36. PS. Do what u want with my body.
You can't have my heart and
You won't use my mind but
Do what you want with my body
Do what you want with my body
You can't stop my voice cuz
You don't own my life but
Do what you want with my body
Do what you want with my body
Lady Gaga ft Christina Aguilera - Do what u want
Gdy ci smutno, gdy ci źle, jedź do Glamu i najeb się
Słyszałem o tym klubie już dawno temu. Przyjaciółka wspominała czasy, gdy mieszkała w Warszawie i ze swoimi gejami tam balowała. Kolega ciągle namawiał na wypad do niego. Znajoma opowiadała o swojej ostatniej wizycie. Warszawa gejowska kojarzyła mi się tylko z tym jednym klubem. Oczywiście są też inne, jak Toro. W Nowej Jerozolimie też zdaje się organizują imprezy dla tęczowego towarzystwa. Jest też pub dla homoseksualistów - Blok Bar. Kiedyś była i Utopia, miejsce z ostrą selekcją, choć po zdjęciach zamieszczonych na Fejsie wcale bym tego nie powiedział. Ogólnie rzecz biorąc sporo tego jest w Wawie, nie da się jednak ukryć, że myśląc o ewentualnej wycieczce do tego miasta, myślałem tylko o Glamie. Zjawiają się tam znani geje, występują różne Dody i Edyty Górniak, często gości osoba o pseudonimie Dżaga. Zanim poznałem to miejsce, jawiło mi się w głowie jako gejowskie serce stolicy. To była kwestia czasu, gdy się tam zjawię.
Postanowiłem pojechać tam pod koniec listopada, prawie miesiąc po mojej wizycie we wrocławskim HaHu. Umówiłem się z moją przyjaciółką mieszkającą w stolicy, Magdą, służyła mi wtedy za przewodnika i chętnie zwołała też kilkoro znajomych, cobyśmy udali się tam w większym gronie. Zanim odebrała mnie z dworca, uprzedziła, że zjawi się z kolegą hetero - pomyślałem, niech będzie. Gdy go zobaczyłem, pożałowałem. Chłopak wysoki na prawie dwa metry, brunet, z urody podobny do Michała... możecie sobie wyobrazić moją reakcję. To takie jakby wodzenie na pokuszenie, jak postawienie przed cukrzykiem ogromnego tortu. Musicie przyznać, że to podłe, ale trudno, szybko o tym zapomniałem, bo byłem w Warszawie. Na każdym kroku widziałem jakieś osobliwości poubierane w sztuczne futra (coby się wyróżnić z tłumu), z zielonymi, błękitnymi albo jakimiś tam jeszcze innymi włosami, szczupłych chłopców z grzywami, hipsterów, kolorowych... no sami wiecie.
Udaliśmy się w trójkę do Kafefajki, małej knajpki z fajkami wodnymi i możliwością palenia w środku, do tego z przystępnymi jak na Warszawę cenami. Podpiliśmy się, nawet bardzo, dołączyła do nas koleżanka Magdy. Na chwilę tylko wyszedłem do sąsiedniego KFC - chyba nawet nie zdziwiła mnie limuzyna stojąca obok. O odpowiedniej porze mogliśmy ruszyć dalej, do Pawilonów, gdzie miała do nas dołączyć dziewczyna Magdy i ich pozostałe koleżanki, w międzyczasie wysoki kolega zwinął się do domu. Pawilony to kolejne ciekawe miejsce w Wawie - dużo ludzi, dużo miejsc do chlania, dużo chlania. Wręcz za dużo. Nigdzie nie było wolnego stolika, więc cała nasza grupa - czyli ja i sześć lesbijek (:-D), pojechaliśmy do mieszkania dwóch z nich, coby dalej pić przed Glamem. Ciekawa to była zbieranina, a ja chyba nigdy nie byłem w towarzystwie aż tylu lesbijek na raz. Jedna z nich właściwie wyglądała mi na klona głównego bohatera filmu Mama Xaviera Dolana. Serio, toczka w toczkę do niego podobna, jak siostra bliźniaczka. A pozostałe? Chyba każda z każdą kiedyś kręciła albo miała lekki romans. Każda o każdej miała coś do powiedzenia. Co druga porównywała się z pozostałymi, oczywiście siebie uważając za najatrakcyjniejszą. I jedna mówiła przez drugą. Wtedy pomyślałem, że właściwie niewiele różnią się od gejów. W pewnym sensie. Też mają swoje dramaty, też mają swoje ciekawe historie, też bywają niestałe. Co najbardziej rzuciło mi się w oczy, to to, że chyba każda z wyjątkiem dziewczyny Magdy, była skupiona na sobie. Ale odbiegam.
Po krótkim chlaniu w kawalerce z dwoma kotami i antresolą, małej zabawie w "Nigdy nie" i jakichś tam wygłupach, mogliśmy udać się do celu mojej podróży. Nie bardzo były chętne, bardziej chwaliły mi Toro, co jest ciekawe, bo właśnie Toro słabiej wypadało w oczach facetów, wśród których robiłem mały wywiad na temat tych klubów. Dotarliśmy na miejsce jakoś o drugiej w nocy - wielka zaleta, Glam znajduje się w ścisłym centrum stolicy. Łatwo go przeoczyć, bo nie widać żadnego neonu nad drzwiami. Są tylko one, metalowe, niezbyt wyróżniające się. Po wejściu schodzimy w dół, gdzie wita nas niezbyt przyjemnie wyglądający bramkarz, któremu należy zapłacić dziesięć złotych za wejście. Obok znajdziemy szatnię, w której warto zostawić kurtkę, a nawet torbę. Ogólnie Glam składa się z dwóch sal z dwoma barami. Pierwsza to tak zwana sala chilloutu. Kilka stolików przy wielkiej narożnej kanapie, kilka... sam nie wiem jak to nazwać... klocków do postawienia piwa. Słychać tam spokojniejszą muzykę i czuć dym papierosów. Tak, to ważna informacja - chyba w całym Glamie można palić, więc jeśli nie przepadacie za smrodem fajek, możecie mieć z tym problem. Dla mnie to cudne uczucie, móc tańczyć z fajką i można by pomyśleć, że będzie tam wszędzie taki zaduch, że nic tylko siekierę powiesić, ale nie jest tak źle - na parkiecie powietrze ratują duże wiatraki i chyba w całym klubie sprawnie działa wentylacja. Mimo tego wrażliwcom zapach może przeszkadzać, uprzedzam.
Z sali pierwszej do drugiej z parkietami prowadzi niewielki korytarz, którego jedna ściana jest obita przyjemnym futerkiem. Tej pierwszej nocy za każdym razem musiałem ją pomiziać gdy ją mijałem, nie mogłem się oprzeć. W korytarzu znajdują się schody prowadzące do chyba drugiej szatni i kolejne kanapy ze stolikami, chyba dla odpoczywających od zaduchu i zgiełku drugiej sali, która właściwie w pewnym sensie składa się z trzech mniejszych, tak jakby trzech delikatnie wydzielonych parkietów (ale muzyka ta sama). W drugiej sali z lewej strony umieszczono kolejne stoliki, chyba dla widowni tańczących (a oni to kochają, uwierzcie), zaś z prawej na środkowym parkiecie znajduje się konsola didżeja, przed którą postawiono mały podest. Musi być chyba z betonu, bo nie wiem jakim cudem utrzymuje ciężar tylu osób chcących za wszelką cenę się wyróżnić. Podobno tańczą na nim tylko desperaci... no ale w Wyrku też mamy jeden, umieszczony w rogu sali z parkietem i często się na nim zjawiam. Bo często jest pusty i nikt mnie nie tratuje, nikt na mnie nie wpada swoim grubym dupskiem, nikt mnie nie depcze, jest dla mnie oazą spokoju na parkiecie. Na glamowym podeście byłoby to niemożliwe, bo chyba zawsze jest oblężony i moim zdaniem kiedyś zdrowo pierdyknie pod tymi bydłującymi się rozpustnikami. Na końcu trzeciego parkietu znajduje się drugi w Glamie bar. Nigdy nie zaszedłem aż tak daleko. Do tego oczywiście niedaleko wejścia znaleźć można dwa kibelki, damski i męski. Niestety w męskim jest tylko jedna kabina, a księżne stojące w kolejce nawet nie myślą o zauważeniu trzech pisuarów, więc jeśli jesteście nieśmiali, trochę sobie poczekacie na odczucie ulgi w pęcherzu. No, chyba że odwiedzicie podwórko obok Glamu.
