33. W paszczy lwa.
![]() |
| źródło pierwotne: juliuszlewandowski.deviantart.com |
As the banks began to break
And I'm in the throes of it
Somewhere in the belly of the beast
But you took your toll on me
So I gave myself over willingly
Oh, you got a hold on me
I don't know how I don't just stand outside and scream
I am teaching myself how to be free
And people just untie themselves
Uncurling lifelines
If you could just forgive yourself
But still you stumble, feet give way
Outside the world seems a violent place
But you had to have him, and so you did
Some things you let go in order to live
While all around you the buildings sway
You sing it out loud: WHO MADE US THIS WAY?
I know you're bleeding, but you'll be okay
Hold on to your heart, you'll keep it safe
Hold on to your heart, don't give it away
Florence and the Machine - Various Storms&Saints
Nie mogę mówić za wszystkich, ale chyba wielu z nas lubi sobie coś wyobrażać. Planować. Tworzyć w głowie scenariusze wydarzeń. Takich, które mają nadejść w niedalekiej przyszłości i takich, które nigdy nie nadejdą, bo istnieją tylko w wyobraźni. Pisałem na początku tego... hmm... sezonu, że po całym poprzednim roku zostały mi w głowie trzy nauki. Teraz wiem, że doszła i kolejna: Nigdy nie stanie się tak, jak to sobie zaplanowałem. Nigdy. Zawsze pójdzie coś inaczej, nie tak, coś się spieprzy, coś nagle wyskoczy. Być może jest tak głównie dlatego, że za to co dzieje się wokół nas i w naszym życiu odpowiadamy tylko w jakiejś części. Nigdy nie będziemy za to odpowiadać w całości, na przykład w takich związkach dzielimy się po połowie. Moglibyśmy mieć na to większy wpływ, bo przecież to my sami jesteśmy swoimi problemami i sami jesteśmy ich rozwiązaniami, ale czy jest chociaż jedna osoba, która potrafi to zrozumieć i wprowadzić tę mądrość w życie? Znajdźcie mi taką.
Co tu dużo mówić, ja to uwielbiam. Do tego stopnia, że kiedyś ktoś mi powiedział, że chyba by zwariował, gdyby miał tyle wizji alternatywnej rzeczywistości i wiecznego myślenia, co by było gdyby... Wydaje mi się, że ludzie robią to głównie przed snem. Próbują zasnąć i wyobrażają sobie różne historyjki, że w sklepie czy na ulicy wpada na nich miłość życia, oczywiście wyglądająca jak z żurnala. A gdy w głowie siedzi jakiś chłopak, to on jest główną gwiazdą tych sennych miłości. Wyobraźnia podsuwa miłe chwile, które moglibyśmy z nim spędzić, na dodatek w tych wizjach zawsze jest w nas zakochany bez pamięci, wpatrzony. Nosowska w swoim repertuarze ma piękną piosenkę o tym zjawisku, jest to Faza delta: Spać, przespać rok, siedem lat. Łubinowe pola, chabry śnić, bo tu nic, tylko śmierć, usychanie tkanek, rozpacz, że nie kochasz mnie. Płynę tratwą na drugi rzeki brzeg, tam ulegasz mi, wśród matowych, rozgrzanych traw. Morfeusz - nasz patron, czuły swat. Tak jest, życie nas nie rozpieszcza, więc sami to robimy, choćby i w taki niegroźny sposób, marząc. Bujna wyobraźnia czasem pomaga, ale kiedy chodzi o sprawy sercowe, może jedynie zaszkodzić. Szczególnie, gdy ta relacja wypływa z internetu. Czuję się w tym momencie jak reżyser, który właśnie postanowił nakręcić którąś z kolei część tego samego filmu, zgadniecie pod jakim tytułem? Podpowiem - kojarzy się z szóstym grudnia. Mam tylko ogromną nadzieję, że jest to część ostatnia. Błagam, niech tak będzie...
Wrocław to dla mnie przeklęte miasto. Piękne, bardzo przeze mnie lubiane, ale bez wzajemności, niestety. To tam wydarzyła się cała historia z P., tam mieszka Mikołaj. Od jakiegoś czasu ciągle mnie prześladuje. Dawniej było dla mnie jedynie miejscem, w którym nakręcono Świat według Kiepskich, później natomiast było obecne w moim życiu na każdym kroku. Dzieli mnie od niego jakieś pięćset kilometrów, a wciąż mogłem gdzieś o nim poczytać, usłyszeć. Idę ulicą i widzę na ścianie jakiegoś budynku napis spray'em - Wrocław. Koleżanka tam jedzie. Facet przyjaciółki tam mieszka. Koleś, z którym chciał mnie swatać znajomy, zamieszkał tam na stałe. Wrocław, Wrocław, Wrocław. Sam na siebie to ściągam myślami? Chciałem zatrzeć złe wspomnienia, dlatego uknułem malutką intrygę. Dziecinną, śmieszną wręcz. Byłem święcie przekonany, że czyta te wpisy, że z nich dowie się, kiedy przyjadę do HaHu, a wtedy również się tam zjawi. Tak to sobie wymyśliłem - zaplanowałem niezaplanowane spotkanie. Przypadkowe. Z ogromną dawką alkoholu, który rozwiązuje język i sprawia, że mówimy to, co myślimy naprawdę, puszczają nam wtedy hamulce, wyciągamy z tyłka sztywny kij. Wiecie jak to mówią, jeśli chcesz poznać prawdziwą naturę faceta, musisz go zobaczyć po pijaku, a najlepiej, gdy jest na ciebie wtedy wkurwiony. Na to liczyłem. Z moim życiowym szczęściem oczywiście musiałem się przeliczyć, ale... nie wyprzedzajmy.
Tak się złożyło, że od pewnego czasu rozmawiałem z jednym chłopakiem. Od razu wydał mi się lekkim dziwakiem ociekającym ironią i szyderstwem, ale mimo tego, a może właśnie dlatego, dobrze się dogadywaliśmy. Należy do nielicznej grupy osób cholernie inteligentnych, których nie poznamy po kilku słowach w opisie czy jednej rozmowie. Nie pamiętam już, od czego to się zaczęło, ale postanowiliśmy, że spotkamy się, gdy przyjadę do Wrocławia. Ucieszyłem się, bo w końcu jechałem tam sam, a miałem spotkać Mikołaja. Bez jakiejkolwiek zbroi w postaci przyjaciół czy znajomych, którzy stanowiliby dla mnie też swego rodzaju poduszkę powietrzną w razie nagłego zderzenia z ziemią. Pamiętajcie, że w takich chwilach warto mieć ich pod ręką. Tak na zapas, bo nie wiemy, co się stanie. Szyderca uwielbiał wyśmiewać te moje miłostki i wieczne dramaty, dowiedział się o moich planach dotyczących HaHu i od razu doradził mi, bym spotkał się z Mikołajem jak człowiek, na piwo czy kawę. Wszystko sobie przemyślałem i doszedłem do wniosku, że jest to dobry pomysł, ale raczej nie starczyłoby mi odwagi... a raczej duma by mi nie pozwoliła. Pozwoliła jednak na coś bardziej w moim stylu - napisałem do niego.
