37. PS. It's always darkest before the dawn.

źródło pierwotne: boredpanda.com

I remember all of the things that I though I wanted to be
So desperate to find a way out of my world and finally breath
Right before my eyes I saw, my heart it came to life
This ain't easy it's not meant to be
Every story has it's scars

When the pain cuts you deep
When the night keeps you from sleeping
Just look and you will see
That I will be your remedy
When the world seems so cruel
And your heart makes you feel like a fool
I promise you will see
That I will be, I will be 
Your remedy
Adele - Remedy

No-one on earth could feel like this
I'm thrown and overblown with bliss
There must be an angel
Playing with my heart
I walk into an empty room
And suddenly my heart goes "boom"!
It's an orchestra of angels
And they're playing with my heart
Eurythmics - There must be an angel

Jak my uwielbiamy cierpieć, to chyba nawet sami nie wiemy. Często lubię uzależniać słuchaną muzykę od nastroju, to wywołuje ciarki i dreszcze, które tak kocham. Nie jest trudno znaleźć jakiś smętny kawałek mówiący o tym, jacy to jesteśmy nieszczęśliwi, jak ten gnój nas źle potraktował, jak w cierpieniu mogłaby nam dorównać tylko Elizabeth Taylor. Nie jest też trudno znaleźć piękne cytaty w patetyczny sposób opowiadające o tej naszej męce. Ach, ach, ten dramatyzm, patos, tyle ran w sobie nosimy, nasze serca krwawią, życie jest niesprawiedliwe, on nie wie co traci, i tak dalej, i tak dalej, to jest obecne wszędzie, na Fejsie istnieje milion stron publikujących takie mądrości i fragmenty książek. Mnóstwo tego jest wokół nas. Od cholery wręcz, bym powiedział. A znajdź człowieku piosenkę w sposób radosny opisującą miłość, wychwalającą jej zalety albo opisującą, co czują zakochani z wzajemnością... Niejednej świecy do tego trzeba, oj niejednej. A nawet w tych z pozoru radosnych łatwo wyczuć nutkę goryczy, jak choćby u Adele, której chyba wszystkie piosenki są przesiąknięte nostalgią i smutkiem. Nawet te pozytywne, jak Remedy. Łatwo tę piosenkę pomylić z Make you feel my love, trochę są do siebie podobne, ale w tej drugiej mimo wszystko - moim zdaniem - narrator śpiewa do kogoś, kogo kocha bez wzajemności... ale... to nie o brytyjskim pączusiu z zajebistym śmiechem jest ten wpis. Tak na marginesie - jej śmiech delikatnie przywodzi mi na myśl śmiech Janice, irytującej babki kręcącej się ciągle wokół Chandlera z Przyjaciół.

Wróćmy jednak do głównego tematu tego finałowego wpisu, czyli Mikaela. Wspomniałem o nim w dwóch poprzednich wpisach, niezbyt pozornie dałem do zrozumienia, że stał się dla mnie kimś ważnym, dlatego niektórzy mogą sobie zadawać pytanie, kim on do cholery jest. Spieszę z odpowiedzią. Nieco długą, ale znacie mnie już przecież. Wszystko zaczęło się na Tinderze, a swój finał miało w Glamie. Choć czy to na pewno był finał? Akcja toczy się cały czas... załóżmy więc, że po prostu był to jeden z ważniejszych momentów tej historii. Na Tinderze wszystko odbyło się po bożemu, dałem mu serduszko, po czym okazało się natychmiast, że on dał i mnie, a gdy zobaczył naszą parę, długo nie czekał, prędko się odezwał. Niestety nie pamiętam przebiegu tej rozmowy. To było takie pierdu pierdu o wszystkim i o niczym. Dlaczego? Mikael, jak możecie się domyślić po samym imieniu, nie jest Polakiem. Pochodzi z niewielkiego kraju znajdującego się niezły kawałek od Polski, przyjechał do nas jakieś dwa miesiące wcześniej, więc oczywiście nie zna polskiego. Zmuszeni wobec tego byliśmy rozmawiać po angielsku.

Nie była to dla mnie nowość na Tinderze, bo jak już pisałem wcześniej, często pisali tam do mnie obcokrajowcy. Było to jednak męczące w pewien sposób, bo jestem pod tym względem prawdziwym Polakiem - zrozumiem co do mnie mówią, ale sam boję się mówić. Mimo obaw jednak musiałem to robić, wtedy często i gęsto. Tak często, że odbiło się to na mojej psychice i snach, konkretnie jednym, erotycznym. Otóż w trakcie wojny byłem uciekającym Żydem z fałszywym paszportem, którego zatrzymał jakiś wielki oficer Gestapo, który szybko połapał się w czym rzecz. A gdy się połapał, przystąpił do akcji, której szczegółów Wam oszczędzę - powiem tylko, że rano obudziłem się z maślanym uśmiechem na twarzy. Ale znów odbiegam. Rozmowy z Mikaelem niczym się nie wyróżniały. Mieszkał w Warszawie, więc do szybkiego spotkania nie mogło dojść. Na wiele nie liczyłem, traktowałem to jako kolejną rozmowę prowadzącą donikąd. I tu na scenie pojawia się Glam.

Tak bardzo spodobało mi się w tym klubie, że postanowiłem tam pojechać na Sylwestra. Niestety samemu byłoby mi głupio, musiałbym chyba wypić hektolitry wódki, by samemu wejść na parkiet i bawić się tak dobrze, jak ze znajomymi. Z pomocą przyszła mi zaprzyjaźniona para lesbijek, zaoferowały, że chętnie tam ze mną pojadą, na co ja chętnie przystałem. Mogłem o tym powiedzieć Mikaelowi, i jak z początku sami nie byliśmy przekonani do tego pomysłu, tak w końcu ustaliliśmy, że w taki sposób spędzimy pierwszą randkę. Nieco inaczej, w sposób odbiegający od tradycyjnych kilku piw w knajpie i drętwej rozmowy, ale jak się później okazało, był to strzał w dziesiątkę. Chciałem mieć tego dnia pod ręką jakiegoś faceta, bo wiadomo, północ wybija, dookoła ludzie składają sobie życzenia, tulą się, całują, a ja? Oczywiście istniało prawdopodobieństwo, że poznam kogoś na miejscu, wolałem się jednak zabezpieczyć i mieć stuprocentową pewność, że sam w tak ważnej chwili nie będę. Mikael chciał jednak spotkać się przed imprezą w Glamie, pójść na jakieś małe oswajanie z dodatkiem alkoholu, poznanie się, a pewnie tak naprawdę wybadanie, czy w ogóle opłaca mu się ze mną balować do rana. Tak niestety się nie stało, bo zajechaliśmy z dziewczynami do Warszawy z godzinnym opóźnieniem, PKP jak zwykle niezawodnie zawiodło swoich klientów, a Mikael mógł mnie poznać dopiero w klubie.

Dotarliśmy do hostelu chyba koło 20, więc wypiliśmy po jednym piwie, wystroiliśmy się i ruszyliśmy z powrotem do centrum. Szykowałem się i długo czekałem na ten dzień. Nowa koszula z gejowskiej Zary, nowe spodnie. Niestety koszulę zdążyłem delikatnie zniszczyć żelazkiem (bo przecież świat by się skończył, gdyby choć raz coś poszło po mojej myśli), ale nie było tak tego widać. Mały postój w Maku i mogliśmy udać się do naszego celu podróży. Nie bez problemów i pomocy GPS dotarliśmy do Glamu jakoś przed 23 i jedyne co mogliśmy zrobić, to czekać na mój przyszły obiekt westchnień. Muszę wspomnieć, że nie miałem wielkich oczekiwań po tym spotkaniu. Wręcz trochę się obawiałem, że Mikael mi się nie spodoba i pożałuję, że się z nim umówiłem, blokując sobie możliwość poznania kogoś nowego w Glamie. Owszem, widziałem jego zdjęcia, wiedziałem jak wygląda, ale bałem się, że zdjęcia przedstawiły go w przystojnym świetle, podczas gdy w świecie realnym byłby to produkt niezgodny z opisem. Bardziej szykowałem się dla Glamu, niż dla niego. Stanowczo nie wystąpiło to co przed pierwszym spotkaniem z Koszmarem 2015 roku. Podszedłem do tego na luzie i z lekkimi obawami, to wszystko. Gdy napisał, że już przyszedł, poszedłem po niego, a wtedy... cholernie miło się zaskoczyłem. Przede mną stał facet. Prawdziwy facet. Wyższy, szerszy, ogólnie większy ode mnie. To co lubię najbardziej. Przystojny, do tego z męskim głosem. Nikt nie powiedziałby po nim, że jest gejem.

Wróciliśmy razem do stolika, przy którym siedziałem z dziewczynami i chwilkę porozmawialiśmy. Cholernie się tego bałem, tej rozmowy. Wiecie, pisać zawsze jest łatwiej. Mam w telefonie włączoną angielską klawiaturę, więc autokorekta automatycznie mnie poprawia lub podpowiada właściwą pisownię. Do tego miałem ciągle pod ręką internetowe translatory, a na żywo? Stresowałem się, nie wiedziałem co będę mówił, obawiałem się, że przed każdym słowem będę musiał się zastanowić... ale może sprawiły to piwa, a może obawy były po prostu bezpodstawne, bo nie było z tym większego problemu. Dobrze się rozumieliśmy. Po kilku fajkach i łykach piwa postanowiliśmy wszyscy pójść na parkiet, była jakaś chwila przed północą. Wtedy nastąpiło kolejne miłe zaskoczenie. On potrafi tańczyć! Tego też się bałem, że na parkiecie będzie bezmyślnie bujającą się kłodą, ale to co zobaczyłem było raczej wdzięczną brzózką. Przyznaję, spodobał mi się z wyglądu, spodobała mi się jego sylwetka, jego oczy i silne dłonie. Ale dopiero gdy zobaczyłem jak tańczy, byłem jego. Łatwo poszło, co? Gdy wybiła północ zapytał, czy się pocałujemy, oczywiście zrobiliśmy to, ale delikatnie się zawstydziłem. I on to uwielbiał. Gdy mijały kolejne godziny, gdy kolejne kufle były odkładane na bok, robił się coraz śmielszy.

Wprost przyznał, że też nie miał wielkich oczekiwań po tym spotkaniu, że na wiele nie liczył, ale miło się zaskoczył. Nie spodziewał się, że tak mu się spodobam. Z tamtej nocy w Glamie pamiętam tylko te jego dobre i ciepłe oczy wpatrzone we mnie, gdy ciągle prawił mi kolejne komplementy. Wtedy w mojej głowie pojawiło się złe pytanie - to on mi się podoba, czy sposób, w jaki ja podobam się jemu? A może po prostu się wstawił? Ale szybko o tym zapomniałem, bo ciągle był obok. Non stop chciał się całować i przytulać, kręcił mną na parkiecie jak kukiełką, odważnie przygważdżał do ściany... Było gorąco, a ja zapomniałem o całym świecie. To nie była randka. To nie była żadna rozmowa kwalifikacyjna do związku. Był alkohol, była głośna muzyka i byliśmy my dwaj. Wszystko wypływało samo, naturalnie, nic nie było wymuszone. Po raz pierwszy bawiłem się tak u boku jakiegoś faceta. Tylko uszy miałem obolałe, bo uwielbiał robić użytek ze swoich zębów, a gdy się z nim droczyłem, chciałem odejść, odmawiałem pocałunków czy nie dawałem się gryźć, krzyczał takie boskie Ej! Co prawda to nic szczególnego, ale gdy widzisz obcokrajowca mówiącego po angielsku, takie "ej" zdaje się podwójnie urocze. Jak on sam, nie wiem dlaczego, ale ta blokada językowa i jakaś aura 'zagraniczności' sprawiały, że w moich oczach momentami był dużym chłopcem. Po prostu samo to, że ktoś nie mówi w naszym języku sprawia, że w pewnym sensie jawi on się jako uroczy, że nic tylko go przytulić albo cmokać. 

Spędziliśmy razem na parkiecie sześć bitych godzin, od północy do szóstej rano. Dziewczyny zmyły się jakoś koło piątej, a po godzinie wyszedłem i ja. Choć i tu nie obyło się bez małych komplikacji, Mikael zgubił gdzieś kluczyk od szatni, był trochę bardzo pijany. Powiedziałem mu wtedy, że w Polsce na takich jak on mówimy sierota. Jak on się uroczo oburzył... I am not sirota! Chyba żaden facet nie wydawał mi się tak słodki. Udaliśmy się do pustego mieszkania jego przyjaciółki, które znajdowało się bliżej, niż jego własne. Wygrała wygoda. Poza tym jak to jest, że w klubie czujemy się już lekko trzeźwi, nieco bardziej przytomni, ale natychmiast po wyjściu na zewnątrz z podwójną siłą czujemy płynący w nas alkohol? Taka mała zagwozdka. To najgorszy moment imprezowania. Po wyjściu z klubu chciałbym się automatycznie teleportować do mojego łóżka, nie mam siły, jestem padnięty, a tu nie dość, że piździ jak cholera, to jeszcze muszę się wlec tramwajem. Dotarliśmy, ale nie mieliśmy na nic siły, padliśmy na łóżko i zasnęliśmy przytuleni. Choć on natychmiast po zamknięciu oczu chrapał mi do ucha tak głośno, że zaśnięcie chwilę mi zajęło. Obudziłem się o dziewiątej i natychmiast zacząłem się ubierać. W nocy padł mi telefon, więc nie miałem żadnego kontaktu z przyjaciółką. Wiedziałem, że jest w hostelu, gdzie zostawiłem torbę (właściwie tylko za to zapłaciłem, za zostawienie tam torby na noc), wiedziałem też, że chce wracać do Lublina rano. Przeraziłem się, niezbyt czule pożegnałem z Mikaelem i wybiegłem na tramwaj, chcąc dotrzeć do hostelu.

Jak się później okazało, całkiem niepotrzebnie. Dopiero syberyjskie mrozy przywróciły mi jako taką jasność umysłu - kartę z rozładowanego telefonu wsadziłem do drugiego, dzięki czemu mogłem się dodzwonić do przyjaciółki, która w tym momencie znajdowała się na Dworcu Centralnym. Pojechałem tam bezsensownie, bo dziewczyny pojechały do Lublina pociągiem o 9:50, więc praktycznie się minęliśmy. I tak zostałem na tym cholernym dworcu, mając pod kurtką tylko koszulę, nie mając swoich rzeczy, nie mając żadnego kontaktu z Mikaelem. Następny pociąg miałem dwie godziny później, zaszedłem więc do burżujskiego Starbucksa, bo wszystko inne było tego dnia zamknięte. Zjadłem jakieś kanapki, wypiłem odjebaną w kosmos kawę i wyszedłem na fajkę przed dworzec jakieś milion razy, prawie za każdym padając ofiarą bezdomnych i żuli kręcących się tam całą dobę, którym nawet do łba nie przyjdzie, by rzucić palenie. Nie mając już wymówek, by im nie dawać fajek, udałem się na mały spacer. Boże, jak ja strasznie się wtedy czułem. Oczy mi łzawiły od chłodu, nos zamienił się w odkręcony kran, palce mi zamarzały na kość, a do tego wiało jak na Podhalu. Połaziłem dookoła dworca, aż zauważyłem Pałac Kultury - usiadłem pod nim na jakiejś ławeczce, wypalając dwie fajki. Gdyby ktoś mnie wtedy obserwował, mógłby pomyśleć, że po prostu na kogoś czekam. A ja po prostu nigdy nie byłem tak blisko najsłynniejszego budynku w Polsce.

Gdy wreszcie przyjechał mój pociąg, mój los nie odmienił się na lepsze. Przedział na osiem osób, oczywiście każde miejsce zajęte, w tym trzy przez jakieś dzierlatki jadące z Wrocławia, tak bardzo epatujące swoją imprezą sylwestrową. Każda z kocem, każda z jaśkiem pod głową, okno zasłonięte, na podłodze milion śmieci po żarciu z Maka... Chryste. Jakby tego było mało jechał też jakiś Anglik z żoną. Najbrzydszy facet jakiego w życiu widziałem. A jego żona taka śliczna, jak to jest? Zawsze mnie ciekawiło, jak to jest możliwe, gdy ciągle widzi się takie pary - przystojny facet i brzydka kaczuszka u jego boku, albo cudna dziewczyna i takie byle co obok niej. Miłość prawdziwie musi być ślepa. Myślałem, że Anglik brzydziej wyglądać nie może, ale wtedy droczył się z żoną i wystawił jej język, a ja musiałem zmienić przekonanie co do rozmiarów jego brzydoty. Po powrocie do Lublina lepiej nie było - mrozy właściwie były tam jeszcze bardziej odczuwalne, a autobusy kursowały co godzinę, więc gdy już odebrałem torbę i wróciłem do domu, było coś koło 16 albo i 17. Zdecydowanie to był mój najgorszy Nowy Rok w życiu. Jednej rzeczy żałowałem najbardziej - miałem jeszcze dość pieniędzy i cały wolny weekend przede mną, mogłem zostać u Mikaela cały dzień, albo i jeszcze następny. Może jednak dobrze się stało, w sumie nie znaliśmy się za dobrze. Po powrocie do domu podładowałem baterię w telefonie, włączyłem irytującego Whatsappa i wreszcie mogłem skontaktować się z Mikaelem. Było tam kilka wiadomości od niego, a jeśli facet odezwie się po spotkaniu i nie będzie to wiadomość w stylu: Miło było cię poznać, powodzenia, jest nadzieja.

Tak miło wspominaliśmy Sylwestra i tak miło nam się później rozmawiało, że postanowiliśmy, że przyjadę do niego w następny weekend. Co ciekawe, wcale się nie stresowałem. W pewnym sensie był dla mnie obcym człowiekiem, jedna noc w Glamie i mnóstwo rozmów na Whatsappie to nic takiego wbrew pozorom. A tu mieliśmy razem spędzić dwa dni. Gdy wreszcie wysiadłem na Centralnym (chyba obecnie mój drugi dom), czekał na mnie pod przeklętym Starbucksem, ale minęła chwila, zanim zorientowałem się, że to on. Widziałem go, pomyślałem sobie to co zawsze w takiej chwili: Wow, przystojny facet i dopiero po jakiejś chwili zrozumiałem, że to Mikael. Humor natychmiast mi się poprawił. Po krótkiej przeprawie tramwajem i początkowych niezdarnych gadkach, dotarliśmy do jego kawalerki. I tak zaczął się cudowny weekend. Owszem, najpierw musieliśmy się ze sobą oswoić, bo zaczęło się od filmu i siedzenia obok, ale skończyło na nagich zapasach w łóżku. