25. Kto długo zwleka, ten się nie doczeka.
![]() |
| źródło pierwotne: wikipedia.org |
Rozmowa z tobą jak brodzenie w śniegu
Niewydeptane ścieżki gubią mnie
Tak łatwo utknąć w zaspie aż po szyję
Na śliskich słowach wywracamy się
Chwilami, gdy próbuję znaleźć rym
Bałwany pienią się przy ustach
Melodii brak, tańczymy krzywo jak
Spoceni zapaśnicy w USA
Dobijam się, obijam się
I sprawdzam czy otwarte
I krzyczę znów za dużo słów
Za dużo słów na marne
Brodka - Krzyżówka Dnia
Chcesz stworzyć potwora? Weź jednego inteligentnego faceta, rozkochaj go w sobie na zabój i porzuć jak śmiecia - efekt murowany. Dlatego ludzie ze złamanymi sercami powinni mieć sądowy zakaz zbliżania się do wszelkich portali randkowych i nocnych klubów, w ogóle do innych ludzi. A najlepiej, gdyby byli zamykani w jakichś specjalnych obozach z dala od cywilizacji, gdzie karmiono by ich czekoladą i soczystymi owocami, a pojono sokiem ze świeżych pomarańczy. Alkohol niewskazany - gdy serce boli, efektem ubocznym jego działania jest wspominanie i wszechogarniający dół. Byliby tam katowani piosenkami z przesłaniem dla nich, musieliby oglądać codziennie mądre filmy i czytać takie książki. Musieliby napisać list pełen żalu i rozpaczy, który następnie powinni spalić. A na dzień dobry musieliby sobie wytatuować na czole mądrość mamy Forresta Gumpa: Aby ruszyć naprzód, trzeba zapomnieć o przeszłości, bo to skończeni debile są i żyją samymi wspomnieniami. Niestety takie obozy nie istnieją, sądowe zakazy również. Tacy ludzie po prostu są puszczani wolno do innych ludzi, których ranią tak, jak ich zraniono. Na wolności są jak dzikie, krwiożercze zwierzęta, i musi minąć trochę czasu, zanim wrócą do normalnego stanu. Niestety zanim to nastąpi, co najmniej kilka osób padnie ich ofiarą. Kilka osób służących im za jednoosobowe obozy odwykowe, które same później takich potrzebują.
Terapia grupowa:
- Cześć, jestem Kuba.
- Cześć Kuba.
- Mam taki problem, że... w lutym zagadał do mnie pewien facet, chyba coś we mnie mu się spodobało. Było miło i przyjemnie, a gdy wpadłem, okazało się, że ma dla mnie mały prezent - kocha byłego i nie potrafi o nim zapomnieć, mimo tego nie da mi spokoju. Poza tym jestem rozhisteryzowanym neurotykiem.
- Ojej, wspieramy cię, bardzo cię wspieramy, wszyscy cię wspieramy.
Po chuju pomocne. Zrywaliśmy i odnawialiśmy kontakt już chyba milion razy, za każdym jest to samo - zostajemy kumplami, a ja mam trzymać dystans, bo on sam nie umie trzymać dystansu do jednorazowego wspomnienia, które z uwielbieniem wywyższa ponad wszystko. On ma ogromny problem sam ze sobą, a ja pozwalam, by ten jego problem stał się też moim problemem. Znowu. Mamy się kumplować, ale sam wielokrotnie przekracza kumpelskie granice. Znowu. Wkurwiam się, gdy przez pół dnia rozgląda się na Fellow albo idzie sam do HaHu. Znowu. On się wkurwia, bo według niego ja nie mam prawa się wkurwiać. Znowu. Każda, nawet najmniejsza cząstka mnie, krzyczy, bym pogonił tego chłystka. Znowu. Mam ochotę udusić go gołymi rękami za jego ośli upór i zwyczajną tępotę, on mnie za moje rozhisteryzowanie. Znowu. Mimo wszystko mam nadzieję i uczę się cierpliwości. Znowu...
