35. PS. Gejowska Tinderella.
![]() |
| źródło pierwotne: Google |
Black burn. I feel so alone
without you boy
now I 'm here
hanging out in the street
thinking about reactions over actions
walking on the sky of my dreams
Come, come, my baby come
I will show you the world
Come, come, my baby come
I will cover your nightmares
Come, come, my baby come
I will love you forever
Come, come, my baby come
I will not let you go
Jain - Come
Zanim przejdę do rzeczy... cholera, jak ja odwykłem od tej czcionki... zanim to zrobię, muszę chyba coś wyjaśnić. Nawet nie "chyba". Skończyłem z tym blogiem w listopadzie, tupałem nóżkami ze złości, że żyję w jakiejś pedaliadzie, sami geje i dramaty wokół, blebleble, ale w pewnym sensie tak jest nadal - to znaczy nie chcę do tego wracać. Zakończyłem przygodę z tym blogiem, ale czuję, że zrobiłem to w złym momencie, jakby muszę coś dopowiedzieć. To co mogliście przeczytać z pewnością nie było Happy Endem. Po raz kolejny nie wyszło z Mikołajem, po raz kolejny prawie rzuciłem się w mały wir facetów... w kółko to samo. Kółko to nawet właściwe określenie, bo chciałbym opisać moment, w którym się zatrzymało, który może stanowić dla Translacji istny Happy End. To co dzieje się teraz, może być pozytywnym akcentem na zakończenie tej historii. Mogę wreszcie dać Wam nadzieję.
Jedno jest miejscem, drugie aplikacją. Dla mnie są po prostu kolejnymi zjawiskami. Glam, czyli znajdujący się w Warszawie jeden z najpopularniejszych klubów gejowskich w Polsce, oraz Tinder - aplikacja na telefony, będąca swego rodzaju portalem randkowym. Jako pierwszy poznałem Glam, jednak by ta historia miała ręce i nogi, opiszę najpierw Tinder, bo do Glamu zajrzałem nie raz, a trzy razy i cholernie mocno łączy się z trzecim, najważniejszym zjawiskiem - Mikaelem, któremu poświęcę ostatni rozdział tego zakończenia.
Tinder działa w bardzo prosty sposób. Jest połączony z naszym kontem na Facebooku, chyba nawet bez niego nie będziemy mogli korzystać z tej aplikacji. Zakładamy profil, wybieramy sobie zdjęcia (łącznie może być ich sześć), umieszczamy opis, wybieramy opcje wyszukiwania i gotowe, wyszukuje nam facetów. Choć to nie jest aplikacja stricte gejowska, to muszę zaznaczyć na wstępie - pamiętajcie, jeśli nie chcecie zrobić przypadkowego coming outu, nie róbcie opisu jasno wskazującego, że jesteście gejami, bo babki też Was będą widziały, nawet jeśli Wy zablokujecie sobie możliwość ich widzenia. Tinder jest dla gejów, ale nie tylko. Na początku byłem wielkim optymistą jeśli chodzi o Lublin, i ustawiłem sobie zasięg kilkunastu kilometrów, ale wtedy faceci skończyli mi się chyba po kilku minutach, jeśli nie wcześniej. Zwiększałem więc maksymalny zasięg, aż doszedłem do górnego limitu, 155 kilometrów, co w konsekwencji dodało mi ludzi z Wawy i Rzeszowa.
