mikołajowi. Wielokrotnie powtarzał, jak bardzo mnie lubi. Może to nie do końca jest to, czego bym sobie życzył, w jakiej formie bym sobie życzył, ale chyba mam prawo myśleć, że w jakimś stopniu mu na mnie zależy, że jednak trochę dba, myśli.

Przez pryzmat rozmów stałeś się dla mnie inteligentną i dobrą osobą. Trochę zagubioną, ale potrzebującą kogoś, kto cię poprowadzi twardą ręką i ogarnie twoje życie. W tym tkwi cały sekret. On jedyny potrafi sobie ze mną poradzić. Gdy pojawia się jakiś facet, kąsam go, szarpię, gram mu na nerwach, sprawdzam, jak daleko mogę się posunąć, ile jest w stanie wytrzymać. Coś jak rozpuszczony bachor wychowywany bezstresowo. Właściwie to nawet nie porównanie, bo w relacjach faceci wychowali mnie bardzo bezstresowo, mogłem robić co chciałem, a i tak widziałem ich maślane oczy. Mało kto potrafi teraz znieść takiego bachora i ustawić go do pionu. Większość woli się kajać, błagać o wybaczenie i odrobinę zainteresowania. A tu trafiła kosa na kamień. Ta relacja jest jak nieustająca walka i udowadnianie, który ma rację. Pożartować mogę z wieloma, którzy też potrafią docinać, ale w tym przypadku jest coś jeszcze. Okiełznanie. I moja nieustanna chęć wybicia się spod jego ręki i władzy.

Ale czy ja o czymś nie zapomniałem? Ach, Bastek. Mój mały wyrzut sumienia. Mój dowód na to, że sam nie umiem zmusić się do tego, do czego chciałbym zmusić Mikołaja. I moje potwierdzenie zasady, że gdzie znajdziesz jedną czterolistną koniczynę, tam znajdziesz też inne. Jak to jest, że jak nie ma żadnego faceta, nikogo do rozmów, to, cholera, naprawdę nikt do Ciebie nie pisze, masz święty spokój, a tak naprawdę małą deprechę. A niech pojawi się chociaż jeden facet na horyzoncie i voilà... Pojawia się też drugi, trzeci, czwarty, piąty. Nagle zaczęło do mnie wypisywać wielu facetów na Fellow i pewnie gdybym miał tam normalne konto służące do randek, miałbym kalendarz zapisany na pół miesiąca. Coraz częściej odzywał się Kali, z którym mam iść na czysto kumpelskie piwo. Przypomniał o sobie Kamil, ale tego gnojka nie chcę nawet widzieć. No i Mikołaj, oczywista oczywistość. Choć przez rozmowy z nim moje zainteresowanie Bastkiem zmalało prawie do zera, wciąż to trwało. I wreszcie doszło do spotkania, choć dzień później, niż planowałem.

Miło się zaskoczyłem, bo na żywo wygląda lepiej, niż na zdjęciach. Delikatnie zawiodłem, bo jednak jest ciut niższy, no i żaden z niego szeroki facet, tak jak myślałem - chłopaczek wyglądający na mojego rówieśnika. Na szczęście ja wyglądam jak gimnazjalista, a na pewno licealista. Chociaż co ja piszę, na jakie szczęście? Spotkanie było miłe, cholera. Wysiadłem z autobusu na Litewskim, gdzie na mnie czekał i na powitanie rzucił jakimś żartem, czym rozładował napięcie. Z moim życiowym fartem oczywiście musiało tego dnia lać, więc moje ulubione miejsce pod niebem odpadało. Gdy znaleźliśmy jakiś pub, zaczęło się. Zawsze mnie to zastanawia - jak facet jakoś nieszczególnie mi się podoba, wiem, że wkręca się jeszcze przed spotkaniem i ogólnie jestem na tej lepszej pozycji, zaczynam trajkotać jak nakręcony. Opowiadam o wszystkim, jestem rozemocjonowany, więc piwo jeszcze szybciej wchodzi, co jeszcze bardziej mnie nakręca. Opowiadam w charakterystyczny dla mnie sposób, a on szczy ze śmiechu, patrzy na mnie w taki znaczący sposób. I już jest mój. Z kolei gdy facet zdoła mnie zaciekawić przed spotkaniem, podoba mi się na zdjęciach i tak dalej - robię się jakiś taki onieśmielony i nie mówię za dużo. Tak było przy P., tak było przy Michale i tak było przy Mikołaju.