I ponownie pojawiły się dwie natury. Z jednej strony przy Mikołaju zaczynam sam siebie nie lubić. Histeryzuję jak baba, biorę wszystko do siebie, doszukuję się na siłę podstępu. Zastanawiam, dlaczego od pięciu godzin mi nie odpisuje, choć w międzyczasie właził na Fellow. Sprawdzam to, choć nie powinienem, choć nie chcę tego robić. Intuicja cały czas podpowiada, że on kłamie, że coś kręci, nie jest do końca szczery. Upokarzam się przed nim i poniżam. Wstydziłem się powiedzieć przyjaciołom, że znów gadamy, bo zgodnie z zasadą wszystkich przyjaciół świata, nie cierpią go za to, co ze mną robi. Nie myślę racjonalnie, ale myślę w nadmiarze, panikuję, stresuję się. Zmęczył mnie ten chłopak, jak nikt dotąd. Myśl dominująca: Kopnij go w dupę.
Z drugiej strony mam tego dość, bo jak tak dalej pójdzie, wyląduję na oddziale psychiatrycznym albo za dwadzieścia lat w jakiejś kawalerce znajdą moje zwłoki nadgryzione przez koty. Nie odpisał - co z tego? Nie musi, ma do tego pełne prawo. Czy jest zajęty czy po prostu mu się nie chce - to bez znaczenia. Poszedł sam do pedalni? A niech idzie, to wolny kraj, jeśli chce, może nawet złapać jakiegoś syfa w darkroomie. Siedzi na Fellow? Niech siedzi, gada i spotyka się z innymi. Jesteśmy w końcu kolegami, którzy tylko często smsują ze sobą, wysyłają sobie zdjęcia, w przekomarzankach czule nazywają i wysyłają buziaki. Romans rodem z gimnazjum. Myśl dominująca: Zacznij zachowywać się wobec niego jak kumpel. A że na kumpli zazwyczaj mam wyjebane, to już można dopisać do tej umowy małym druczkiem.
Było słodko i cudownie przez kilka pierwszych dni. Choć spodziewałem się, że będzie drętwo i przez chwilę będziemy musieli do siebie trafić, zgrać, by wrócić na normalne tory. Cudne zdjęcia, cudne pogadanki, nawet jedna, gdy akurat byłem na mieście i trochę się podpiłem, co sprawiło, że tamta rozmowa należała do nieco bardziej śmiałych. Niestety ta cała cudowność wynikała z tego, że wkręcał mnie całkiem ładnie i zgrabnie, by w sobotę wybrać się samemu do swojej pedalni. Humor mi się spieprzył, choć dwukrotnie zapewniał, że będzie grzeczny. Tylko po co chodzi się samemu do takich klubów? By nie wyjść stamtąd samemu. Cała niedziela drętwa, wieczorem kłótnia, bo jeszcze pół dnia spędził na Fellow i wprost stwierdził - rozglądam się. Poleciało kilka kurew, a ja ze swoją naturą natychmiast miałem ochotę to skończyć, uciec od niego jak najdalej. Oczywiście przemyślałem to i na drugi dzień wysłałem mu długiego maila, w którym dość ostro pojechałem i chciałem postawić mu ultimatum. Odpowiedział w kilku smsach, pierwszy zaczynając od słów: Nie rozumiesz, że nie chcę cię teraz? Przyznam, że nigdy nie zrobiło mi się tak miło :-)
Od razu też zrozumiałem, jak głupi byłem. Przez te dwa miesiące zapomniałem o jego wadach, myślałem wtedy, że straciłem coś fajnego, ogromną szansę na coś wielkiego. Jak to jest, że tak łatwo zapominamy o tym, co było złe, a w pamięci trzymamy tylko te dobre wspomnienia? Poza tym te pierwsze rozmowy na Fellow były złudne. Naczytał się tutaj, jak przez całe lato miałem go gdzieś, czego jego przerośnięte ego nie mogło znieść, więc musiał o sobie sam przypomnieć, a Kubuś poleciał jak to obłąkane dziecię za motylami na łące. Później wszystko wróciło do normy, nasze rozmowy bardziej przypominały wywiady, występowały tylko wtedy, gdy podtrzymywałem jego tematy, gdy dopytywałem o kolejne duperele, które mam głęboko gdzieś. Gdy ja o czymś opowiadałem, zbywał mnie pojedynczymi słówkami. Krótko mówiąc znów zacząłem się dusić.
Wtedy pojawił się ten odwieczny dylemat. Powiedzieć wprost, co mi się nie podoba, że źle się z tym czuję, ale jednocześnie wyjść przez to na histeryka i paranoika, bo przecież jego odpowiedź sprawi, że natychmiast tak się poczuję, czy może niczego nie wyjaśniać, by nie czuć się przy nim jak kobieta przed okresem, tylko dusić to wszystko w sobie, co na pewno dobrze by się nie skończyło? Wiecie, gdy teraz to wszystko opisuję, gdy uświadamiam sobie, jak Was samych już musi nudzić ta odwieczna telenowela, zaczynam rozumieć, że tu jest za dużo słów. My, ludzie, mamy taki zajebisty talent do komplikowania sobie wszystkiego. Chłopak mnie nie chce, ale istnieje szansa na to, że kiedyś zapomni o byłym? To niech mi dupy teraz nie zawraca, tylko przypomni o sobie za rok czy pięć lat, kiedy to ja już dawno o nim zapomnę. Ja nie umiem wyluzować i na niego spojrzeć jak na kumpla? Anielska cierpliwość wymaga diabelskiej siły - Aleksander Kumor. Nigdy nie trać cierpliwości, to jest ostatni klucz, który otwiera drzwi - Antoine de Saint-Exupery. Praktykujmy cierpliwość, a nie ćwiczmy w niej innych - Jakub Alberione. Cierpliwość niweluje góry - przysłowie albańskie.
Wszystko ładnie i pięknie, ale: Kto długo zwleka, ten się nie doczeka - zasłyszane w Chirurgach. I tyle. Problem w tym, że za bardzo oczekuję. Gdzieś w jakimś starym dworku, będąc na objeździe zabytkoznawczym, moją uwagę zwróciła jedna sala, w której na ścianie ciągnął się długi sznur powiedzeń sprzed kilku wieków. Jedno utkwiło mi w pamięci do dzisiaj: Dając, nie oczekuj wdzięczności. No i właśnie. Czekam na szczęście. Czekam na faceta. Czekam, aż mu przejdzie, czekam, aż pstryknie palcami i któregoś dnia zmieni się w księcia z bajki, który nagle stanie się dla mnie miły, wpatrzony we mnie i zechce ze mną pojechać na koniec świata. Czekam niecierpliwie, choć to cierpliwości powinienem się uczyć, ale nie w tym sensie, że mam czekać długo i w spokoju. Muszę nie czekać.
Choć jesteśmy umówieni na kolejne spotkanie, mam przyjechać do niego, a przy okazji zwiedzić kolejny klub, by go tutaj opisać, straciłem do niego resztki sympatii. Znielubiłem tego chłopaka. I na ten moment nie mam mu nic do powiedzenia. Dlatego zmieniłem zachowanie. Nie odpisał mi przez pięć godzin, wciąż logując się na Fellow, a gdy to zrobił, to ja nie odpisałem. Nad ranem wysłał mi jakieś zdjęcie, ale to też zignorowałem. Cały wczorajszy dzień milczeliśmy, aż nie wytrzymał i wieczorem odezwał się, ale po raz pierwszy umiałem potraktować go tak, jak on cały czas traktował mnie i zbyłem go jakąś wymówką. Dlaczego? Bo umówiłem się z przyjaciółką, z którą poszedłem do Wyrka. Zjawił się też Kamil, a ja byłem wystarczająco podpity, by spędzić u niego noc.
