26. It's hard to dance with a devil on your back.

źródło pierwotne: nationalgalleries.org
Doświadczenie dowiodło, że kto nigdy nie ufa, będzie oszukany
Leonardo da Vinci

Regrets collect like old friends
Here to relive your darkest moments
I can see no way, I can see no way
And all of the ghouls come out to play
And every demon wants his pound of flesh
But I like to keep some things to myself
I like to keep my issues drawn
It's always darkest before the dawn
Florence + the Machine - Shake it out

Uważni zapewne pamiętają, że użyłem drugiej zwrotki tej piosenki w pierwszym wpisie o Mikołaju. Uwielbiam ją. Jest smutna i radosna jednocześnie. Jest majestatyczna jak gotycka katedra. Ma niesamowity tekst z genialnym przesłaniem, którego wciąż nie umiem zastosować w życiu i w relacji z Mikołajem, którą ta piosenka moim zdaniem doskonale opisuje, przynajmniej z mojej strony. Mam mnóstwo obaw, sam zakleszczam się we własnym negatywnym myśleniu, pozwalam tym złym myślom porwać się i uwięzić w ciasnej klatce. A wystarczy się z tego otrząsnąć, pozbyć tego diabła z pleców, który utrudnia każdy ruch. Który dusi i uniemożliwia zobaczenie jakiegokolwiek innego wyjścia poza ucieczką. Trzeba zepchnąć tego małego skurwiela i odpuścić. Jednak to jeszcze nie ten moment, kiedy mogę zamieścić tę piosenkę na końcu wpisu.

Zaufanie. W naszym środowisku jest wielu kaleczniaków niezdolnych do obdarzenia nim drugiej osoby. Z początku i owszem, gdy przechodzimy przez ten etap młodych i naiwnych dzieciaczków, jesteśmy bezgranicznie ufni i gotowi na przyjęcie ogromnego szczęścia. Dopiero później okazuje się, że to nie szczęście przyjmujemy, ale złamane serce i głowę, do której nasrano. Te porażki i kilku gnojków na naszej drodze skutecznie uniemożliwiają nam zaufanie innym. Stajemy się cyborgami, ludźmi zranionymi, a więc i pozornie mądrzejszymi, którzy wolą być ostrożni tak na zapas. Ktoś pojawia się w naszym domu, nieśmiało zapuka szukając tego, czego i my szukamy, choć boimy się głośno o tym mówić, a my natychmiast bierzemy lupę, mrużymy oczy i doszukujemy się podstępu. Wpuszczamy go, ale wciąż bacznie mu się przyglądamy. Czekamy, aż ten obłudnik zdejmie swoją maskę i pokaże prawdziwe oblicze, byśmy mogli głośno krzyknąć, że mieliśmy rację. Tylko co to za satysfakcja?

Gdzie leży granica pomiędzy brakiem zaufania a zwykłymi paranojami? Rozumiem ostrożność, rozumiem chęć uniknięcia w przyszłości tego, co nas spotkało w przeszłości. Rozumiem strach. Strach przed tym bólem, że jeśli znowu zaufamy, to pozbawimy się jedynego pancerza, który nas chroni przed nożem wbitym w plecy. Problem w tym, że często potrafimy przeginać i nawet gdy nie mamy żadnych podstaw do tego, to i tak wiemy, że on coś kombinuje, że bawi się z nami w jakąś chorą grę. Tak głupie myślenie mam i ja. Z Mikołajem wiele już przechodziłem. Nie bez nerwów i awantur, ale sporo umiałem zaakceptować. Pogodziłem się z odległością. Pogodziłem się z tym, że kocha byłego i długo o nim nie zapomni. Próbuję pogodzić się z tym, że ośli upór myli z siłą, że nie potrafi ustąpić choćby na krok. Godzę się z każdą przeszkodą. Rzecz w tym, że gdy jeden problem zaczynałem akceptować, pojawiał się drugi. Jakby los lub Mikołaj śmiał mi się prosto w twarz i mówił: Myślisz, że ten problem masz z głowy? To zobaczmy, co powiesz na to. I tak raz za razem pojawiało się coś nowego. Bez przerwy. Jakby mnie testowano i sprawdzano, ile jeszcze wytrzymam. Co takiego musi się stać, bym powiedział wreszcie - stop, dalej nie pójdę. 