Pierwsze wrażenie - poczułem się jak dziecko w sklepie ze słodyczami albo zabawkami, za darmo. Jakie tam są ciacha! Chryste, to jak odkrycie Fellow albo wycieczka z małej wsi do wielkiego miasta. Na swoim profilu umieściłem sześć zdjęć, w moim mniemaniu najlepszych jakie mam, więc sam też stałem się celem serduszek... Ach, no tak, cała istota Tinder. Polega ona na tym, że widzimy profile osób i możemy im dać przysłowiowe hot or not. Ktoś nam się podoba - dajemy mu serduszko, jeśli nie - iksujemy go i znika w zapomnieniu. Jeśli też mu się spodobamy i da nam serduszko, mamy parę i dopiero wtedy możemy z nim porozmawiać. O to w tym wszystkim chodzi. Tinder zainstalowałem wieczorem, rozdałem wszystkie możliwe tego dnia serduszka (niestety jest ich jakiś limit), dodało mi kilka par. Nad ranem po sprawdzeniu okazało się, że przez noc doszło mi ich kilkadziesiąt. Wtedy mogłem się zabrać do następnego strzelania sercami. I poczułem się jeszcze lepiej. Jeśli dam serduszko komuś, kto już wcześniej widział mój profil i mi je dał, od razu dostaję powiadomienie: "Mamy parę! Ty i XXX wzajemnie się lubicie!" Wyskakuje profilowe moje i mojego lubego, a także trzy opcje... ale co ja będę opisywał, pokażę po prostu jak to wygląda:
Tinder działa w bardzo prosty sposób. Jest połączony z naszym kontem na Facebooku, chyba nawet bez niego nie będziemy mogli korzystać z tej aplikacji. Zakładamy profil, wybieramy sobie zdjęcia (łącznie może być ich sześć), umieszczamy opis, wybieramy opcje wyszukiwania i gotowe, wyszukuje nam facetów. Choć to nie jest aplikacja stricte gejowska, to muszę zaznaczyć na wstępie - pamiętajcie, jeśli nie chcecie zrobić przypadkowego coming outu, nie róbcie opisu jasno wskazującego, że jesteście gejami, bo babki też Was będą widziały, nawet jeśli Wy zablokujecie sobie możliwość ich widzenia. Tinder jest dla gejów, ale nie tylko. Na początku byłem wielkim optymistą jeśli chodzi o Lublin, i ustawiłem sobie zasięg kilkunastu kilometrów, ale wtedy faceci skończyli mi się chyba po kilku minutach, jeśli nie wcześniej. Zwiększałem więc maksymalny zasięg, aż doszedłem do górnego limitu, 155 kilometrów, co w konsekwencji dodało mi ludzi z Wawy i Rzeszowa.
Pierwsze wrażenie - poczułem się jak dziecko w sklepie ze słodyczami albo zabawkami, za darmo. Jakie tam są ciacha! Chryste, to jak odkrycie Fellow albo wycieczka z małej wsi do wielkiego miasta. Na swoim profilu umieściłem sześć zdjęć, w moim mniemaniu najlepszych jakie mam, więc sam też stałem się celem serduszek... Ach, no tak, cała istota Tinder. Polega ona na tym, że widzimy profile osób i możemy im dać przysłowiowe hot or not. Ktoś nam się podoba - dajemy mu serduszko, jeśli nie - iksujemy go i znika w zapomnieniu. Jeśli też mu się spodobamy i da nam serduszko, mamy parę i dopiero wtedy możemy z nim porozmawiać. O to w tym wszystkim chodzi. Tinder zainstalowałem wieczorem, rozdałem wszystkie możliwe tego dnia serduszka (niestety jest ich jakiś limit), dodało mi kilka par. Nad ranem po sprawdzeniu okazało się, że przez noc doszło mi ich kilkadziesiąt. Wtedy mogłem się zabrać do następnego strzelania sercami. I poczułem się jeszcze lepiej. Jeśli dam serduszko komuś, kto już wcześniej widział mój profil i mi je dał, od razu dostaję powiadomienie: "Mamy parę! Ty i XXX wzajemnie się lubicie!" Wyskakuje profilowe moje i mojego lubego, a także trzy opcje... ale co ja będę opisywał, pokażę po prostu jak to wygląda:
Tak, to moja para z najsłynniejszym gejem działającym w polityce. Jestem próżny albo wciąż za bardzo wkręcony w to wszystko, bo nic ostatnio nie sprawiało mi takiej frajdy, jak dawanie przystojniakom serduszek i otrzymywanie po prawie każdym razie tego powiadomienia: Mamy parę! Jemu akurat dałem z ciekawości, czy i on mi da, no i dał... dzika satysfakcja. On mnie już widział! Spodobałem mu się! Mogę stroszyć piórka i chodzić dumny jak paw, ha! Tak, to bardzo piękny etap, gdy wiesz, że spodobałeś się komuś takiemu lub cholernemu przystojniakowi rodem z reklamy, ale życie to nie je bajka. Jak po jakichś dwóch tygodniach miałem kilkaset par, tak tylko kilkadziesiąt konwersacji. Ludzie na Tinderze milczą, to jest fakt. Spodobaliśmy się sobie, dlaczego więc do cholery on do mnie nie zagada? To jest właśnie ciemna strona tej aplikacji. Jak wszystko, tak i Tinder tylko z daleka wyglądał pięknie, jak kraina miodem i mlekiem płynąca, a z bliska jak jakieś drugie Fellow po rocznej odsiadce. Po raz pierwszy starałem się być odważny i zagadywałem do niektórych przystojniejszych, ale okazywali się butnymi cipami. Jeden był nawet ideałem, serio. Z wyglądu jak aktor, nie jakiś wymuskany brodacz w Ray Banach i ramonesce z Zary, ale taki chłopak w moim wieku, chwalący się wzrostem ponad 190cm (kocham), do tego studiami - prawem. To jednak prawda, że ludzie studiujący ten kierunek muszą każdego o tym informować.