A co z klientelą? Po wejściu do środka miałem ochotę piszczeć z radości i chyba nawet to robiłem... jeśli dobrze pamiętam. Ale bardzo cicho, przynajmniej mam taką nadzieję. Ile tu ciach, Magda! Aaa! Tak, poczułem się jak w raju, gdy już przy szatni otaczali mnie brodacze i panowie w obcisłych koszulkach podkreślających ich mięśnie. Tej nocy w Glamie przeważali faceci, co mi się cholernie spodobało. Niewiele tam było dziewczyn, a może po prostu były dla mnie niewidzialne, gdy wkoło było tylu atrakcyjnych panów. To była przewaga Glamu nad HaHem, gdzie często właściwie aż roi się od kobiet. Ogólnie jednak w Wawie powtórzyło się delikatnie to, co miałem we Wrocławiu. Jak to powiedziała moja przyjaciółka, gdy ich zobaczyła - faceci tam byli zrobieni na zasadzie "kopiuj - wklej". I według niej większość miała napisane na twarzach: Pieprz mnie. Można odnieść takie wrażenie. Gdy szliśmy do sali z parkietami, w korytarzu mijał mnie jakiś chłopak, a gdy był już naprawdę blisko, uśmiechnął się do mnie i pomasował mnie po brzuchu. Odwróciłem się do niego z miną What the fuck, ale to wszystko, bo musiałem gonić za grupą lesbijek - przewodniczek. Po dotarciu do celu odkryłem kolejną przewagę tego klubu nad HaHem - jest to muzyka. Jak to mawia moja przyjaciółka Antosia, imprezująca tam kilka lat temu - w Glamie zawsze były najlepsze imprezy. Oczywiście co kto lubi, ale jeśli są tu fani popu i wszystkim znanych hitów (z którymi jest jak z disco polo - nikt nie słucha, ale wszyscy znają tekst), odnajdziecie się na parkiecie i zapomnicie o całym świecie.
Zanim tam wszedłem, usłyszałem od Magdy, że Glam zagina czasoprzestrzeń. I sam się o tym doskonale przekonałem, bo gdy tam dotarliśmy, było około drugiej. A gdy po jakiejś chwili zerknąłem na telefon, była siódma rano. Nie wiem jak to się dzieje, kiedy to minęło, w jaki sposób nie czuć tam upływu czasu i jakim cudem nie czułem zmęczenia... ale to jest właśnie najlepsze. Do Warszawy zajechałem w sobotę, po piątkowej imprezie urodzinowej kolegi. Miałem lekkiego kaca, byłem niewyspany. A jednak spędziłem na glamowym parkiecie pięć bitych godzin. Dlaczego? Jedno słowo - faceci. Po pierwszej chwili tańczenia rozejrzałem się dookoła, tak po prostu, z ciekawości. Czy powodem była moja krwista koszula, rzucający się w oczy bandaż na ręce (mały wypadek) czy po prostu fakt, że byłem tam nową twarzą... a może wszystko to razem wzięte - nie wiem. Wiem natomiast, że efekt mnie powalił. Rozejrzałem się i z satysfakcją uświadomiłem sobie, że obserwowało mnie kilku facetów stojących dookoła z każdej strony. Kilku innych przelotnie zerkało co chwilę (bo niestety mieli partnerów do tańca). Te ich spojrzenia były dla mnie jakimiś akumulatorami, po każdej małej przerwie ciągnąłem Magdę i jej dziewczynę z powrotem na parkiet, w ogóle nie czując zmęczenia, chcąc dalej pławić się w tym blasku. Biedne niestety nie miały takich akumulatorów, dlatego zmieniały się - gdy jedna ze mną tańczyła, druga odpoczywała. A ja bawiłem się najlepiej, jak nigdy nigdzie.