Chleba nie będzie, ale z zabawy jednak nie umiemy zrezygnować. Początkowo wypytywał, czy jest ktoś u mnie, powiedziałem zgodnie z prawdą, że nie. Kumpla z drugiego końca Polski jako mojego faceta czy nawet faceta, z którym zaczynam kręcić, nie mogę uznać. Odwzajemniłem pytanie - u niego tak samo. Zaczął zapraszać do siebie, gdybym nie miał nocnego do domu (to nic, że z Wyrka do mojego mieszkania jest może kilkaset metrów), zaczął też snuć plany o wspólnym wyjeździe do Wawy na weekend, był rozmowny jak rzadko kiedy. Chwilę posiedzieliśmy w Wyrku, ale że zjawiło się tam niewiele osób, szybko zmyliśmy się do niego. Położyłem się, po chwili i on do mnie dołączył. Próbowałem zasnąć, byłem do niego odwrócony, ale to jednoosobowe łóżko, nieco ciasne dla dwóch facetów. Długo nie musiałem czekać, po jakiejś chwili poczułem na udzie jego rękę, która szybko powędrowała wyżej, a potem to już się potoczyło w wiadomy sposób. Nad ranem zasnęliśmy, leżąc obok siebie w najprzyjemniejszej pozycji - na łyżeczkę.
Wracam do gry. Mam dość skamlenia i proszenia o poświęcenie mi choć odrobiny uwagi. Nie chce - trudno, nie zmuszę go do tego. Może być dla mnie kumplem, których mam wielu, ale od tej pory nic go nie będzie wyróżniało od pozostałych, z postaci pierwszoplanowej schodzi dobrowolnie na drugi plan. Miał wystarczająco wiele czasu, by spojrzeć na mnie nieco przychylniej, dawałem mu więcej szans, niż komukolwiek innemu. Wystarczyłoby jedno jego słowo, by to zmienić, bym nie wracał na Fellow, ale nigdy mi nie powie, że tego nie chce. Bo jesteśmy kumplami. Jak Nosowska śpiewa (w zgejowanej wersji tutaj): Gdybyś był, a nie bywał raz na jakiś czas, byłbym wreszcie czyjś, nie bezpański aż tak. Gdybyś miał, a nie miewał, czas i chęć i gest, byłbym na wyłączność, a nie - ogólnodostępny. Chcę się, kurwa, zakochać na zimę.
W międzyczasie zmieniłem zdanie, jeśli chodzi o nasz kochany portal. Zawsze narzekałem na to miejsce, że sami idioci, że tępaki, że nikogo ciekawego, tylko napaleńcy. Ale to gówno prawda. Przecież tam na każdym kroku można spotkać zajebistych facetów. Dotarło to do mnie, gdy z Wami tam rozmawiałem, gdy pisaliście, a rozmowy ciągnęły się na wiele stron i tematów wciąż nie brakowało. Mimo wszystko ani razu nie chciałem tego przenieść do świata realnego, bo to profil służący jedynie reklamie bloga, a i Mikołaj, jakoś tak głupio umawiać się z innymi, poza tym pewnie mało który mu dorówna. Śmiech na sali. Zapomniałem też o jednej ważnej rzeczy, o życzeniach urodzinowych od Michała. Bym usuwał z mojego życia osoby, które nie wprowadzają do niego nic dobrego. Często zadaję sobie pytanie, co dobrego do mojego życia wprowadza Mikołaj. Mam faceta? Nie. Mam kogoś, do kogo mogę napisać o każdej porze dnia i nocy? Nie, bo jest zajęty, a nawet jak napiszę, to odpisze po długim czasie. Mogę go zobaczyć? Nie, bo jest pięćset kilometrów dalej. O ileż to byłoby łatwiejsze, gdybyśmy mieszkali w tym samym mieście. Szanuje mnie i lubi, jak się zarzekał? Wiele temu przeczy.
Zdaję sobie sprawę z tego, że wyglądam teraz jak Bridget Jones, która postanowiła się diametralnie zmienić po romansie ze swoim szefem dupkiem. Zdaję sobie sprawę z tego, że wielu z Was wielokrotnie przewróciło oczami czytając ten wpis albo nawet nie dotarło do tego momentu. Zdaję sobie sprawę z tego, że przeczę sobie na każdym kroku, a te problemy to nie problemy. Ot, cały Król Dramatu na swoich włościach, ale dłużej tak nie dam rady. Oh, I can't speak French, so I let the music do the talking, talking now. I'm in deep, friend, so I let the music do the talking. Dziś dwie piosenki, jedna specjalnie z dedykacją dla mnie, druga ode mnie.

Zadzwily mnie życzenia od Michała i ich mądrość. Szkoda że przypomniałeś sobie je tak późno i tak wybiórczo się do nich stosujesz...
OdpowiedzUsuńBo wcześniej stosowałem się do nich zawsze, a później tego żałowałem. Gdy tylko pojawiał się jakiś problem, ja wolałem zwinąć manatki i pogonić chłopaka gdzie pieprz rośnie. To jest łatwe, łatwo zerwać kontakt i odciąć się od szkodnika. Trudniej jest pracować nad problemami i starać się mimo wszystko. Tylko to jest prawie niewykonalne, gdy nie widać żadnego, choćby malutkiego światełka nadziei, czegoś, co sprawi, że zechcesz się przemęczyć. Powodu, dla którego mimo wszystko warto przez to przejść. Chwilowo w tej relacji nic takiego nie widzę.
UsuńJeżeli chodzi o mnie to wcale nie nudzi mnie ta "telenowela". I nigdy nie przewracałem oczami, czytając kolejne wpisy. Ot, po prostu życie to nie bajka- nie drapie Cię po... Wiadomo, co się rymuje :-).
OdpowiedzUsuńA tak poważnie- nie każdemu dopisuje szczęście. Ale to zapewne i autor, jak i czytelnicy niżej wymienionego bloga, wiedzą o tym doskonale. Może ciąży nad Tobą jakieś fatum? A może to karma...
Odnoszę dziwne wrażenie, że w ww. wpisie za bardzo "pojechałeś" po swojej osobie. Trochę więcej pozytywnego nastawienia do swojej osoby, proszę! Idzie jesień, a jak wiadomo- ta pora roku nie nastraja zbyt dobrze. Pozdrawiam serdecznie- Pan E.
Być może masz rację i to właśnie karma. Choć musiałem nieźle nagrzeszyć w tym lub poprzednim życiu, jeśli teraz tak obrywam, a los zesłał mi kogoś takiego.
UsuńMimo wszystko lubię jesień, więc może nie będzie tak źle, byle mi cierpliwości starczyło, a chęci do tworzenia dramatów było jak najmniej :-)
Wyobraźcie sobie, że przeczytałem od deski do deski i coś smutno się robi, jak już nie ma co czytać... Poza tym, kolega wyżej ma rację - "za bardzo po sobie pojechałeś". Mam nadzieję, że to jest po to, by inni a także i Ty sam, spojrzeli na życie od innej - pewnie opowiedzianej strony. Ta swoista symbioza uczuć i tekstu ma wywoływać emocje towarzyszące tańcu duszy i ciała budując od nowa tą pewną już harmonię w życiu. Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuńCóż, zapewnić mogę, że czytać jeszcze będzie co, bo to wciąż nie jest skończona sprawa. Ta relacja obecnie leży i kwiczy, ale może wkrótce pozytywnie się zaskoczę. Postaram się wytrwać do tego spotkania pod koniec października, ale nie mam pojęcia, co będzie dalej.
UsuńNie spodziewałem się, że tak to odbierzecie, że po sobie pojechałem. Widocznie wszyscy wokół widzą to, czego ja sam nie chcę zobaczyć. Jeśli skończy się tak, jak na to wskazują wszelkie znaki na niebie i ziemi, przynajmniej będzie można straszyć tą historią przyszłe pokolenia gejów, by unikali jak diabeł święconej wody osób takich jak Mikołaj, oddalonych nie tylko geograficznie.