Poinformowałem, że jakoś pod koniec października zjawię się we Wrocławiu, by obejrzeć ten słynny HaH, że miałem go wyciągnąć na kawę, by pogadać jak ludzie, ale do tego nie dojdzie, w takim razie w formie pisanej przekazuję, co chciałem mu powiedzieć. Przeprosiłem za moje jazdy, podziękowałem za miłe chwile i poprosiłem, by mnie źle nie wspominał, gdy komuś będzie o mnie mówił czy po prostu o mnie pomyśli, by nie robił tego z pogardą. Na koniec życzyłem szczęścia i powodzenia. Podziękował, stwierdził, że może uda nam się na siebie wpaść w klubie, a jeśli nie, to widocznie nie było nam pisane. Również życzył mi powodzenia, przyznał, że nie miałem z nim lekko, że stał się takim odludkiem pozbawionym empatii, bo to zwyczajnie jest dla niego bezpieczne. Po chwili jednak dodał, że chciałby mnie tam spotkać, ponieważ to świetna okazja do szczerej rozmowy. Moment gadki o tym, jakie to wszystko między nami było chujowe, aż wreszcie wprost zapytał, kiedy przyjadę, że jeśli nie będzie wtedy mógł przyjść na imprezę, to chociaż jakiś spacer czy szybka kawa na mieście. Stwierdziłem, że w grę wchodzą dwie soboty, więc po kilku dniach dopytał o termin. Przy okazji chciał chyba się rozgadać i poopowiadać o tym, co u niego się działo. Nie umiałem, nie chciałem, czułem, że nie powinienem, więc przerwałem rozmowę, spiesząc się niby na uczelnię.
Nadeszła wreszcie pamiętna sobota. Osiem godzin w pociągu to mój ulubiony fragment tej opowieści. Ciągłe siedzenie na tyłku, na dodatek w towarzystwie różnych ludzi, wsiadających i wysiadających na zmianę. Punktem kulminacyjnym tej podróży była cyganka, która chyba w Katowicach wsiadła z torbą wielkości szafy, bobasem pod jedną ręką i pięciolatką pod drugą. Do tego dnia nie wiedziałem, że jestem nietolerancyjny. Nie rozumiem dlaczego, ale starsze dziecko sprawiało wrażenie wytresowanego do kradzieży, było wszędzie, głośne i krzyczące do matki i bobasa. Gdy wszedł konduktor, by sprawdzić bilety nowym podróżnym, kobieta wyjęła bezceremonialnie cyca i zaczęła karmić maleństwo. Mężczyzna spojrzał tylko na to i nie odezwał się do niej nawet słowem. Niezły sposób na jazdę na gapę, prawda?
Wróćmy jednak do gejów. Mój szyderczy przewodnik miło zaoferował, że odbierze mnie z dworca. Niestety nie wymieniliśmy się numerami, nasz kontakt opierał się na Fellow. Opuściłem piękny, żółtawy dworzec, a wtedy odczytałem od niego wiadomość, w której poinformował, że czeka na mnie przy moim peronie. Potem postanowił, że spotkamy się wewnątrz, pod KFC. Chwilę odczekałem, aż wreszcie wyszedł stamtąd, niosąc dwie kawy. Zrobiło mi się jeszcze bardziej miło. Mikołaj oczywiście nawet słowem nie pierdnął, że mnie odbierze z dworca. Nawet nie powiedział, że nie może tego zrobić z jakiegoś powodu. Od razu rzuciło mi się to w oczy, taki paradoks, że więcej dobroci okazał mi zupełnie obcy człowiek, a ten, któremu bądź co bądź poświęciłem ponad pół roku, miał mnie głęboko gdzieś.
A tak po ludzku czy też w innej formie: Po czynach ich poznacie, nie po słowach. Gdy on przyjechał do mnie w czerwcu, odebrałem go z dworca i po wszystkim odwiozłem tam z powrotem. Gdy ja przyjechałem do Wrocławia, postanowił jedynie przypomnieć mi swój numer telefonu, którego od jakiegoś czasu już nie miałem, zagadując, gdy byłem jeszcze w pociągu. Tyle. Choć ocenianie ich po ich zachowaniu, nie słowach, jest dość trudne, bo ma to dwie strony, tak jakby. Z jednej, wiadomo, mogą mówić, że nas lubią, że im się podobamy, że nas kochają, ale unikają spotkań, szukają wymówek. Powtarzają, że nic się nie zmieniło między nami, a mimo tego intuicja podpowiada, że oni się odsunęli, że to zmierza ku końcowi, że tego nie da się odratować, bo z ust wypadają piękne słowa, ale wyczuwamy rękę z wysuniętym w naszą stronę nożem. Z drugiej, mogą mówić wprost, że im się nie podobamy, że nic z tego nie będzie, ale spokoju nie dadzą. Będą o sobie przypominać. Będą wpadać do nas na filmy albo zapraszać do siebie. Będą szukali okazji do spotkań. Po cholerę, jeśli nic z tego nie będzie? Nie chcę cię, ale nie uwolnisz się ode mnie. Uwielbiają sobie przeczyć, a my przez to nabieramy złudnej nadziei lub odwrotnie, doszukujemy się podstępu. Kiedyś chyba już napisałem to zdanie, ale chętnie je teraz powtórzę: Ludzie to popierdolone istoty.