Magda zauważyła te spojrzenia. Dlatego wciągnęła mnie w sam środek parkietu, w samo centrum wibrujących ciał. Po chwili zauważyłem, jak podobna nam parka, tj. chłopak i dziewczyna, zbliżali się do nas stopniowo, aż tańczyliśmy właściwie ramię w ramię z nimi. Choć nie byli jedyni. Do Magdy ciągle próbowały zbliżać się jakieś babki, a gdy ja się odwracałem, zauważałem kolejnych panów tańczących wręcz na mnie. I tu niestety zawiodłem. Mimo wszystko nieśmiałość nadal głęboko we mnie tkwi, do tego na parkiecie czuję się trochę jak we własnym świecie - przymykam oczy, śpiewam i tańczę, jakby jutra miało nie być. Krótko mówiąc wszystko mam w dupie, nie podtrzymuję żadnego kontaktu wzrokowego, gdy się rozglądam i widzę, że ktoś na mnie patrzy, natychmiast uciekam wzrokiem. Po prostu nie umiem flirtować oczami. Jeden tylko facet szczególnie zwrócił moją uwagę. Wysoki bydlak, z twarzy taki sukinkot. Co zerknął na mnie, to ja w sufit. Co ja zerknąłem na niego, to on w podłogę. Trochę mu współczułem, bo jego chłopak lub zwykły partner do tańca, zachowywał się jakby miał w dupie piskorza, czym skutecznie zwracał na siebie uwagę, no i sprawiał, że mi odechciewało się czegokolwiek z panem Bydlakiem. Do what u want with my body. Oni wręcz zdają się krzyczeć o tym. Jeden chłopak zdjął koszulkę i wskoczył na podest, skąd świecił do wszystkich spoconą klatą. Częste są też małe maski karnawałowe, a podczas Sylwestra wielu chłopaków miało twarze wytarzane w brokacie. Jakiś dzieciak z tlenionymi włosami miał na sobie złotą, połyskującą kurtkę i takie same spodnie. Oni tam robią co mogą, byle zwrócić na siebie uwagę pozostałych, byle błyszczeć i lśnić jaśniej od reszty, by osiągnąć swój cel wypisany na twarzy.
Mimo wszystko to naprawdę ciekawe zbiorowisko. Któregoś razu widziałem tam babkę koło 40-tki, z dziwnymi okularami przeciwsłonecznymi na nosie. Normalnie wzbudziłaby we mnie ironiczny uśmiech, ale tak się nie stało, bo tańczyła w taki sposób, że nie mogłem przestać się gapić. Boże, jak ja chciałbym umieć się tak ruszać, nie macie pojęcia. Ogólnie w Glamie można nauczyć się kilku nowych ruchów. Jedna parka chłopaczków-dzieciaczków zwróciła moją uwagę, ale wywołała raczej uśmiech politowania, nie podziw. Ruszali się jakby kości nie mieli, i tak ciągle kręcili tymi głowami, raz w jedną, raz w drugą stronę. Robili to tak... elastycznie i szybko, że gdybym ja chciał ich naśladować, pewnie bym sobie skręcił kark. Ale warto też wspomnieć o widowni tancerzy. To często faceci w późnym kwiecie wieku, niezbyt wyróżniający się z tłumu. Stojący lub siedzący z drinkiem i tak bezustannie obserwujący młodych chłopaków. Wypełnione grubymi portfelami kieszenie i oczy zdradzające chęć zaspokojenia potrzeb seksualnych to ich główne cechy charakterystyczne. Ich spojrzenia mogą być irytujące, ale szybko się o nich zapomina. Chyba, że są bardziej śmiali, ale ja na szczęście tej ich śmiałości nie doświadczyłem.
