34. Dog days are over.

źródło pierwotne: dailymail.co.uk
Baby, I'll give you everything you need
I'll give you everything you need
I'll give you everything you need
But I don't think I need you!
Ellie Goulding - Anything could happen

And I never wanted anything from you
Except everything you had and what was left after that too, oh
Happiness hit her like a bullet in the back
Struck from a great height by someone who should know better than that

The dog days are over
The dog days are done
Can you hear the horses?
'Cause here they come

Run fast for your mother, fast for your father
Run for your children, for your sisters and brothers
Leave all your love, and your longing behind
You can't carry it with you if you want to survive
Florence and the Machine - Dog days are over

Gdy słuchałem tej drugiej piosenki, rozumiałem te słowa tak - biegnij szybko dla matki, dla ojca, dla dzieci i rodzeństwa. Natomiast w interpretacji tej piosenki znajdującej się na ukochanej przeze mnie stronie Tekstowo, przetłumaczono to jako - biegnij szybko po matkę, po ojca... i tak dalej. Pierwsza wersja zdecydowanie bardziej mi odpowiada. Dlaczego? Bo mogę powiedzieć, że powinniśmy biec nie tylko dla nich, ale i dla siebie przede wszystkim. Należy uwolnić się od przeszłości i ruszyć naprzód z głową uniesioną wysoko, z nadzieją i bez strachu. Biegniemy!

Nie chcę po raz srylionowy rozpisywać się na jego temat, bo drgawek dostaję, gdy pomyślę, że miałbym to znów zrobić. Skończyło się jak chciałem, uwolnił mnie po przeczytaniu poprzedniego wpisu i nie ma go już w moim życiu. Mógłbym znów bawić się w blogową wersję piosenki Survivor, ale wiecie jak to jest u mnie. Gdy mówię, że czegoś nie zrobię, to pewnie to zrobię. A gdy zarzekam się, że coś zrobię, to wiadomo jak to wyjdzie - ups. Dlatego nic nie powiem, bo jeśli zacznę się rozpisywać, jak mi cudownie bez niego, zaraz o sobie przypomni albo nagle sobie uświadomię, że jednak tak przykro mi się robi, że smutek przychodzi. Poza tym mógłbym sprawiać wrażenie, że sobie przeczę, bo gdy się czegoś nie przeżywa, to się o tym nie mówi, jakby to coś nie istniało. Niech więc tak będzie, ten rozdział możemy uznać za ostatecznie zamknięty.

Uwielbiałem powtarzać, że niczego nie żałuję w moim życiu. Uwielbiałem wbijać to innym do głów. Mówiłem - pamiętaj, żałować możesz tylko tego, czego nie zrobiłeś. W tę środę jednak przez chwilę pomyślałem, że jego jednego żałuję. Zjawił się w moim życiu, namieszał, niczego dobrego nie wprowadził, a zostawił tylko złe wspomnienia i małą gorycz, może też popchnął mnie lekko w stronę frustracji. Przemyślałem to i... znów nie żałuję. Kolejna lekcja. Kolejny uszkodzony chłopak, któremu prawie udało się uszkodzić i mnie. Zdarzył mi się, ja zdarzyłem się jemu. I to wszystko, więcej dodawać nie trzeba. Jak śpiewa Gossip: No one ever stays long, it's over when you wake up. Ludzie przychodzą i odchodzą, na tym w końcu polega życie. Wiem, że zjawi się jeszcze wielu takich, jak on. Wielu jeszcze będę przeżywał, niektórych naprawdę, na poważnie, a nie tylko tak z braku laku. Będą faceci, którzy zajdą mi pod skórę, poznają mnie w pełni, a nie na podstawie blogowych wpisów. Wszystko jeszcze przede mną, staram się teraz myśleć tylko o przyszłości.