Udałem się z moim przewodnikiem do hotelu, który znajduje się nieopodal dworca i HaHu jednocześnie, właściwie na tej samej ulicy, kilkadziesiąt metrów dalej. Zostawiłem torbę i po chwili mogliśmy ruszyć na miasto. Ach, Wrocław. Dla wielu jest przereklamowany, dla mnie to cholernie miła odmiana po Lublinie. Ludzie atrakcyjniejsi, wspaniała architektura. I to cudowne uczucie, że zwiedzając centrum, nikogo znajomego nie spotkam, mogę iść rozluźniony i spokojny, bez strachu, że później jakiś facet na Fellow mi napisze, że mnie widział tu i tu. W obcych miastach natychmiast opuszcza mnie to spięcie, które w Lublinie towarzyszy mi na każdym kroku. Od razu też wróciły wspomnienia. Pamiętne spacery z P. i jego nieudolne próby zabawy w przewodnika. Te emocje, które mi towarzyszyły wtedy i po całej historii, a także pustka teraz, zero sentymentów i smutku. Czas uleczy wiele ran, choć łatwo o tym zapomnieć w chwili kryzysu. Mało kto z nas potrafi myśleć długodystansowo, robić coś dla siebie, by zebrać tego owoce w przyszłości, być może nawet odległej.
Lubię sobie planować pewne rzeczy. Planowałem i wyobrażałem sobie, jak cudownie będzie w tym HaHu, ja wystrojony i otoczony Mikołajem, przewodnikiem i stadem ciach, jakich w Lublinie próżno szukać. Tak się składało, że wypadało wtedy Halloween, a więc HaH postanowił zrobić z tej okazji imprezę tematyczną. Zorganizowano nawet konkurs na najlepsze przebranie, gdzie nagrodą były pieniążki. Domyślałem się więc, że geje, tak skorzy do bycia wyjątkowymi i oryginalnymi, przyjdą tam wystrojeni w najbardziej wymyślne kreacje. Ja oczywiście przebrać się nie mogłem, w końcu musiałem wyglądać poważnie podczas spotkania z Mikołajem. By jednak nie odstawać za bardzo ale i być wyjątkowym, innym od całej tej zbieraniny, kupiłem sobie czarną maskę zakrywającą okolice oczu. Coś jak na karnawale. W połączeniu z białą koszulą zapiętą pod samą szyję wyszło zgrabnie i skromnie. Niepozornie. Inaczej.
Jakie było moje zdziwienie i rozczarowanie, gdy po dotarciu do pozornie głównego celu mojej podróży zobaczyłem całe stado gejów z małymi maskami na twarzach. Pocieszała mnie tylko myśl, że moja maska przynajmniej była taka, jak planowałem, zwykła, prosta, u nich natomiast częste były cekiny, wstążeczki, piórka i inne pierdalanse, na których widok chciało mi się śmiać. Z oryginalnością nie wypaliło, jednak maska swoje robiła, widziałem kilka spojrzeń, które całkowicie zignorowałem, bo chwilę po naszym przybyciu zjawił się też Mikołaj. Długo wyczekiwane drugie spotkanie, przez które olałem całe otoczenie. Spokojnie, powtórzyło się to, co było za pierwszym razem. Planowane fajerwerki były tylko małymi, zamoczonymi petardami, które nawet podpalić się nie chciały. Od razu przypomniałem sobie, jak moje wyobrażenie różni się od realnego wizerunku tego chłopaka. Król w telefonie, na żywo najzwyklejszy chłopak w świecie. Jakby onieśmielony, zawstydzony, sztywny. Nic nie wyszło z planowanej poważnej rozmowy, warunki ku temu nie sprzyjały.
Zjawił się z jakimiś znajomymi, dziewczyna i wymalowany chłopak z nieśmiertelnikiem na szyi. Gdy staliśmy we czwórkę na parkiecie, Mikołaj tak złapał blaszkę palcami i jakby się wdzięczył do owego chłopaka. W tamtej chwili miałem ochotę bardzo ciasno, najmocniej jak tylko się da, obwiązać ich szyje tym metalowym wisiorkiem. Ciągle ktoś do niego podchodził, by się przywitać. Gdy tańczyliśmy w małej grupce, nie zwracaliśmy na siebie uwagi. Gdy tańczyłem z przewodnikiem i jego znajomymi, a Mikołaj kilka kroków dalej, kilka razy widziałem, jak zerka w moją stronę. Gdy poszliśmy razem na fajkę do drugiej sali, ktoś go zawołał, a ten mnie zostawił samego. W całym tym tłumie ciężko było mi go znaleźć. Osiem godzin w pociągu cholernie mnie wymęczyło, dlatego sześć piw zadziałało jak nigdy. Nie miałem siły na żadne cyrki czy wytężone tańce. To był ogromny błąd, przyjazd i wizyta w HaHu tego samego dnia.
A jak sam klub? Na zdjęciach wydawał się dużo większy. Kiczowate kolumny na środku głównego parkietu, sterty liści na podłodze, by podtrzymać klimat Halloween, nieustannie tłuczone kufle i kieliszki, których kawałki chrzęściły mi pod butami, a ich zawartość tworzyła nieprzyjemną papkę, no i geje. Tak, byli cholernie przystojni. Wręcz boscy. Śliczni i wymuskani chłopcy, twardziele w obcisłych koszulkach, by uwidaczniały ich cudne mięśnie. Stadka brzydactw liczących na cud czy też zaburzenia percepcji spowodowane dużą dawką alkoholu. Jednak przyznam, że wszyscy dla mnie byli identyczni, jak Chińczyki. Prawie każdy najpiękniejszy, najlepiej ubrany, tak różny od reszty, a przez to tylko się do niej upodabniający. Nie zobaczyłem tam ani jednej twarzy, która na dłużej utkwiłaby mi w pamięci. To wina alkoholu i zmęczenia albo fakt, że otoczony byłem stadem malowanych ptaków. Niestety dla nich, ten efekt działa tylko wtedy, gdy taki malowany ptak jest otoczony szarymi pobratymcami. Nie innymi pstrokatymi pawiami, od których tam się roiło.
Czytałem gdzieś, że są tam trzy parkiety, że jest i darkroom. Ach, jak ja chciałem go zobaczyć. Sprawdzić, zerknąć choćby i na sekundę, jak to tam wygląda. Jaka atmosfera tam panuje. Niestety muszę Was zawieść, prawie wcale nie zwiedziłem tego klubu. Lawirowałem między dwoma parkietami, tradycyjnie unikałem kontaktu wzrokowego z każdym i czułem coraz szybciej mknący helikopter w mojej głowie. Mikołaj gdzieś zniknął, a nie miałem siły go szukać, udałem się więc do szatni, by odebrać kurtkę. Stał tam za mną jakiś olbrzym, chyba nawet przystojny. Miałem wrażenie przez chwilę, że zaraz na mnie wejdzie albo zmaca, tak napierał na moje plecy, choć nie było tam wcale ciasno. Niestety - przez te wszystkie wydarzenia nawet nie spojrzałem na dużego bydlaka. Nie poznałem tam nikogo, ale może to i lepiej. Strach pomyśleć, co by się stało, gdybym zaciągnął jakiegoś byka do mojego hotelu.