O czym muszę jeszcze wspomnieć, a co bardzo mi się spodobało - w Glamie byłem anonimowy, nikt mnie tam nie znał. Obserwowałem te grupki znajomych, widziałem witających się po pedalsku całusami facetów, plotkujących o pozostałych, kojarzących większość z Fellow, Grindra czy imprez. A ja stałem z boku tego wszystkiego. Z nikim nie musiałem się witać, z nikim nie musiałem rozmawiać, z nikim nie łączyła mnie jakaś burzliwa czy wstydliwa przeszłość. Wyraźnie byłem poza tym warszawskim środowiskiem, wręcz czułem się trochę tak, jakbym w szkole poszedł na lekcje do fajniejszej, ale obcej klasy. Cholernie mi się to spodobało. Choć po trzech razach w Glamie kojarzę już pewne twarze i pracowników, to jednak wciąż nie ma mnie w warszawskim świecie poza tym klubem, który też jest ważny, by wejść w to wszystko. I gdy przyszedłem tam za trzecim razem, już z samym Mikaelem, uświadomiłem sobie pewną rzecz, z której nie do końca byłem zadowolony. Otóż gdy po raz pierwszy w życiu przyszedłem do takiego klubu z facetem, nie czułem tego... sam nie wiem jak to nazwać... dreszczyku emocji? Tej ekscytacji? Może po prostu sprawiła to muzyka, która tej nocy akurat wyjątkowo mi nie odpowiadała, może przeważająca liczba dziewczyn, a może właśnie obecność Mikaela. To stanowczo nie jest to samo, przyjść do gejowskiego klubu z facetem, co ze znajomymi. Czyli przychodziłem do takich miejsc żeby znaleźć faceta? A może chodziło o to, że takie kluby uwielbiam, bo nigdzie tak jak w nich, nie czuję się atrakcyjny i pożądany. A przy Mikaelu już nie musiałem tego czuć, nie było takiej potrzeby, miałem go pod ręką, jest już ten facet, więc na cholerę mi teatrzyk przed przystojną widownią?
Choć bywa tam zbyt tłoczno i czasem jedyne co mogę na parkiecie to ruszyć palcem u stopy, choć bywają tam omdlenia, choć muzyka raz na ruski rok nie jest najlepsza, to jednak pokochałem ten klub od pierwszego wejrzenia. Nigdy i nigdzie tak dobrze się nie bawiłem. Gdybym miał porównać HaHy sopocki i wrocławski z Glamem... to nawet nie mam jak tego zrobić. W pewnym sensie występuje w tych klubach inna mentalność, a co jest tego przyczyną - zielonego pojęcia nie mam. W Glamie wyraźnie wyczuwałem atmosferę gejowską, a w HaHach... no już nie, wyraźnie odebrałem te kluby jako kluby LGBT. A można by zapytać - na co lesbijkom geje, na co gejom lesbijki? Pomijając już kwestię dobrej zabawy w różnorodnym gronie, fakt jest taki, że jedne na drugich nie polecą i vice versa. A o to tam chodzi. Tak by przynajmniej wynikało z moich obserwacji. Nawet jeśli nie, to przyjemniej dziewczynom potańczyć przed dziewczynami, to samo dotyczy facetów. Glam, moim zdaniem, ma wiele zalet, tak jak ma i kilka wad (choćby problemy z toaletami, będące często przyczyną zamknięcia klubu), ale oprócz tego wszystkiego, co dzisiaj opisałem, będzie dla mnie już zawsze tym szczególnym miejscem. Miejscem, w którym poznałem Mikaela.