Bo to jest ten błąd, który wielu z nas popełnia. Pozwalamy, by przeszłość nas pogrzebała żywcem. Gdzieś ostatnio przeczytałem zdanie, po angielsku oczywiście: Rzeczy, których się najbardziej boimy, już nam się przytrafiły. Boimy się kolejnych zranień i porażek, boimy się, że otworzymy się i znów tego pożałujemy. Wszystko, przed czym mamy stracha, tkwi w przeszłości. Poznałem wielu facetów, którzy wyłączyli serca, a włączyli rozumy. Myśleli racjonalnie, nie dopuszczali uczuć do głosu, unikali zauroczeń, nie chcąc, by przeobraziły się w coś większego, bo już kochali, stracili i nie chcieli ponownie tego przechodzić. Stali się przez to robotami, cyborgami bez uczuć, które dusili w sobie. Nie chcę tak żyć. To łączy się z drugim powiedzeniem: Większość ludzi umiera w wieku dwudziestu pięciu lat, ale czekają z pochówkiem aż do siedemdziesiątki. Słowa Benjamina Franklina. Mądre, co? A Wy? Do której grupy się zaliczycie? Do żyjących czy już tylko wegetujących? Spotkałem jednego chłopaka, który wegetował, próbowałem go ożywić i liczyłem na cud, ale zdolność przywracania ludzi z martwych miał inny facet, w Biblii o nim pisali, daleko mi do niego. W każdym razie przez całe to zamieszanie po raz kolejny zapomniałem o sobie, zapomniałem, że jestem najważniejszy i zamiast ożywić jego, skutecznie pozwalałem mu się uśmiercać, kawałek po kawałeczku.

Łatwo mi mówić, bo mam kontakt ze zranionymi osobami. Z facetami, którzy przed chwilą, pół roku temu czy nawet rok temu rozstali się z ukochanymi i ciągle stoją w miejscu, a wręcz tkwią daleko w tyle. Wysłuchuję ich, metaforycznie podaję chusteczki, by wydmuchali nos, ale też widzę, jak chore jest ich zachowanie. Mogę mówić im wszystko, telepać nimi silniej niż kabel pod napięciem, ale do nich nic nie dotrze. Płacząc pogłębiają tylko swoje groby. Przeżywają, wyją, tęsknią, z uwielbieniem wyolbrzymiają tych swoich gnojków i traktują ich jak świętych co najmniej. Mam z nimi ciągły kontakt, widzę ich i wiem, że nie chcę tego dla siebie. Nie chcę wiecznie rozpamiętywać, wspominać, pogrążać się w tym smutku. Płakać za jakimś moim nierealnym marzeniem. Dlaczego mam to robić? Jestem żywą istotą, czeka mnie całe życie. Wielu skurwieli, ale i wiele dobrych chwil. Wiecie, zastanawiam się teraz, czy ten mój optymizm jest prawdziwy czy może chwilowy, bo wynika z faktu, że przed chwilą zjadłem kilka pysznych tostów z serem i od kilku dni katuję tylko pozytywne piosenki, wychodząc na fajkę.

A może stąd, że przeżywam mały renesans facetów w moim życiu. Tak, tak, wiem jak to wygląda. Znów ma gdzieś wspomnienia, bo tu tyle wizji nowych wydarzeń na horyzoncie. Odkryłem nowy skrót na klawiaturze, ctrl w połączeniu z kliknięciem otwiera odnośnik w nowej karcie. Dzięki temu mam teraz na Fellow chyba 2500 odwiedzonych profili, stąd nagłe zainteresowanie moim, te nowe komentarze i wejścia na Translacje. I kilku ciekawych facetów z całej Polski, którzy pozornie pomogliby mi ruszyć dalej, a na pewno mogliby zaistnieć tu jako kolejni bohaterowie wpisów. Podstarzały artysta z ogromnym penisem, który dodał mnie do znajomych na Fejsie, który w znajomych ma kilka sław, no i w ogóle, wszyscy ci ludzie u niego wyglądają tak, że po wyszukaniu ich w Googlach wyskoczyłoby mi coś ciekawszego, niż wyniki ze szkolnych konkursów sprzed lat. Artyści, reżyserzy, przystojni modele kojarzący się z Vougiem albo w ogóle jakimiś znanymi markami. Od razu mam przed oczami historię z filmu Factory girl. Jak ludzie uwielbiają o mnie mówić, jestem zagubiony, więc pewnie skończyłbym jak główna bohaterka.

Drugi to chłopak identyczny jak Mikołaj i Michał. Inteligentny, przystojny, niedostępny. Dobry materiał na nowy Koszmarek. Trzeci to starszy o kilka lat czarnowłosy przystojniak z odległego miasta. Czwarty jest jego klonem, tyle że w blond włosach. Piąty, szósty, siódmy i tak dalej. Dostaję zaproszenia do Poznania, Katowic, Krakowa, Trójmiasta, nic, tylko korzystać. Ale przed chwilą myjąc zęby uświadomiłem sobie, jak wygląda moje życie. Pisałem już o tym, ale chyba nie dotarło. Teraz dopiero zobaczyłem ogrom tego problemu. W chwili obecnej moje życie polega na znalezieniu idealnego faceta. Na pisaniu bloga o tym. Na rozmowach z wszystkimi przyjaciółmi i znajomymi o jednym i tym samym - sprawy sercowe, faceci, problemy w związkach, jak je załatwić, analizy zachowań, spekulacje, co może się stać. Geje, geje, geje. Gdybym był terapeutą, mógłbym chociaż trzepać kasę z tego, ale nie jestem. Mam gdzieś moje studia, kłócę się po kolei z wszystkimi, odcinam ze swojego życia jedną osobę po drugiej. Wstaję i pierwsza moja myśl to Fellow. Kładę się - to samo. Wyobraźnia podsuwa różne sceny, które mogłyby się zrodzić z tych nowych znajomości. Plany na wyjazdy do klubów w innych miastach. Nieustannie odwiedzane Wyrko i dla odmiany hipsterskie kluby, w których też nie brakuje atrakcyjnych facetów.

Jezusie, Maryjo, Józefie i Wielbłądzie. Tak wygląda moje życie? Tak ma wyglądać? Na Fellow odpisuję kilkunastu facetom jednocześnie. W każdej wolnej chwili myślę, o czym mógłbym tutaj napisać, szukam pomysłów, szukam nowych wydarzeń godnych meksykańskich telenowel. Jeden aspekt życia rozrósł się u mnie do kolosalnych rozmiarów, całkowicie przykrywając inne. I te rozmowy z wszystkimi. W kółko to samo. Kolega opowiada ciągle o byłym. Drugi o nowych randkach. Trzeci o straconym ukochanym. Przyjaciółka przeżywa swojego niedojeba. I ja, rzygający dookoła Mikołajem i innymi facetami. Jestem inteligentną osobą, przeczytałem w życiu sporo książek, obejrzałem setki filmów, kocham muzykę, polityka mnie mierzi, ale jak trzeba, też mogę coś o niej powiedzieć. Mam dużą wiedzę, nie tylko na tematy związane z portalem randkowym dla gejów, ja mam coś do powiedzenia. Coś więcej, poza tymi pieprzonymi penisami. Dlaczego to się stało? Dlaczego dorośli ludzie nie potrafią mówić o niczym innym, jak o facetach i dramatach miłosnych?

Niedawno uświadomiłem sobie coś jeszcze, tak jakby nieświadomie dopasowuję się do postaci z oglądanych seriali. Oglądałem Gotowe na wszystko i przez pół roku byłem największą ciamajdą, mogącą równać się tylko z Susan. Oglądałem Seks w wielkim mieście i... właśnie. Byłem jak główna bohaterka, której życie polegało na znalezieniu faceta, na problemach z tym związanych, na historiach przyjaciółek, przeżywających to samo. Chciałem bawić się w Carrie, to mam. Uważajcie, czego pragniecie, dobrze Wam radzę. Znów - powiedziałbym, że żałuję, bo chwilowo doprowadziło mnie to donikąd, czuję się jak chodząca encyklopedia męskich zachowań i nic poza tym, ale wtedy przypominam sobie cytat z Jedz, módl się, kochaj:

Wczoraj znajomy zabrał mnie w niezwykłe miejsce, do mauzoleum Augusta. Zbudował je Oktawian August. (…) To jedno z najcichszych i najbardziej samotnych miejsc w Rzymie. Przez wieki miasto rozrosło się, ale mauzoleum pozostało cenną raną, zawodem miłosnym, o którym nie chcemy zapomnieć. Nie chcemy zmian. Godzimy się na nieszczęśliwe życie, bo się boimy. Rozejrzałam się wokół, to miejsce tyle zniosło, było przerabiane, palone, plądrowane i znów odbudowywane. Uspokoiłam się. Może to nie moje życie jest chaotyczne, ale świat, i pułapką jest przywiązywanie się do niego. Ruina to dar. Ruina to droga ku przemianie. W mieście Augusta mauzoleum pokazało mi, że musimy być gotowi na niekończące się fale transformacji.

Ruina to dar. Ruina to droga ku przemianie. Moje życie teraz nie jest w takim tragicznym stanie, ale jadąc na tym wózku daleko nie zajadę. Mogę pozwolić któremuś z powyższych facetów zastąpić Mikołaja, mogę spróbować się zakochać, ale to nie wypali. Na Fellow miłości nie znajdę. I nie znajdę jej, szukając w taki łapczywy sposób. Niech się zjawi sama, za miesiąc, rok, pięć lat. Na razie muszę skupić się na sobie, muszę zmienić priorytety, bo nieco poprzestawiałem ich kolejność i to, co powinno być zaledwie dodatkiem, uprzyjemniaczem, całkiem mną zawładnęło, stało się głównym punktem mojego życia. Nie chcę tego. Nie chcę być niewolnikiem tego portalu i otaczających mnie mężczyzn. Z moją niekonsekwencją boję się, że za chwilę zjawi się ktoś, kto wywróci mój starannie układany od nowa świat do góry nogami, a wtedy wszystko pójdzie się pieprzyć. Mam nadzieję, że tak nie będzie. 

Najchętniej wyjechałbym daleko stąd, zaczął wszystko od nowa. Gdybym mógł, uciekłbym od tego, co mnie teraz otacza, ale nie mogę. Muszę to wszystko poukładać sobie w głowie tutaj, w Lublinie, prowadząc dalej to samo życie. Bo coś zmienić muszę na pewno. Bez popadania w skrajności, bez skupiania całej uwagi na jednym fragmencie życia. Może zacznę wyprowadzać psy ze schroniska (moja natura już się odzywa - może poznasz przystojnego weterynarza? Kurwa mać!), może po prostu skupię się na studiach, a zamiast spędzać wolne chwile na Fellow, zajmę się książkami. Chciałem dobrze dla siebie, ale to zaprowadziło mnie pod ścianę. Wybaczcie, muszę od tego odpocząć, od bloga, od Fellow, od facetów. Nie jestem teraz smutny, zgorzkniały, sfrustrowany. Z nadzieją patrzę w przyszłość, to teraźniejszość mnie przeraża. Jednak wiem, że wszystko jest możliwe. To, co wyżej opisałem, wypłynęło ze mnie. To ja do tego doprowadziłem. I ja muszę to naprawić. Muszę coś zmienić, bo mam do zaoferowania światu coś więcej, niż tylko gadki o facetach. Na koniec nieco infantylnie, no ale siedzi mi w głowie ta piosenka!


Komentarze

  1. Jesteś bardzo nie-zen. Teraźniejszość się liczy, a nie jakieś tam jutro i pojutrze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Eklogom też przysłuży się skupienie na chwili. Nie chodzi o odrzucenie planów ratowania świata. Możesz sobie planować i na 50 lat wprzód. Po prostu doceń to, co jest teraz. Na przykład, zamiast tracić głowę z powodu bliskiego spotkania z Mikołajem, możesz cieszyć się muzyką, tańcem, piwem i moim doskonałym towarzystwem, bo w takich okolicznościach liczy się tu i teraz.

      Usuń
    2. Planować, ale też doceniać teraźniejszość. Z moją filozofią wykonalna jest chyba tylko jedna taka czynność, ale masz dużo racji, to muszę Ci przyznać. Byłem wtedy zaprogramowany na jedno, więc to było do przewidzenia, że się rozczaruję i zapomnę o całej reszcie. W każdym razie po Wrocławiu czuję mały niedosyt i chcę w końcu stamtąd wyjechać z dobrymi wspomnieniami, dlatego szykuj się na powtórkę.

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. Trochę jednak będziesz musiał poczekać, wybacz.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

20. Nic się nie stało, a zdarzyć miał się cud.

6. Jesteś - a więc musisz minąć.

29. Zmęczenie materiału.