Jemu jedynemu dałem gwiazdkę. Jest to tak zwany super lajk, opcja na szczególne okazje, gdy ktoś nam się podoba tak bardzo, że chcemy mieć pewność, że od razu zobaczy nasz profil, a nie dopiero po jakimś czasie, gdy aplikacja podrzuci mu nas losowo. Dałem, odczekałem. Jakaż to była radość, gdy mi dał serduszko. Natychmiast zagadałem, ale nie w taki banalny sposób, w stylu "Hej, co tam?". Ładnie napisałem. A jego odpowiedź? "Elo". I tyle. Kurwa mać, czy studenci prawa mają... no właśnie, prawo tak pisać? Przecież oni wszyscy powinni być inteligentni, mądrzy, wygadani, zabawni, a nie tylko rzygający dookoła informacją o swoich studiach i wielkim zmęczeniem, bo przecież to takie wymagające studia. Zdradzę Wam mały sekret - na każdym kierunku trzeba się uczyć. Przełknąłem to jakoś i znów rzuciłem się w wir chwilowych romansów. Na szczęście niektórzy wciąż zagadywali, oczywiście większość rozmów zdychała po kilku wiadomościach, bo jednak przejrzałem jego profil dokładnie i nie spodobał mi się na pozostałych zdjęciach, bo nie jest taki inteligentny, bo pisze "xD" albo ja mu nie podpasowałem z jakiegoś powodu (pffff). Odezwał się i on, Mikołaj2. Dlaczego z dwójką? Już wyjaśniam.
Chłopak zagadał do mnie zaraz po tym, jak nas złączyło w parę. Chwilę pogadaliśmy, potem zaproponował, byśmy przeszli na Fejsa. Poznawałem go coraz lepiej. Okazało się, że studiuje to samo co Mikołaj, jest w jego wieku i też jest cholernie bogaty, bo może się szczycić jakąś rodzinną firmą, ładnym samochodem i własną kawalerką... a którego mojego rówieśnika stać na własne mieszkanie? I nie mówię tu o wynajmowaniu. Ale mniejsza. Chłopak wydawał się mnie lubić. Naprawdę. Ja polubiłem też jego, bo duży był. Może miejscami nazbyt, ale można na to przymknąć oko, zawsze mogłem go posłać na siłownię czy pomóc mu to zgubić w łóżku. Gdy przeszliśmy na Fejsa, mogłem go poszpiegować. Cudne zdjęcia z jego licznych podróży, ciekawe życie, ciągłe koncerty i zdjęcia z gwiazdami... a na dodatek muzyka, którą mi wysyłał. Cierpiałem wtedy na głód nowych piosenek, od których dostawałbym ciarek, poprosiłem go więc, by mi przesłał kilka swoich ulubionych kawałków. Tym mnie w pewnym sensie lekko, bardzo lekko zdobył. Było miło. Na pierwszą randkę zabrał mnie do kina. Nieco późną, ale potem odwiózł mnie do domu (zawsze w takich chwilach czuję się jak w amerykańskim filmie) i zanim wysiadłem, dwukrotnie wspomniał o następnym spotkaniu, że koniecznie się widzimy, ale tym razem u niego.