Sometimes you're half in 
And then you're half out
But you never close the door!
How do you do it? I think I'm through it
Then I'm back against the wall
What kind of man

W zeszłą niedzielę długo rozmawialiśmy. Tak po prawdzie zaczęło się od kłótni - w takich chwilach cieszę się, że jednak mieszkamy daleko od siebie, bo gdyby nie to, teraz pewnie pisałbym do Was spod celi. Było wybuchowo, było nerwowo, jak z początku kazałem mu wypieprzać z mojego życia, tak potem wszystko wróciło do normy. Niedziele są dla nas najbardziej pechowymi dniami. Tego dnia przypadały nasze największe kłótnie i kolejne rozstania. Może to znak, że powinienem pójść do kościoła? W każdym razie wyjątkowo pokłóciliśmy się ponownie w poniedziałek, tym razem o bzdet, który wciąż nie dawał mi spokoju - Fejs. I we wtorek strzelił focha, no ale ok, przez długi czas znosi moje, więc nic nie robiłem, czekałem. Niestety w środę pojawiło się coś nowego. Zacząłem podejrzewać, że ma fałszywe konto. Nigdy o tym nie pisałem, ale wielokrotnie padałem... hmm... z braku lepszego określenia "ofiarą" takich kont. 

Po raz pierwszy miało to miejsce, gdy zobaczyłem Michała na mieście z tamtym chłopakiem. Dzień albo dwa dni później napisał do mnie na Fellow jakiś gość, pieprzył, że mnie kojarzy z pubu, w którym pracowała Antosia, w którym z Michałem byłem dwa razy (ale z kilkoma innymi chłopakami również). Pokazał zdjęcia, ale go nie kojarzyłem, Antosia też, gdy jej pokazałem. Światełko migało, ale rozmawiamy dalej. Szybko zaczął gadkę o seksie, opowiadał, że ma kawalerkę na starym mieście (jakiego dwudziestoparolatka stać na mieszkanie w takiej lokalizacji?), że mieszka sam i tak dalej. Po zdjęciach, które były różnej jakości, wyglądał ciekawie, więc jak ostatni naiwniak zgodziłem się z nim spotkać. Jak cały czas pisał w stylu debila, który gdzieś ma interpunkcję i przecinki, tak nagle dostałem wiadomość: Więc mimo długiego opisu, pozornie czegoś w głowie i sprawiania wrażenia niewinnego, jesteś taką samą dziwką, jak wszyscy tutaj? Biło od niego wrogością i podłością, na dodatek ta wiadomość znacznie różniła się od poprzednich, a ja szybko pożałowałem swojej głupoty. Pierwsze podejrzenie - Michał próbuje udowodnić coś sobie lub mnie, a może zwyczajnie nie chce wyjść na tego złego, który zawinił, może chce mieć dowód na to, że też nie jestem święty. A być może to zwykły pierdolec, który sam sobie próbuje coś udowodnić, pisząc do nieznajomych na Fellow.

Drugi raz miał miejsce, gdy Michał do mnie pisał na Fellow i czytał bloga, w trakcie rozmów powiedziałem, że robię właśnie nowy wpis, będzie długi jak cholera. Na 90% wiedział, że będzie o nim, w końcu w poprzednim wpisie dałem mały zwiastun, zapowiedź tego, co opiszę. I tego dnia napisał do mnie koleś, który nawet w nicku nie pozostawiał żadnych złudzeń co do celu swoich poszukiwań. Zagadał, był miły, pisał idealnie. Wstawiał nawet kropki przed emotkami, a wtedy znałem tylko dwie takie osoby - Michała i Mikołaja. W sumie nadal znam. Odmówiłem, na co stwierdził, że to wielka szkoda, bo jest pewny, że w łóżku ze mną doznania byłyby nie tylko seksualne, ale i intelektualne...? Coś w ten deseń. Poprosiłem więc Arona, by do niego napisał z własnego konta. Gdy doszło do wymiany haseł i Aron pokazał mu zdjęcie jakiegoś gostka, ten go zablokował. Wchodziłem na jego profil parę razy jeszcze, więc ten ośmielony ponownie się odezwał: Tak często do mnie zaglądasz, czyżbyś zmienił zdanie? :-) Odpowiedziałem, że nie, że po prostu wiem, kim jest. Ten na to (pisownia oryginalna): wydaje ci się rzadko tu wchodze. Dziwne, co? Wcześniej wszystkie wiadomości jak pod linijkę, wielka litera, kropeczki, przecinki, a tu nagle takie coś. Natychmiast zablokował swoje konto. Główne konto Michała po chwili również było zablokowane.

Możecie zapytać - skąd wiedziałem, że to podpucha? Pierwszy przypadek zrodził we mnie ogromną podejrzliwość. Profile z niewielką ilością odwiedzin, podobne opisy cyferkowe. To kazało myśleć czujnie, uważać na każde słowo. Facet o nicku SexLublinTeraz był w tym samym wieku, co Michał. Miał tyle samo wzrostu, waga mniej więcej była ta sama. Ten sam kolor włosów, nawet z rozmowy z Aronem dowiedziałem się, że mieszka w tej samej dzielnicy. I miał jakieś piętnaście wyświetleń. Później było takich przypadków jeszcze kilka, ale wątpię, by to był on, wielu innych również nie miało powodu, by mnie lubić. Faceci oferujący kasę za seks, którzy szybko blokowali swoje konta lub całkiem je usuwali, gdy odmawiałem. Miły chłopak, z którym na początku lipca prowadziłem dość dziwną rozmowę, a który twierdził, że w przyszłości będzie robił to samo co Mikołaj i wobec siebie użył tego samego określenia, jakiego ja używałem wobec Mikołaja. Jego profil po naszej rozmowie przestał istnieć. Profil o nicku milyy24, który wszedł na mój natychmiast po rejestracji, mając jedno wyświetlenie. Gdy go zablokowałem, po chwili już nie istniał i odwiedził mnie drugi świeżaczek - milly24. Wiele było takich przypadków. Geje to podstępne kreatury, gady najgorszego rodzaju. W takich chwilach zawsze jest coś, co zwróci moją uwagę i automatycznie zapali w głowie tę migającą lampkę.

I zapaliła się ponownie w tę środę, gdy na mój nowy randkowy profil wszedł chłopak z miasta Mikołaja. Zerknąłem na niego, a wtedy zobaczyłem, że ma zaledwie kilkadziesiąt wyświetleń. Pierwsza myśl - dlaczego ktoś z drugiego końca Polski, na dodatek ledwo po rejestracji, ogląda profil kogoś z Lublina, kiedy nawet nie pojawiłem się losowo na stronie głównej? Zerknąłem na jego opis i moją uwagę przykuło słowo "bzdety". Nagminnie go używam, sami wiecie po wpisach, Mikołaj także jest do niego przyzwyczajony z rozmów ze mną. Może na stałe wpadło i do jego słownika? Choć nie wszystko się zgadzało, bo i wiek i kolor włosów, to jednak było w tym profilu coś, co kazało mi myśleć, że to Mikołaj. To była moja intuicja czy zwykła paranoja? Ten chłopak przyzwyczaił mnie do tego, że w tej relacji, powtarzając za Osiecką - co się polepszy, to się popieprzy, że ciągle musi być COŚ, jakiś haczyk. To mnie mogło wbić w paranoję i histerię, że na każdym kroku czai się jakaś przeszkoda. Tak jakby sam już ich wyglądałem. Gdy w niedzielę i w poniedziałek wyjaśniliśmy sobie praktycznie wszystko i dalej mogliśmy kontynuować znajomość, myślałem, że wreszcie będę miał spokój. A tu nagle ten profil. Może tym właśnie był? Chichotem losu, nie Mikołaja?