Napisałem Mikołajowi, że wychodzę, więc wyszedł zaraz za mną. Po chwili wrócił do szatni, nie wiem po jaką cholerę, ale przy okazji spotkałem mojego przewodnika, z którym mogłem się pożegnać. Znów wyszliśmy na zewnątrz, a wtedy dołączyli też znajomi Mikołaja. Lasce coś się stało z torebką, poszła rączka czy inny bzdet, który miał wtedy dla mnie takie znaczenie, jak rozdeptana mrówka. Stali na schodach, ja na dole. Czekam, ale dalej tam gadają i przeżywają tę torebkę. Odwróciłem się wobec tego i ruszyłem w stronę hotelu, chcąc jak najszybciej zasnąć. Przeszedłem kilka kroków, gdy usłyszałem jakiś cichy głos za mną, ale nie przywiązałem do niego wagi, nie zrozumiałem, że to mnie ktoś woła. Odwróciłem się, gdy usłyszałem go po raz drugi. To Mikołaj za mną szedł. Nie potrafię sobie przypomnieć, o czym wtedy mówiliśmy. Alkohol, który miał być dla mnie ratunkiem tej nocy, okazał się największą zgubą. Bywa i tak. Odprowadził mnie pod samo wejście do hotelu, pożegnaliśmy się i wrócił do klubu.
Seks. Wielokrotnie o tym myślałem, łudząc się, że gdyby do niego doszło, miałbym tego chłopaka z głowy. Wierząc, że to mi pomoże się od niego uwolnić, że raz na zawsze będę mógł o nim zapomnieć. Wiecie, jak to zazwyczaj u mnie bywało. Jednak to były inne przypadki, faceci, których ledwo poznałem, działo się to wtedy za szybko, dlatego później nie chciałem ich znać. On jest wyjątkiem, dlatego zrozumiałem, że gdybyśmy wylądowali w łóżku, całkiem już bym przepadł. Nie byłoby dla mnie ratunku. Nie zaproponowałem mu, by wszedł tam ze mną, on też się nie wpraszał. Tak chyba było najlepiej. Dlaczego nie skorzystał z okazji? Wyjaśnił mi to w czerwcu, ale wtedy tego nie rozumiałem. Mówił wtedy o szacunku, o tym, że traktuje mnie inaczej, niż ci wszyscy faceci, którzy robili do mnie maślane oczy, a kilka dni później "zakochiwali się" w kimś innym. Z moją asertywnością i wpatrzeniem w niego, pewnie bez problemu mógłby to doprowadzić do łóżka. Nie robił tego jednak, wiedząc, że mi zależy na czymś głębszym, czymś więcej. Być może bał się też, że to wszystko między nami zepsuje... ale przecież nie można zepsuć czegoś, co nie istnieje.
Napisał później, że szkoda, że tak krótko byłem. Gdy stamtąd wyszedł napisał też, bym dał mu znać, kiedy wstanę, by się nie martwił. Odezwał się znów, gdy jechałem już do siebie pociągiem. I tak to ma wyglądać? Powtórka z rozrywki? Po raz srylionowy to samo? Na co zdały się te wszystkie nerwy, te wszystkie końce, te słowa, którymi tak tutaj szastałem? Wszystko już napisałem na ten temat. Wszystko też już słyszałem od przyjaciół i znajomych. Czuję się jak skończony debil, jak bezmózg, który pozwala sobą manipulować. Nic z tego nie będzie. Obudź się. Zrozum to wreszcie. Nic z tego nie będzie. On cię nie chce. Pogódź się z tym i uwolnij się od niego. Nic z tego nie będzie! A i tak jest ta nadzieja. Nadzieja, że coś się zmieni. To jak choroba psychiczna.
W pociągu byłem przekonany, że to koniec, że nie mogę dopuścić do kolejnej próby. Wtedy czułem smutek. Nawet oczy mi się trochę zaszkliły, więc oczywiście w tym momencie obok mojego przedziału musiał przejść konduktor - od razu się zawstydziłem. Wtedy się odezwał i zaczęliśmy pisać. Wiecie co zastąpiło smutek? Stres. To nieodłączny element tej relacji. Nie umiem tego wyjaśnić, nie znam tego przyczyny, ale tak jest cały ten czas. Może chodzi o to, że mu nie ufam, nie wierzę. W tym miejscu pojawiło się kilka dróg. Jedna prowadzi do wolności. Towarzyszą jej piosenki takie jak These boots are made for walkin' Nancy Sinatry. Roar Katy Pery. Shut up and let me go The Ting Tings. Wolność, niezależność. Nie chcesz mnie, więc znikaj. Te buty są stworzone do chodzenia, a któregoś razu przejdą się po tobie. Usłyszysz mój ryk, będzie jak grzmot. Gnębiłeś mnie, ale się podniosę. Daj mi odejść, to boli. Nie wariuję, nie zmyślam tego, ostatni raz mnie masz. Łatwo ci przeszedłem, czas iść do przodu.
Jest i druga droga. Nadzieja i piosenki Florence. Przepełnione smutkiem, ale dające wiarę. Wbrew wszystkim, którzy krzyczą, że jestem głupi, silna chęć skopania im tyłków, pokazania, jak się mylą, jak wyjdzie na moje. To w końcu moje życie, to ja je przeżyję, nie oni. To ja wiem najlepiej, co robić. I jest trzecia. Najtrudniejsza. Kumpel z nadzieją, że pojawi się ktoś nowy, a ja będę mógł zapomnieć. By zmienił się dla mnie w drugiego P., drugiego Michała. Droga pełna gierek, podchodów, udawania, czekania, zgrywania się. Nie lubimy gierek w takich chwilach. Pojawia się to odwieczne pytanie - on to robi specjalnie czy nieświadomie? Czy on zdaje sobie sprawę z tego, jak się zachowuje? Czy to jest jakiś chory plan, który ma do czegoś doprowadzić?
Miałem ogromną szansę, by to skończyć raz na zawsze. Zmarnowałem ją, a nawet więcej, on znów jest obecny w moim życiu. Tyle pytań, tyle wątpliwości. Choć może on jest jak chłopak, który wsiadł do mojego przedziału jakoś w Radomiu, kiedy wracałem do Lublina. Nasze spojrzenia spotkały się, gdy jeszcze stał na peronie, po chwili mnie odwiedził, przywitał się. Spojrzałem na niego tak przelotnie, nie chciałem się wgapiać, poza tym po chwili wsiedli jego dwaj koledzy. Cała trójka usiadła przede mną. Trzej ogromni faceci, chyba jacyś sportowcy, bo mieli te takie torby, jak na siłownię czy jakieś zawody. Pierwszego widziałem kątem oka, wydawał mi się wtedy boski. Na dodatek jego głos... tak męski i niski, jakby mówił penisem. W tamtym momencie nie myślałem o Mikołaju, to była jedna z tych chwil, gdy myślimy jasno. Wtedy w końcu zerknąłem na owego chłopaka, przyjrzałem mu się dokładnie po raz pierwszy. Okazało się, że wcale nie jest taki boski, nie jest taki duży. Z twarzy przeciętny, nogi nie zrobiły na mnie wrażenia. Gdy spojrzałem na niego tak trochę przenikliwie, okazał się zwyczajnym chłopakiem, aż sam się sobie zdziwiłem, że mógł mi się wydawać taki wspaniały. Może więc nadszedł czas, bym lepiej się przyjrzał Mikołajowi. Boję się jednak, że to co zobaczę, wcale mnie nie uwolni, ale pogrąży jeszcze bardziej.
To najbardziej popieprzony rodzaj relacji. Wielu z Was to zna. Jeden wkręcony w drugiego, który ma to gdzieś. Sam to wielokrotnie przerabiałem. Jednak gdy nic nie poczułem do jakiegoś chłopaka, zrywałem z nim kontakt, odcinałem się od niego. Wiedziałem, że dalsza znajomość niby na kumpelskich zasadach nie byłaby dla niego dobra, bo by się męczył. Posmuci się, poprzeżywa, ale w końcu się wyleczy. Tak się zazwyczaj robi, prawda? Ale są wyjątki. Gnoje, którzy doskonale wiedzą, jak działają na swoje ofiary, wiedzą, że nic do nich nie poczują, wiedzą, że tamci się męczą, ale mają to gdzieś. Bladego pojęcia nie mam, czy oni są zwyczajnie w świecie podli i wyrachowani czy głupi. Nic nie poczują, bo przecież nie zmuszą się do tego, to zrozumiałe. Powinni więc puścić wolno tę drugą osobę, by zapomniała, by się wyleczyła z tego obłędu, by za jakiś czas mogła poznać kogoś nowego. Oni jednak wolą tego nie robić, lubią mieć przy sobie tego wkręconego biedaka. Dlaczego? To egoizm? Chęć poprawienia sobie samopoczucia? Bezpieczeństwo, bo mogą robić co chcą, ale i tak wiedzą, że mają tego swojego skrzata, który będzie czekał? On w tym momencie jest chory psychicznie, nie myśli jasno. Raz się wkurwi, a raz zapomni i zatęskni, a wtedy łatwo przebaczy i zechce spróbować jeszcze raz. On nie chce poznawać nikogo nowego, bo jest zadurzony w tym swoim gnojku. Nikt nie jest dla niego tak atrakcyjny, jak on. Nikt tamtemu nie dorówna. W takich relacjach jeden jest pizdą, drugi skurwielem. To szaleństwo.
A co, jeśli nie tylko? Co, jeśli to najdoskonalszy system obronny takiej ofiary, tego wkręconego chłopaka? Podświadomie wybieramy niedostępnych facetów, bo wiemy, że nigdy z nimi nie będziemy, że nie dojdzie do punktu kulminacyjnego. Spoko, teraz mnie rani, ale nie tak, jak mógłby to zrobić, gdybyśmy byli razem, na poważnie, na zawsze. Teraz jest słabo, bo ni w tę ni we w tę, ale ten ból, który czuję teraz, jest niczym w porównaniu z tym, który poczułbym, gdybym całkiem mu się oddał. Gdybym całkiem się przed nim odsłonił, pozbawił ostatniej tarczy. Wtedy stałbym się przed nim bezbronny, nagi, mógłby mnie zranić w najpaskudniejszy sposób. W pewnym sensie w takiej relacji jestem bezpieczny. W pewnym sensie to nawet wygodne. Może sobie celować we mnie broń cały czas, ale nic mi nie zrobi, dopóki nie dam mu amunicji.
Nadeszła wreszcie pamiętna sobota. Osiem godzin w pociągu to mój ulubiony fragment tej opowieści. Ciągłe siedzenie na tyłku, na dodatek w towarzystwie różnych ludzi, wsiadających i wysiadających na zmianę. Punktem kulminacyjnym tej podróży była cyganka, która chyba w Katowicach wsiadła z torbą wielkości szafy, bobasem pod jedną ręką i pięciolatką pod drugą. Do tego dnia nie wiedziałem, że jestem nietolerancyjny. Nie rozumiem dlaczego, ale starsze dziecko sprawiało wrażenie wytresowanego do kradzieży, było wszędzie, głośne i krzyczące do matki i bobasa. Gdy wszedł konduktor, by sprawdzić bilety nowym podróżnym, kobieta wyjęła bezceremonialnie cyca i zaczęła karmić maleństwo. Mężczyzna spojrzał tylko na to i nie odezwał się do niej nawet słowem. Niezły sposób na jazdę na gapę, prawda?
Wróćmy jednak do gejów. Mój szyderczy przewodnik miło zaoferował, że odbierze mnie z dworca. Niestety nie wymieniliśmy się numerami, nasz kontakt opierał się na Fellow. Opuściłem piękny, żółtawy dworzec, a wtedy odczytałem od niego wiadomość, w której poinformował, że czeka na mnie przy moim peronie. Potem postanowił, że spotkamy się wewnątrz, pod KFC. Chwilę odczekałem, aż wreszcie wyszedł stamtąd, niosąc dwie kawy. Zrobiło mi się jeszcze bardziej miło. Mikołaj oczywiście nawet słowem nie pierdnął, że mnie odbierze z dworca. Nawet nie powiedział, że nie może tego zrobić z jakiegoś powodu. Od razu rzuciło mi się to w oczy, taki paradoks, że więcej dobroci okazał mi zupełnie obcy człowiek, a ten, któremu bądź co bądź poświęciłem ponad pół roku, miał mnie głęboko gdzieś.
Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami. Poznacie ich po owocach. Czy zbiera się winogrona z ciernia, albo z ostu figi? Tak każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, a złe drzewo wydaje złe owoce. Nie może dobre drzewo wydać złych owoców ani złe drzewo wydać dobrych owoców. Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone.
A więc: poznacie ich po ich owocach.
Mt 7, 15-20
A tak po ludzku czy też w innej formie: Po czynach ich poznacie, nie po słowach. Gdy on przyjechał do mnie w czerwcu, odebrałem go z dworca i po wszystkim odwiozłem tam z powrotem. Gdy ja przyjechałem do Wrocławia, postanowił jedynie przypomnieć mi swój numer telefonu, którego od jakiegoś czasu już nie miałem, zagadując, gdy byłem jeszcze w pociągu. Tyle. Choć ocenianie ich po ich zachowaniu, nie słowach, jest dość trudne, bo ma to dwie strony, tak jakby. Z jednej, wiadomo, mogą mówić, że nas lubią, że im się podobamy, że nas kochają, ale unikają spotkań, szukają wymówek. Powtarzają, że nic się nie zmieniło między nami, a mimo tego intuicja podpowiada, że oni się odsunęli, że to zmierza ku końcowi, że tego nie da się odratować, bo z ust wypadają piękne słowa, ale wyczuwamy rękę z wysuniętym w naszą stronę nożem. Z drugiej, mogą mówić wprost, że im się nie podobamy, że nic z tego nie będzie, ale spokoju nie dadzą. Będą o sobie przypominać. Będą wpadać do nas na filmy albo zapraszać do siebie. Będą szukali okazji do spotkań. Po cholerę, jeśli nic z tego nie będzie? Nie chcę cię, ale nie uwolnisz się ode mnie. Uwielbiają sobie przeczyć, a my przez to nabieramy złudnej nadziei lub odwrotnie, doszukujemy się podstępu. Kiedyś chyba już napisałem to zdanie, ale chętnie je teraz powtórzę: Ludzie to popierdolone istoty.
Udałem się z moim przewodnikiem do hotelu, który znajduje się nieopodal dworca i HaHu jednocześnie, właściwie na tej samej ulicy, kilkadziesiąt metrów dalej. Zostawiłem torbę i po chwili mogliśmy ruszyć na miasto. Ach, Wrocław. Dla wielu jest przereklamowany, dla mnie to cholernie miła odmiana po Lublinie. Ludzie atrakcyjniejsi, wspaniała architektura. I to cudowne uczucie, że zwiedzając centrum, nikogo znajomego nie spotkam, mogę iść rozluźniony i spokojny, bez strachu, że później jakiś facet na Fellow mi napisze, że mnie widział tu i tu. W obcych miastach natychmiast opuszcza mnie to spięcie, które w Lublinie towarzyszy mi na każdym kroku. Od razu też wróciły wspomnienia. Pamiętne spacery z P. i jego nieudolne próby zabawy w przewodnika. Te emocje, które mi towarzyszyły wtedy i po całej historii, a także pustka teraz, zero sentymentów i smutku. Czas uleczy wiele ran, choć łatwo o tym zapomnieć w chwili kryzysu. Mało kto z nas potrafi myśleć długodystansowo, robić coś dla siebie, by zebrać tego owoce w przyszłości, być może nawet odległej.
Lubię sobie planować pewne rzeczy. Planowałem i wyobrażałem sobie, jak cudownie będzie w tym HaHu, ja wystrojony i otoczony Mikołajem, przewodnikiem i stadem ciach, jakich w Lublinie próżno szukać. Tak się składało, że wypadało wtedy Halloween, a więc HaH postanowił zrobić z tej okazji imprezę tematyczną. Zorganizowano nawet konkurs na najlepsze przebranie, gdzie nagrodą były pieniążki. Domyślałem się więc, że geje, tak skorzy do bycia wyjątkowymi i oryginalnymi, przyjdą tam wystrojeni w najbardziej wymyślne kreacje. Ja oczywiście przebrać się nie mogłem, w końcu musiałem wyglądać poważnie podczas spotkania z Mikołajem. By jednak nie odstawać za bardzo ale i być wyjątkowym, innym od całej tej zbieraniny, kupiłem sobie czarną maskę zakrywającą okolice oczu. Coś jak na karnawale. W połączeniu z białą koszulą zapiętą pod samą szyję wyszło zgrabnie i skromnie. Niepozornie. Inaczej.
Jakie było moje zdziwienie i rozczarowanie, gdy po dotarciu do pozornie głównego celu mojej podróży zobaczyłem całe stado gejów z małymi maskami na twarzach. Pocieszała mnie tylko myśl, że moja maska przynajmniej była taka, jak planowałem, zwykła, prosta, u nich natomiast częste były cekiny, wstążeczki, piórka i inne pierdalanse, na których widok chciało mi się śmiać. Z oryginalnością nie wypaliło, jednak maska swoje robiła, widziałem kilka spojrzeń, które całkowicie zignorowałem, bo chwilę po naszym przybyciu zjawił się też Mikołaj. Długo wyczekiwane drugie spotkanie, przez które olałem całe otoczenie. Spokojnie, powtórzyło się to, co było za pierwszym razem. Planowane fajerwerki były tylko małymi, zamoczonymi petardami, które nawet podpalić się nie chciały. Od razu przypomniałem sobie, jak moje wyobrażenie różni się od realnego wizerunku tego chłopaka. Król w telefonie, na żywo najzwyklejszy chłopak w świecie. Jakby onieśmielony, zawstydzony, sztywny. Nic nie wyszło z planowanej poważnej rozmowy, warunki ku temu nie sprzyjały.
Zjawił się z jakimiś znajomymi, dziewczyna i wymalowany chłopak z nieśmiertelnikiem na szyi. Gdy staliśmy we czwórkę na parkiecie, Mikołaj tak złapał blaszkę palcami i jakby się wdzięczył do owego chłopaka. W tamtej chwili miałem ochotę bardzo ciasno, najmocniej jak tylko się da, obwiązać ich szyje tym metalowym wisiorkiem. Ciągle ktoś do niego podchodził, by się przywitać. Gdy tańczyliśmy w małej grupce, nie zwracaliśmy na siebie uwagi. Gdy tańczyłem z przewodnikiem i jego znajomymi, a Mikołaj kilka kroków dalej, kilka razy widziałem, jak zerka w moją stronę. Gdy poszliśmy razem na fajkę do drugiej sali, ktoś go zawołał, a ten mnie zostawił samego. W całym tym tłumie ciężko było mi go znaleźć. Osiem godzin w pociągu cholernie mnie wymęczyło, dlatego sześć piw zadziałało jak nigdy. Nie miałem siły na żadne cyrki czy wytężone tańce. To był ogromny błąd, przyjazd i wizyta w HaHu tego samego dnia.
A jak sam klub? Na zdjęciach wydawał się dużo większy. Kiczowate kolumny na środku głównego parkietu, sterty liści na podłodze, by podtrzymać klimat Halloween, nieustannie tłuczone kufle i kieliszki, których kawałki chrzęściły mi pod butami, a ich zawartość tworzyła nieprzyjemną papkę, no i geje. Tak, byli cholernie przystojni. Wręcz boscy. Śliczni i wymuskani chłopcy, twardziele w obcisłych koszulkach, by uwidaczniały ich cudne mięśnie. Stadka brzydactw liczących na cud czy też zaburzenia percepcji spowodowane dużą dawką alkoholu. Jednak przyznam, że wszyscy dla mnie byli identyczni, jak Chińczyki. Prawie każdy najpiękniejszy, najlepiej ubrany, tak różny od reszty, a przez to tylko się do niej upodabniający. Nie zobaczyłem tam ani jednej twarzy, która na dłużej utkwiłaby mi w pamięci. To wina alkoholu i zmęczenia albo fakt, że otoczony byłem stadem malowanych ptaków. Niestety dla nich, ten efekt działa tylko wtedy, gdy taki malowany ptak jest otoczony szarymi pobratymcami. Nie innymi pstrokatymi pawiami, od których tam się roiło.
Czytałem gdzieś, że są tam trzy parkiety, że jest i darkroom. Ach, jak ja chciałem go zobaczyć. Sprawdzić, zerknąć choćby i na sekundę, jak to tam wygląda. Jaka atmosfera tam panuje. Niestety muszę Was zawieść, prawie wcale nie zwiedziłem tego klubu. Lawirowałem między dwoma parkietami, tradycyjnie unikałem kontaktu wzrokowego z każdym i czułem coraz szybciej mknący helikopter w mojej głowie. Mikołaj gdzieś zniknął, a nie miałem siły go szukać, udałem się więc do szatni, by odebrać kurtkę. Stał tam za mną jakiś olbrzym, chyba nawet przystojny. Miałem wrażenie przez chwilę, że zaraz na mnie wejdzie albo zmaca, tak napierał na moje plecy, choć nie było tam wcale ciasno. Niestety - przez te wszystkie wydarzenia nawet nie spojrzałem na dużego bydlaka. Nie poznałem tam nikogo, ale może to i lepiej. Strach pomyśleć, co by się stało, gdybym zaciągnął jakiegoś byka do mojego hotelu.
Napisałem Mikołajowi, że wychodzę, więc wyszedł zaraz za mną. Po chwili wrócił do szatni, nie wiem po jaką cholerę, ale przy okazji spotkałem mojego przewodnika, z którym mogłem się pożegnać. Znów wyszliśmy na zewnątrz, a wtedy dołączyli też znajomi Mikołaja. Lasce coś się stało z torebką, poszła rączka czy inny bzdet, który miał wtedy dla mnie takie znaczenie, jak rozdeptana mrówka. Stali na schodach, ja na dole. Czekam, ale dalej tam gadają i przeżywają tę torebkę. Odwróciłem się wobec tego i ruszyłem w stronę hotelu, chcąc jak najszybciej zasnąć. Przeszedłem kilka kroków, gdy usłyszałem jakiś cichy głos za mną, ale nie przywiązałem do niego wagi, nie zrozumiałem, że to mnie ktoś woła. Odwróciłem się, gdy usłyszałem go po raz drugi. To Mikołaj za mną szedł. Nie potrafię sobie przypomnieć, o czym wtedy mówiliśmy. Alkohol, który miał być dla mnie ratunkiem tej nocy, okazał się największą zgubą. Bywa i tak. Odprowadził mnie pod samo wejście do hotelu, pożegnaliśmy się i wrócił do klubu.
Seks. Wielokrotnie o tym myślałem, łudząc się, że gdyby do niego doszło, miałbym tego chłopaka z głowy. Wierząc, że to mi pomoże się od niego uwolnić, że raz na zawsze będę mógł o nim zapomnieć. Wiecie, jak to zazwyczaj u mnie bywało. Jednak to były inne przypadki, faceci, których ledwo poznałem, działo się to wtedy za szybko, dlatego później nie chciałem ich znać. On jest wyjątkiem, dlatego zrozumiałem, że gdybyśmy wylądowali w łóżku, całkiem już bym przepadł. Nie byłoby dla mnie ratunku. Nie zaproponowałem mu, by wszedł tam ze mną, on też się nie wpraszał. Tak chyba było najlepiej. Dlaczego nie skorzystał z okazji? Wyjaśnił mi to w czerwcu, ale wtedy tego nie rozumiałem. Mówił wtedy o szacunku, o tym, że traktuje mnie inaczej, niż ci wszyscy faceci, którzy robili do mnie maślane oczy, a kilka dni później "zakochiwali się" w kimś innym. Z moją asertywnością i wpatrzeniem w niego, pewnie bez problemu mógłby to doprowadzić do łóżka. Nie robił tego jednak, wiedząc, że mi zależy na czymś głębszym, czymś więcej. Być może bał się też, że to wszystko między nami zepsuje... ale przecież nie można zepsuć czegoś, co nie istnieje.
Napisał później, że szkoda, że tak krótko byłem. Gdy stamtąd wyszedł napisał też, bym dał mu znać, kiedy wstanę, by się nie martwił. Odezwał się znów, gdy jechałem już do siebie pociągiem. I tak to ma wyglądać? Powtórka z rozrywki? Po raz srylionowy to samo? Na co zdały się te wszystkie nerwy, te wszystkie końce, te słowa, którymi tak tutaj szastałem? Wszystko już napisałem na ten temat. Wszystko też już słyszałem od przyjaciół i znajomych. Czuję się jak skończony debil, jak bezmózg, który pozwala sobą manipulować. Nic z tego nie będzie. Obudź się. Zrozum to wreszcie. Nic z tego nie będzie. On cię nie chce. Pogódź się z tym i uwolnij się od niego. Nic z tego nie będzie! A i tak jest ta nadzieja. Nadzieja, że coś się zmieni. To jak choroba psychiczna.
W pociągu byłem przekonany, że to koniec, że nie mogę dopuścić do kolejnej próby. Wtedy czułem smutek. Nawet oczy mi się trochę zaszkliły, więc oczywiście w tym momencie obok mojego przedziału musiał przejść konduktor - od razu się zawstydziłem. Wtedy się odezwał i zaczęliśmy pisać. Wiecie co zastąpiło smutek? Stres. To nieodłączny element tej relacji. Nie umiem tego wyjaśnić, nie znam tego przyczyny, ale tak jest cały ten czas. Może chodzi o to, że mu nie ufam, nie wierzę. W tym miejscu pojawiło się kilka dróg. Jedna prowadzi do wolności. Towarzyszą jej piosenki takie jak These boots are made for walkin' Nancy Sinatry. Roar Katy Pery. Shut up and let me go The Ting Tings. Wolność, niezależność. Nie chcesz mnie, więc znikaj. Te buty są stworzone do chodzenia, a któregoś razu przejdą się po tobie. Usłyszysz mój ryk, będzie jak grzmot. Gnębiłeś mnie, ale się podniosę. Daj mi odejść, to boli. Nie wariuję, nie zmyślam tego, ostatni raz mnie masz. Łatwo ci przeszedłem, czas iść do przodu.
Jest i druga droga. Nadzieja i piosenki Florence. Przepełnione smutkiem, ale dające wiarę. Wbrew wszystkim, którzy krzyczą, że jestem głupi, silna chęć skopania im tyłków, pokazania, jak się mylą, jak wyjdzie na moje. To w końcu moje życie, to ja je przeżyję, nie oni. To ja wiem najlepiej, co robić. I jest trzecia. Najtrudniejsza. Kumpel z nadzieją, że pojawi się ktoś nowy, a ja będę mógł zapomnieć. By zmienił się dla mnie w drugiego P., drugiego Michała. Droga pełna gierek, podchodów, udawania, czekania, zgrywania się. Nie lubimy gierek w takich chwilach. Pojawia się to odwieczne pytanie - on to robi specjalnie czy nieświadomie? Czy on zdaje sobie sprawę z tego, jak się zachowuje? Czy to jest jakiś chory plan, który ma do czegoś doprowadzić?
Miałem ogromną szansę, by to skończyć raz na zawsze. Zmarnowałem ją, a nawet więcej, on znów jest obecny w moim życiu. Tyle pytań, tyle wątpliwości. Choć może on jest jak chłopak, który wsiadł do mojego przedziału jakoś w Radomiu, kiedy wracałem do Lublina. Nasze spojrzenia spotkały się, gdy jeszcze stał na peronie, po chwili mnie odwiedził, przywitał się. Spojrzałem na niego tak przelotnie, nie chciałem się wgapiać, poza tym po chwili wsiedli jego dwaj koledzy. Cała trójka usiadła przede mną. Trzej ogromni faceci, chyba jacyś sportowcy, bo mieli te takie torby, jak na siłownię czy jakieś zawody. Pierwszego widziałem kątem oka, wydawał mi się wtedy boski. Na dodatek jego głos... tak męski i niski, jakby mówił penisem. W tamtym momencie nie myślałem o Mikołaju, to była jedna z tych chwil, gdy myślimy jasno. Wtedy w końcu zerknąłem na owego chłopaka, przyjrzałem mu się dokładnie po raz pierwszy. Okazało się, że wcale nie jest taki boski, nie jest taki duży. Z twarzy przeciętny, nogi nie zrobiły na mnie wrażenia. Gdy spojrzałem na niego tak trochę przenikliwie, okazał się zwyczajnym chłopakiem, aż sam się sobie zdziwiłem, że mógł mi się wydawać taki wspaniały. Może więc nadszedł czas, bym lepiej się przyjrzał Mikołajowi. Boję się jednak, że to co zobaczę, wcale mnie nie uwolni, ale pogrąży jeszcze bardziej.
To najbardziej popieprzony rodzaj relacji. Wielu z Was to zna. Jeden wkręcony w drugiego, który ma to gdzieś. Sam to wielokrotnie przerabiałem. Jednak gdy nic nie poczułem do jakiegoś chłopaka, zrywałem z nim kontakt, odcinałem się od niego. Wiedziałem, że dalsza znajomość niby na kumpelskich zasadach nie byłaby dla niego dobra, bo by się męczył. Posmuci się, poprzeżywa, ale w końcu się wyleczy. Tak się zazwyczaj robi, prawda? Ale są wyjątki. Gnoje, którzy doskonale wiedzą, jak działają na swoje ofiary, wiedzą, że nic do nich nie poczują, wiedzą, że tamci się męczą, ale mają to gdzieś. Bladego pojęcia nie mam, czy oni są zwyczajnie w świecie podli i wyrachowani czy głupi. Nic nie poczują, bo przecież nie zmuszą się do tego, to zrozumiałe. Powinni więc puścić wolno tę drugą osobę, by zapomniała, by się wyleczyła z tego obłędu, by za jakiś czas mogła poznać kogoś nowego. Oni jednak wolą tego nie robić, lubią mieć przy sobie tego wkręconego biedaka. Dlaczego? To egoizm? Chęć poprawienia sobie samopoczucia? Bezpieczeństwo, bo mogą robić co chcą, ale i tak wiedzą, że mają tego swojego skrzata, który będzie czekał? On w tym momencie jest chory psychicznie, nie myśli jasno. Raz się wkurwi, a raz zapomni i zatęskni, a wtedy łatwo przebaczy i zechce spróbować jeszcze raz. On nie chce poznawać nikogo nowego, bo jest zadurzony w tym swoim gnojku. Nikt nie jest dla niego tak atrakcyjny, jak on. Nikt tamtemu nie dorówna. W takich relacjach jeden jest pizdą, drugi skurwielem. To szaleństwo.
A co, jeśli nie tylko? Co, jeśli to najdoskonalszy system obronny takiej ofiary, tego wkręconego chłopaka? Podświadomie wybieramy niedostępnych facetów, bo wiemy, że nigdy z nimi nie będziemy, że nie dojdzie do punktu kulminacyjnego. Spoko, teraz mnie rani, ale nie tak, jak mógłby to zrobić, gdybyśmy byli razem, na poważnie, na zawsze. Teraz jest słabo, bo ni w tę ni we w tę, ale ten ból, który czuję teraz, jest niczym w porównaniu z tym, który poczułbym, gdybym całkiem mu się oddał. Gdybym całkiem się przed nim odsłonił, pozbawił ostatniej tarczy. Wtedy stałbym się przed nim bezbronny, nagi, mógłby mnie zranić w najpaskudniejszy sposób. W pewnym sensie w takiej relacji jestem bezpieczny. W pewnym sensie to nawet wygodne. Może sobie celować we mnie broń cały czas, ale nic mi nie zrobi, dopóki nie dam mu amunicji.

NIestety Mój Drogi. Jeden jest ofiarą a drugi tym tempiącym. Za miłość, której nie było, bądź miała być "otwarta". Czeka się na ten moment az wszystko się odwróci. I tak do usranej smierci za przepr....! Jednym słowem, wypad Ci się nie udał:( Przykro mi. Wpis za to 1wsza klasa! Pozdrawiam.
OdpowiedzUsuń