Byłem zadowolony. To naprawdę mogło się udać. Wtedy jednak nastąpiło małe ochłodzenie i osłabienie kontaktu. O co chodzi? Jednak mu się nie spodobałem? Choć chciał mieć pewność, że znów się spotkamy, tak naprawdę nie miał tego na myśli? Zapaliła mi się lampka o nazwie Król Dramatu. Już chciałem wyjąć koronę i berło i posadzić tyłek na tronie cierpienia, ale wtedy kolega powiedział, że może ten chłopak jest jak hetero, mało wylewny w smsach i takie tam. No dobrze, odczekałem więc, nie bez problemów, ale doszło do drugiego spotkania. Tym razem jak chciał, pojechałem do niego. Tu muszę zaznaczyć - nie mieszka w Lublinie, ale w mieście ze swoją specjalną uczelnią, więc czekała mnie godzina w pociągu. Odebrał mnie z dworca, kupiliśmy colę i wódkę (ale nie jakąś tam Żubrówkę, bo przecież hrabia byle czego za 20zł nie wypije) i udaliśmy się do niego. Mieszkanie urządzone jak z katalogu IKEA, byłem pod wrażeniem, chociaż mogłem się tego spodziewać.
Obejrzeliśmy razem trzy filmy, trochę się podpiliśmy. Przy pierwszym chciał mnie złapać za rękę, ale odmówiłem. Przy trzecim już leżeliśmy przytuleni, a sam film gówno mnie obchodził, bo Mikołaj2 leżał za mną i nie wiem... naprawdę bladego pojęcia nie mam co takiego robił z tyłem mojej głowy, ale to było coś najprzyjemniejszego w moim życiu. Pewnie pierwszy i ostatni raz mógłbym dojść od czyjegoś miziania ustami i brodą. Po czymś takim byłem pewny, że zechce spać ze mną na jedynym łóżku. Otóż nie, wziął sobie kołdrę i udał się na podłogę, mi zostawiając jedyne w swoim mieszkaniu łóżko. Nie wiedziałem dlaczego, nie wiedziałem o co chodzi, ale nie narzekałem. Mizianiu pod kołdrą pewnie bym się nie oparł, pokusie zobaczenia kolejnego penisa pewnie także, ale po wszystkim jak zwykle bym żałował i nie chciał się z nim widzieć. Rano wszystko było po staremu, czyli zachowywaliśmy się jak dwie obce sobie osoby, które przez przypadek utknęły w jednej windzie. Choć włączył jakieś wiadomości i kazał mi się przytulić, choć odwiózł mnie do Lublina i przed pożegnaniem powiedział, że po Nowym Roku na pewno się widzimy, to był ostatni raz, gdy go widziałem.
Pewnie nigdy nie zrozumiem, co takiego się stało. Spotkania może nie były idealne, powietrza nie przepełniało elektryczne napięcie, ale wszystko co było na nich miłe, inicjował on, dlatego dziwił mnie brak zainteresowania z jego strony między spotkaniami. Tych rozmów prawie nie było, olewał mnie, gdy zagadywałem, a robiłem to w ostateczności, bo nauczony doświadczeniami z Mikołajem1 nie chciałem bawić się w zdobytego. Twierdził, że odezwie się później, ale tego nie robił. Aż ja wkurwiony i zniecierpliwiony znowu pisałem, byśmy mogli wymienić trzy zdania, bo jego zachowanie ograniczało się jedynie do odpowiadania na moje wiadomości. Czy zrobiło mu się głupio i pomyślał, że wychodzi przed szereg na spotkaniach, czy wkurwił się, że tylko do niego należała realna inicjatywa - bladego pojęcia nie mam, ale cieszę się, że to się skończyło. To nie było coś dużego, raczej coś niezręcznego, bo nasze rozmowy mogłyby się chyba równać tylko z rozmowami pierwszych ludzi. Nie dał mi się poznać, a ja nie chciałem bawić się w wywiad i ciągnąć go nieustannie za język. Tak, to chyba najlepsze podsumowanie. Choć chwilami było miło, ogólnie było niezręcznie. "Jakby go tutaj teraz polubić na siłę... hmmm...".