Poszliśmy do jednego pubu, później do drugiego. W tym drugim już nie mógł dłużej wytrzymać. Ja siedziałem na jednej kanapie, on na drugiej. Ale chwilami dosiadał się do mnie lub chciał, bym ja dosiadł się do niego, bo chciał mi coś pokazać w telefonie. A wtedy pojawiało się zbliżenie, uda się stykały, ramiona o siebie ocierały... Jak to ktoś mi niedawno powiedział - młodemu wystarczy otarcie o drzewo, by bokserki pękały. Gdy całkiem się rozluźnił, zaczynał mnie łaskotać, szturchać w bok, chcąc się odgryźć za moje żartobliwe docinki. Ech, seks pojawiłby się nie na trzeciej czy czwartej randce, ale przy pierwszej lepszej okazji. Wypytywał o moje perfumy, bo mimo smrodu papierosów jakoś je wyczuł. Później, po spotkaniu, pisał, że wciąż je czuje... W pustym autobusie, gdy już wracaliśmy z miasta, dalej się drażnił i chciał łaskotać, więc oczywiście chciałem zabrać jego dłoń, ale on natychmiast złapał moją i powiedział cicho: Daj się udobruchać.

I jak to się skończy? Nie chcę dawać mu złudnej nadziei. Irytuje mnie jego "hihi" w smsach i nadaktywność emotkowa, w tym, oczywiście, buziaków. Nie było piorunów, nie pierdyknęło mną porządnie, właściwie wcale. Miły chłopak, miła randka, ale sami wiecie co jest na rzeczy, co jest moją blokadą, nie muszę pisać. Wady są do zaakceptowania, nie jest ich wiele. Sam mam swoje, które jemu chyba nie przeszkadzają. To nawet trochę zabawne, bo jestem teraz w takiej samej sytuacji, jak Mikołaj. I to przez niego. Co mogłoby mi pomóc? Zasada klin klinem, ale nie tak, jak zawsze myślałem. Niedawno to do mnie dotarło. Wtedy, w listopadzie, nie do końca zapomniałem o P. przy Michale. Wciąż o nim myślałem i z uśmieszkiem szedłem do niego na korki z łaciny. Tak samo było z Mikołajem, wciąż przy nim wspominałem Michała i skakałem z radości, gdy do mnie pisał. Przeszło mi jak ręką odjął, gdy pod koniec czerwca zerwałem kontakt z Mikołajem. To nie chodzi tylko o poznanie nowego chłopaka, który nam się cholernie podoba i jest całkiem dobrym kandydatem na męża. Chodzi o to, by i on nam robił problemy, by i z nim skończyło się w dramatyczny sposób. Rozstania z dwoma facetami nie da się przeżywać jednocześnie. O P. zapomniałem na zawsze, gdy widziałem Michała z innym, gdy odmówiłem mu spotkania. Wyleczyłem się z Michała, gdy powiedziałem Mikołajowi, że nic dalej nie będzie, że to już koniec, bo powiedział, że ta relacja prawdopodobnie nigdy nie przejdzie na inny poziom.

W takim razie teraz trzeba znaleźć jakiegoś fajnego chłopaka, którym się zachwycę, ale wciąż będę myślał o tamtym. Nie będę umiał nie myśleć, bo przecież zostaliśmy właśnie kumplami. Po raz trzeci. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki. Choć wielu ludzi błędnie interpretuje to przysłowie i tłumaczy tak to, że nie chce zrobić czegoś po raz drugi, tak naprawdę chodzi o to, że nie da się tego zrobić. Rzeka to nurt, który płynie cały czas, woda, w której jesteśmy teraz, za chwilę będzie sto kilometrów dalej. Tak samo z tą relacją. Z każdym kolejnym razem to coś innego. Za każdym razem ta relacja jest coraz bardziej poszarpana, inna, najsłodsza była na początku, w marcu. Rzeczy, jakie mi wtedy pisał, już nie napisze. To też jak z kłótniami w związku, każda uszczknie fragment, który już nie wróci, po każdej będzie tego mniej i mniej, aż nie zostanie nic. Za każdym razem jest chłodniej i trudniej wrócić do stanu z poprzedniego epizodu, ale dalej próbuję.

Męczę się w tej relacji i męczę się, gdy jest zerwana. Czy to się kiedyś skończy? Być może, kiedy poznam tego nowego idealnego faceta, co chwilowo jest realne jak to, że zacznę się interesować samochodami. I niech ten nowy ideał narobi mi problemów, z których powstanie kilka nowych wpisów. I niech całkiem odejdzie, a wraz z nim odejdzie Mikołaj, bo zacznie się przeżywanie nowego niedostępnego faceta. I tak w kółko. To zasrana niekończąca się opowieść. Nie chcę tego, niech to się zatrzyma wreszcie. Obecny jej rozdział, to powrót Mikołaja i moja kolejna próba wyluzowania i zdystansowania się do niego. Czekanie na cud. Sam go wpuściłem do środka, wystarczyło, że zapukał delikatnie dwa razy. Take another little piece of my heart now, baby. Break another little bit of my heart now, darling. Pozwalam.


Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

20. Nic się nie stało, a zdarzyć miał się cud.

6. Jesteś - a więc musisz minąć.

29. Zmęczenie materiału.