Z sali pierwszej do drugiej z parkietami prowadzi niewielki korytarz, którego jedna ściana jest obita przyjemnym futerkiem. Tej pierwszej nocy za każdym razem musiałem ją pomiziać gdy ją mijałem, nie mogłem się oprzeć. W korytarzu znajdują się schody prowadzące do chyba drugiej szatni i kolejne kanapy ze stolikami, chyba dla odpoczywających od zaduchu i zgiełku drugiej sali, która właściwie w pewnym sensie składa się z trzech mniejszych, tak jakby trzech delikatnie wydzielonych parkietów (ale muzyka ta sama). W drugiej sali z lewej strony umieszczono kolejne stoliki, chyba dla widowni tańczących (a oni to kochają, uwierzcie), zaś z prawej na środkowym parkiecie znajduje się konsola didżeja, przed którą postawiono mały podest. Musi być chyba z betonu, bo nie wiem jakim cudem utrzymuje ciężar tylu osób chcących za wszelką cenę się wyróżnić. Podobno tańczą na nim tylko desperaci... no ale w Wyrku też mamy jeden, umieszczony w rogu sali z parkietem i często się na nim zjawiam. Bo często jest pusty i nikt mnie nie tratuje, nikt na mnie nie wpada swoim grubym dupskiem, nikt mnie nie depcze, jest dla mnie oazą spokoju na parkiecie. Na glamowym podeście byłoby to niemożliwe, bo chyba zawsze jest oblężony i moim zdaniem kiedyś zdrowo pierdyknie pod tymi bydłującymi się rozpustnikami. Na końcu trzeciego parkietu znajduje się drugi w Glamie bar. Nigdy nie zaszedłem aż tak daleko. Do tego oczywiście niedaleko wejścia znaleźć można dwa kibelki, damski i męski. Niestety w męskim jest tylko jedna kabina, a księżne stojące w kolejce nawet nie myślą o zauważeniu trzech pisuarów, więc jeśli jesteście nieśmiali, trochę sobie poczekacie na odczucie ulgi w pęcherzu. No, chyba że odwiedzicie podwórko obok Glamu.
A co z klientelą? Po wejściu do środka miałem ochotę piszczeć z radości i chyba nawet to robiłem... jeśli dobrze pamiętam. Ale bardzo cicho, przynajmniej mam taką nadzieję. Ile tu ciach, Magda! Aaa! Tak, poczułem się jak w raju, gdy już przy szatni otaczali mnie brodacze i panowie w obcisłych koszulkach podkreślających ich mięśnie. Tej nocy w Glamie przeważali faceci, co mi się cholernie spodobało. Niewiele tam było dziewczyn, a może po prostu były dla mnie niewidzialne, gdy wkoło było tylu atrakcyjnych panów. To była przewaga Glamu nad HaHem, gdzie często właściwie aż roi się od kobiet. Ogólnie jednak w Wawie powtórzyło się delikatnie to, co miałem we Wrocławiu. Jak to powiedziała moja przyjaciółka, gdy ich zobaczyła - faceci tam byli zrobieni na zasadzie "kopiuj - wklej". I według niej większość miała napisane na twarzach: Pieprz mnie. Można odnieść takie wrażenie. Gdy szliśmy do sali z parkietami, w korytarzu mijał mnie jakiś chłopak, a gdy był już naprawdę blisko, uśmiechnął się do mnie i pomasował mnie po brzuchu. Odwróciłem się do niego z miną What the fuck, ale to wszystko, bo musiałem gonić za grupą lesbijek - przewodniczek. Po dotarciu do celu odkryłem kolejną przewagę tego klubu nad HaHem - jest to muzyka. Jak to mawia moja przyjaciółka Antosia, imprezująca tam kilka lat temu - w Glamie zawsze były najlepsze imprezy. Oczywiście co kto lubi, ale jeśli są tu fani popu i wszystkim znanych hitów (z którymi jest jak z disco polo - nikt nie słucha, ale wszyscy znają tekst), odnajdziecie się na parkiecie i zapomnicie o całym świecie.
Zanim tam wszedłem, usłyszałem od Magdy, że Glam zagina czasoprzestrzeń. I sam się o tym doskonale przekonałem, bo gdy tam dotarliśmy, było około drugiej. A gdy po jakiejś chwili zerknąłem na telefon, była siódma rano. Nie wiem jak to się dzieje, kiedy to minęło, w jaki sposób nie czuć tam upływu czasu i jakim cudem nie czułem zmęczenia... ale to jest właśnie najlepsze. Do Warszawy zajechałem w sobotę, po piątkowej imprezie urodzinowej kolegi. Miałem lekkiego kaca, byłem niewyspany. A jednak spędziłem na glamowym parkiecie pięć bitych godzin. Dlaczego? Jedno słowo - faceci. Po pierwszej chwili tańczenia rozejrzałem się dookoła, tak po prostu, z ciekawości. Czy powodem była moja krwista koszula, rzucający się w oczy bandaż na ręce (mały wypadek) czy po prostu fakt, że byłem tam nową twarzą... a może wszystko to razem wzięte - nie wiem. Wiem natomiast, że efekt mnie powalił. Rozejrzałem się i z satysfakcją uświadomiłem sobie, że obserwowało mnie kilku facetów stojących dookoła z każdej strony. Kilku innych przelotnie zerkało co chwilę (bo niestety mieli partnerów do tańca). Te ich spojrzenia były dla mnie jakimiś akumulatorami, po każdej małej przerwie ciągnąłem Magdę i jej dziewczynę z powrotem na parkiet, w ogóle nie czując zmęczenia, chcąc dalej pławić się w tym blasku. Biedne niestety nie miały takich akumulatorów, dlatego zmieniały się - gdy jedna ze mną tańczyła, druga odpoczywała. A ja bawiłem się najlepiej, jak nigdy nigdzie.
Magda zauważyła te spojrzenia. Dlatego wciągnęła mnie w sam środek parkietu, w samo centrum wibrujących ciał. Po chwili zauważyłem, jak podobna nam parka, tj. chłopak i dziewczyna, zbliżali się do nas stopniowo, aż tańczyliśmy właściwie ramię w ramię z nimi. Choć nie byli jedyni. Do Magdy ciągle próbowały zbliżać się jakieś babki, a gdy ja się odwracałem, zauważałem kolejnych panów tańczących wręcz na mnie. I tu niestety zawiodłem. Mimo wszystko nieśmiałość nadal głęboko we mnie tkwi, do tego na parkiecie czuję się trochę jak we własnym świecie - przymykam oczy, śpiewam i tańczę, jakby jutra miało nie być. Krótko mówiąc wszystko mam w dupie, nie podtrzymuję żadnego kontaktu wzrokowego, gdy się rozglądam i widzę, że ktoś na mnie patrzy, natychmiast uciekam wzrokiem. Po prostu nie umiem flirtować oczami. Jeden tylko facet szczególnie zwrócił moją uwagę. Wysoki bydlak, z twarzy taki sukinkot. Co zerknął na mnie, to ja w sufit. Co ja zerknąłem na niego, to on w podłogę. Trochę mu współczułem, bo jego chłopak lub zwykły partner do tańca, zachowywał się jakby miał w dupie piskorza, czym skutecznie zwracał na siebie uwagę, no i sprawiał, że mi odechciewało się czegokolwiek z panem Bydlakiem. Do what u want with my body. Oni wręcz zdają się krzyczeć o tym. Jeden chłopak zdjął koszulkę i wskoczył na podest, skąd świecił do wszystkich spoconą klatą. Częste są też małe maski karnawałowe, a podczas Sylwestra wielu chłopaków miało twarze wytarzane w brokacie. Jakiś dzieciak z tlenionymi włosami miał na sobie złotą, połyskującą kurtkę i takie same spodnie. Oni tam robią co mogą, byle zwrócić na siebie uwagę pozostałych, byle błyszczeć i lśnić jaśniej od reszty, by osiągnąć swój cel wypisany na twarzy.
Mimo wszystko to naprawdę ciekawe zbiorowisko. Któregoś razu widziałem tam babkę koło 40-tki, z dziwnymi okularami przeciwsłonecznymi na nosie. Normalnie wzbudziłaby we mnie ironiczny uśmiech, ale tak się nie stało, bo tańczyła w taki sposób, że nie mogłem przestać się gapić. Boże, jak ja chciałbym umieć się tak ruszać, nie macie pojęcia. Ogólnie w Glamie można nauczyć się kilku nowych ruchów. Jedna parka chłopaczków-dzieciaczków zwróciła moją uwagę, ale wywołała raczej uśmiech politowania, nie podziw. Ruszali się jakby kości nie mieli, i tak ciągle kręcili tymi głowami, raz w jedną, raz w drugą stronę. Robili to tak... elastycznie i szybko, że gdybym ja chciał ich naśladować, pewnie bym sobie skręcił kark. Ale warto też wspomnieć o widowni tancerzy. To często faceci w późnym kwiecie wieku, niezbyt wyróżniający się z tłumu. Stojący lub siedzący z drinkiem i tak bezustannie obserwujący młodych chłopaków. Wypełnione grubymi portfelami kieszenie i oczy zdradzające chęć zaspokojenia potrzeb seksualnych to ich główne cechy charakterystyczne. Ich spojrzenia mogą być irytujące, ale szybko się o nich zapomina. Chyba, że są bardziej śmiali, ale ja na szczęście tej ich śmiałości nie doświadczyłem.
O czym muszę jeszcze wspomnieć, a co bardzo mi się spodobało - w Glamie byłem anonimowy, nikt mnie tam nie znał. Obserwowałem te grupki znajomych, widziałem witających się po pedalsku całusami facetów, plotkujących o pozostałych, kojarzących większość z Fellow, Grindra czy imprez. A ja stałem z boku tego wszystkiego. Z nikim nie musiałem się witać, z nikim nie musiałem rozmawiać, z nikim nie łączyła mnie jakaś burzliwa czy wstydliwa przeszłość. Wyraźnie byłem poza tym warszawskim środowiskiem, wręcz czułem się trochę tak, jakbym w szkole poszedł na lekcje do fajniejszej, ale obcej klasy. Cholernie mi się to spodobało. Choć po trzech razach w Glamie kojarzę już pewne twarze i pracowników, to jednak wciąż nie ma mnie w warszawskim świecie poza tym klubem, który też jest ważny, by wejść w to wszystko. I gdy przyszedłem tam za trzecim razem, już z samym Mikaelem, uświadomiłem sobie pewną rzecz, z której nie do końca byłem zadowolony. Otóż gdy po raz pierwszy w życiu przyszedłem do takiego klubu z facetem, nie czułem tego... sam nie wiem jak to nazwać... dreszczyku emocji? Tej ekscytacji? Może po prostu sprawiła to muzyka, która tej nocy akurat wyjątkowo mi nie odpowiadała, może przeważająca liczba dziewczyn, a może właśnie obecność Mikaela. To stanowczo nie jest to samo, przyjść do gejowskiego klubu z facetem, co ze znajomymi. Czyli przychodziłem do takich miejsc żeby znaleźć faceta? A może chodziło o to, że takie kluby uwielbiam, bo nigdzie tak jak w nich, nie czuję się atrakcyjny i pożądany. A przy Mikaelu już nie musiałem tego czuć, nie było takiej potrzeby, miałem go pod ręką, jest już ten facet, więc na cholerę mi teatrzyk przed przystojną widownią?
Choć bywa tam zbyt tłoczno i czasem jedyne co mogę na parkiecie to ruszyć palcem u stopy, choć bywają tam omdlenia, choć muzyka raz na ruski rok nie jest najlepsza, to jednak pokochałem ten klub od pierwszego wejrzenia. Nigdy i nigdzie tak dobrze się nie bawiłem. Gdybym miał porównać HaHy sopocki i wrocławski z Glamem... to nawet nie mam jak tego zrobić. W pewnym sensie występuje w tych klubach inna mentalność, a co jest tego przyczyną - zielonego pojęcia nie mam. W Glamie wyraźnie wyczuwałem atmosferę gejowską, a w HaHach... no już nie, wyraźnie odebrałem te kluby jako kluby LGBT. A można by zapytać - na co lesbijkom geje, na co gejom lesbijki? Pomijając już kwestię dobrej zabawy w różnorodnym gronie, fakt jest taki, że jedne na drugich nie polecą i vice versa. A o to tam chodzi. Tak by przynajmniej wynikało z moich obserwacji. Nawet jeśli nie, to przyjemniej dziewczynom potańczyć przed dziewczynami, to samo dotyczy facetów. Glam, moim zdaniem, ma wiele zalet, tak jak ma i kilka wad (choćby problemy z toaletami, będące często przyczyną zamknięcia klubu), ale oprócz tego wszystkiego, co dzisiaj opisałem, będzie dla mnie już zawsze tym szczególnym miejscem. Miejscem, w którym poznałem Mikaela.

Komentarze
Prześlij komentarz