Mimo wszystko Tinder zaskoczył mnie podwójnie. Sparowało mnie z dwoma byłymi dwóch moich Koszmarków, Michała i Mikołaja. Pamiętacie, jak Michał w kwietniu przybiegł do mnie i przeżywał, że jakiś chłopaczek go nie chce? To ja teraz na Tinderze temu chłopaczkowi doradzałem, co może zrobić w sytuacji, gdy jego nowy facet go nie chce. Ach, ta karma. I były Mikołaja, ten z Lublina. Miły, ale nudny. Gdy któregoś razu zapytał mnie co robię, aż mnie skręcało, by napisać, że właśnie rozmawiam z jego byłym, Mikołajem. Bo tak, o tym też muszę wspomnieć. Jakoś w listopadzie napisałem do niego po pijaku (wiem, wiem), później na początku grudnia to on się odezwał, pytając co słychać, no i że ma problem, bo ładowarkę do telefonu pies mu pogryzł, czy może w Lublinie jest sklep z jego sprzętem... Tak, przyjeżdżał w moje okolice i w taki delikatny sposób mnie o tym informował, niby przypadkiem, nie specjalnie. Ale nie zaproponował spotkania, o nie. Odzywał się tylko cały ten czas, gdy był blisko, do ostatniego dnia swojego pobytu pod Lublinem, licząc na to, że to ja zaproponuję spotkanie. I pewnie tylko po to, by mógł mi odmówić, wtedy byłoby dla niego idealnie. Choć raz spróbował w zawoalowany sposób, po tradycyjnej gadce o autach: Szkoda, że mam zaplanowany dzień, bo pokazałbym ci co potrafi mój samochód. Byłem wtedy chory, stwierdziłem, że nie pokazałby, bo z domu nie wychodzę. Przecież mam w samochodzie klimatyzację. No i taka to rozmowa, wiecznie pełna podchodów i szarad. To chory człowiek, a przekonałem się o tym ostatecznie przed świętami, gdy zgodnie z obietnicą złożyłem mu życzenia. Wyszła wtedy gadka o Mikołaju2.
Czy Mikołaj1 nie chciał wyjść na gorszego, czy chciał mi dopiec, nie wiem. Wiem jednak, że ma problem z kłamstwami. Skoro doszło do takich wyznań o innych chłopakach, też musiał wspomnieć, że spotykał się niedawno z kimś, ale i pisał z kimś innym, o czym ten pierwszy się dowiedział. A na Sylwestra rodzinnego zabiera chłopaka, który do niego kiedyś w klubie zagadał. No ale Mikołaj1 go wtedy olał, więc na koniec roku chciał się zrehabilitować i potraktować go... jak to powiedział... jak księcia. I tak przeżywał mi w tej rozmowie, że się lekko stresuje, że nie wie co będzie, bo tam cała rodzina się zjawi, nawet ta dalsza, a on tu przyjdzie z chłopakiem, że to taki coming out i będą w szoku. Wkurwiłem się. Powiedziałem wtedy, że w szoku mogą być tylko dlatego, że przez ponad pół roku utrzymywał, że kocha jakiegoś chłopaka z Paryża i z tego powodu nie może być z nikim innym, a tu nagle kogoś ma. Jego odpowiedź: Dla mnie to nic nie znaczy, to dopiero drugie spotkanie, nic nas nie łączy. Pisał znów te swoje wymówki jako człowiek, który nigdy nie przyzna się do błędu, a ja jedyne co czytałem to: Bla bla bla bla bla. Wtedy po raz pierwszy poczułem do niego wściekłość. Nie nienawiść, bo w takich sytuacjach nienawiść to tak naprawdę tylko żal i rozczarowanie, a ja tego nie czułem, za dużo czasu minęło. Ja byłem naprawdę wściekły. Poczułem się jak w tym hicie Adele - Rolling in the deep, tyle że bez żadnego popadania w depresję. Po raz pierwszy widziałem go takim, jakim jest naprawdę. Jako małego kłamcę, któremu mylą się imiona chłopaka z Paryża i chłopaka z Sylwestra. Wściekłość rozjaśniła mi umysł, wreszcie przejrzałem na oczy. I zrozumiałem, że nasz problem był jeden. Ja przeceniałem jego, on nie doceniał mnie. Nie jest mi już z tym źle, bo zrobił to ktoś inny.
Dzięki temu, po prawie roku byłem gotowy ruszyć dalej. Grzebiąc w przeszłości największy koszmar roku 2015 mogłem udać się na zdobycie Warszawy i bez żadnego balastu mogłem bawić się w Glamie. Mogłem poznać Mikaela i po raz pierwszy szczęście mam na wyciągnięcie ręki. Nie dzięki Fellow, ale Tinderowi. Choć to przypadek, bo wszystkie te strony i aplikacje, Fellow, Kumpello, Grindr, Tinder - są ulepione z jednej gliny. Jak Kościół Katolicki, na początku pomysł był może i dobry, a cel szczytny, ale ludzie wszystko muszą spieprzyć. Łatwo o seks, łatwo o rozmowę, która do niczego nie prowadzi. Bez problemu można umówić się z kimś na piwo, a nawet wódkę. Tinder bardzo przypomina mi Fellow, bo też momentami cholernie mnie męczył, gdy po raz kolejny pisałem o sobie te same rzeczy, gdy ci faceci wysysali ze mnie wszystko jak wodę z gąbki. Ale był też inny problem, nieco bardziej jaskrawy w tej aplikacji - tylu boskich facetów, z którymi mogę gadać, którzy się odzywają. Tyle możliwości. Ciacha z Wawy, urocze osobniki z Rzeszowa, raz na ruski rok coś ciekawego w Lublinie. Przystojni zagranicznicy, dla których byłem chyba dobrym - jak to mówi mój kolega - targetem. Ich było za dużo, od nadmiaru głowa może boleć, uwierzcie. Gdy mamy za dużo możliwości, nie potrafimy się na nic zdecydować. Gadam z tym boskim brunetem, ale co z tego, jak w tym momencie odezwał się tamten hokeista ze Szwecji, z ciałem jak z Photoshopa. Ale zaraz, jest i następny, rudy brodacz. Potem muskularny azjata. Takiego misz maszu nigdzie nie widziałem i nie zaznałem.
Teraz czuję się jak chodząca reklama tej aplikacji. Jakby jej właściciele mi zapłacili za napisanie tego tekstu. Nie zapłacili, choć w pewnym sensie tak - Mikaelem. Gdyby nie bycie znudzonym któregoś grudniowego wieczoru, gdyby nie ciekawość przed zbadaniem nieznanego zjawiska, nie poznałbym go. Może więc uznajmy to za recenzję tej aplikacji. Dla mnie jest o niebo lepsza od Grindra, bo tam wszystko jest takie toporne i większości jego użytkowników zależy tylko na jednym. Grindr jest dobry głównie jako gadżet do klubów gejowskich, a Tinder potrafi być konkurentem Fellow. Tu i tu możecie znaleźć szczęście, a ja chyba zmuszony jestem odwołać moje wcześniejsze słowa, o bezsensowności takich portali. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia, czyli teraz jako człowiek chyba szczęśliwy powinienem uważać, że te wszystkie nasze wspomagacze są zajebiste, skuteczne, naprawdę mogą nam pomóc. Nie. Czy to dzieło przypadku, czy palec jakiejś siły kosmicznej, prezent od losu... Pojęcia nie mam. To może Was spotkać w klubie gejowskim czy zwykłym. Na Fellow, jak i na Kumpello. Na Grindrze i Tinderze. Na ulicy... gdziekolwiek. Bo jak napisał Żulczyk: To, czego chcesz, przychodzi do ciebie zawsze inaczej, wcześniej, później, w niedoborze, w nadmiarze. Ale przychodzi, zawsze.


Komentarze
Prześlij komentarz