A przecież intuicja jeszcze nigdy mnie nie zawiodła. Nauczyłem się jej słuchać. Nawet wczoraj, gdy umówiłem się z Kalim i znajomymi - mieliśmy pójść na zamknięcie jedynego w Lublinie klubu plenerowego. Najpierw piwko w ulubionej kawiarni, później kombinowanie, bo deszcz zaczął padać, a tam przecież nie będzie gdzie się schować. Kilka osób się zmyło, ale wciąż zostało sześć czy siedem innych. A jak wiadomo, gdzie kucharek sześć, tam nie ma co jeść. Jedni byli za Wyrkiem, bo przynajmniej jest dach i ciepło, inni, w tym Kali, nalegali mimo wszystko na klub plenerowy. Podejrzewałem go o to, że ciągnie go tak do tego klubu, bo wie, że będzie tam jego były, przed którym koniecznie musi odstawić cyrk i pokazać się z nowym chłopcem poznanym kilka dni wcześniej, który był z nami i tego wieczoru. Jego były, czyli kumpel Antosi, o którym pisałem w czerwcu, jedyna osoba, która drażni mnie samym swoim istnieniem, z wzajemnością oczywiście. Nie chciałem go widzieć.

Stanęło jednak na klubie plenerowym, a mi nie pozostało nic innego, jak ulec. Gdy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że kolejka przed wejściem jest długa jak za komuny w sklepie po mięso. Wobec tego jedna z bardziej pijanych osób, jakaś znajoma znajomej powiedziała, że jest inne wejście. Inne wejście znajdowało się po prostu nad płotem kilkanaście metrów dalej, na uboczu. I wtedy mnie zamurowało. To nie jakiś mały lęk wysokości czy strach, że nie przejdę, w dzieciństwie w końcu wielokrotnie pokonywałem takie płotki, by dostać się za darmo na basen czy jakieś boisko. Oni przechodzili po kolei, a ja stałem, zaczynałem coraz bardziej moknąć i za cholerę nie chciałem tam wejść. Tak po prostu. Jakbym stał przed ścianą, której przecież nie przeniknę. Oni zaczęli się ciskać, choć najbardziej Kali, ale nie mogłem tam pójść, zawróciłem do domu. Nad ranem napisał, że dobrze się stało, że tam nie poszedłem, bo pobił się z tym swoim byłym. Gdybym tam poszedł, też bym oberwał, bo chłopak naprawdę mnie nienawidzi i udowodnił to kilka razy.

Przeczuwałem, co się stanie? To był jeden z tych momentów, kiedy wszystko w nas krzyczy, by czegoś nie robić, bo źle się to dla nas skończy? Tylko jak to się odnosi do relacji z facetami? Mamy intuicję, to jedna kwestia. I mamy obawy, bo jesteśmy zranieni, to druga. Nie umiemy zaufać, boimy się. Tyle że nie umiemy zobaczyć tej cienkiej granicy, którą często łatwo przekraczamy. Niestety przekroczyłem ją i ja. Nic nie mówiłem Mikołajowi o moich podejrzeniach, bo jednak czułem, że to tylko moja paranoja, że znowu wyjdę na przewrażliwionego. Wtedy stało się coś dziwnego - w czwartek napisał, że blokuje swoje konto na Fellow, bo doszedł do wniosku, że uzależnił się od tego portalu. Myślami cały czas tam był, nawet gdy wracał z pracy samochodem, to i tak już sprawdzał, kto do niego napisał. Rozmawiał z wieloma chłopakami, a gdy z jednym się spotkał, ten był tak zestresowany, że Mikołaj musiał go odwieźć do domu. Wiecie, zaakceptowałem nawet to - że jest tam, bo musi zaspokoić swoje potrzeby. Czułem się jak śmieć, gdy się na to zgadzałem (znów nie bez kłótni), ale ustąpiłem i prosiłem, by tylko mi o tym nie mówił, gdy się z kimś spotka, bo to dla niego i tak nic nie znaczy, widzi ich, robią co trzeba i koniec, nigdy więcej się nie spotykają. A ja z moją chorobliwą zazdrością przeżywałbym to bardzo mocno.

W każdym razie, gdy powiedział, że zrywa z Fellow, nawet z drugim kontem, o którym sobie przypomniał i na które zaczął wchodzić, przez chwilę się ucieszyłem. Nie robił tego dla mnie, ale robił w ogóle i to się liczyło. Znikał z tego portalu, o czym marzyłem od dłuższego czasu. I po chwili radość gdzieś ustąpiła miejsca nowym obawom. Co jeśli domyślił się, że odkryłem jego drugie konto i to tylko taki teatrzyk, by uśpić moją czujność? Co jeśli to tylko kolejne zagranie, kolejna gra, której zasad nie znam? Co jeśli tak tylko pieprzy i za chwilę tam wróci, bo nie wytrzyma bez Fellow, jak wielu z nas? Wtedy zrozumiałem, że sam się pogrążam. Przez brak zaufania sam wymyślam sobie problemy. Nie ma go na Fellow - powinienem się cieszyć, a nie zamartwiać i tworzyć kolejne obawy. Powinienem zapomnieć o tamtym podejrzeniu, bo właśnie tym tylko jest, podejrzeniem, na dodatek bez żadnych podstaw. Tylko brak zaufania czy może jeszcze paranoja?

To takie kretyństwo, przez nasz strach niszczymy wiele. Sami z siebie. Niecierpliwie czekamy na dowód jego niewierności czy chęci zranienia nas. Niektórzy zakładają fałszywe profile na Fellow, by pisać do chłopaków, z którymi zaczynają kręcić, by sprawdzić, czy ci umówią się z innymi. Czy dla innych będą milsi, ciekawsi. Czy innym powiedzą to, czego nigdy by im nie powiedzieli. Robimy się podejrzliwi i sprawdzamy, kiedy logował się na Fellow i dlaczego nam w tym czasie nie odpisał. Czy spotyka się z innymi? I jest coś takiego jak mierzenie go własną miarką. Sami to robimy, sami spotykamy się z innymi, robimy co chcemy, dlatego później wpadamy w paranoję, że on robi dokładnie to samo, co my. I po jaką cholerę to wszystko? Gdy będziemy mieli dowód, staniemy się szczęśliwsi? To takie myślenie w stylu: No niech już wreszcie coś odpierdoli, miejmy to z głowy! Fakt, istnieje coś takiego jak strach przed nieznanym, a gdy wreszcie wiemy w czym rzecz, możemy poczuć się spokojniejsi. Bo przeczuwaliśmy, że coś jest na rzeczy, a teraz mamy czarno na białym i wiemy, co to jest. Teraz wiemy, czego się obawialiśmy. Jest zwykłym gnojem, tak jak podejrzewaliśmy od samego początku. Możemy zejść ze straży.

A co jeśli to wszystko można o dupę potłuc? Co jeśli sami to na siebie ściągamy? Co z siłą pozytywnego myślenia? Co z zasadą "miej wyjebane, a będzie ci dane"? Czy już zawsze będziemy się bać? Czy zawsze będziemy musieli się upewniać, że jemu wciąż na nas zależy, bo jak tylko odwrócimy się na chwilę czy spuścimy go z oczu, zrani nas w najpaskudniejszy sposób? Dlaczego uważamy, że nie możemy stracić czujności? Czy naprawdę wszyscy w pewnym wieku stają się zwykłymi popaprańcami niezdolnymi do normalnych uczuć, zaufania i cierpliwości? Nasze obawy ciągną nas na samo dno. Dziwny jest ten świat, a o ileż byłby piękniejszy, gdybyśmy czasem jednak zapominali o przeszłości i nie niszczyli nią sobie teraźniejszości i przyszłości.


Komentarze

  1. Intuicja. Składanie obietnic. Zaszyfrowane wskazówki mogące tylko dać coś do zrozumienia ale pamiętaj że bez dowodów nie możesz wyprzedzać faktów. Może więcej cierpliwości? Sam nie wiem. Pokomplikował mi myślenie ten wpis, bo zacząłem zastanawiać się nad podobieństwami. No i! Skoro wszędzie jest tak samo i za każdym razem tak samo się kończy, to po co jest ta ciągła nadzieja, że za kolejnym razem będzie inaczej? Oj Panie Autor. Zdołował mnie Pan! I po co? Dzięki za dołowy dzień...:( (cry)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nadzieja musi być, zawsze. Przede wszystkim nie można za dużo myśleć i sobie dopowiadać :-) To nas pogrąża, moim zdaniem najbardziej. Czepiamy się strzępków, które tak naprawdę nie mają znaczenia, a ignorujemy ogromne neonowe znaki, które jasno mówią, jak to wszystko wygląda. Choć wiem, że kilka razy jeszcze się sparzę, muszę próbować dalej. Nie widzę innej opcji.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

20. Nic się nie stało, a zdarzyć miał się cud.

6. Jesteś - a więc musisz minąć.

29. Zmęczenie materiału.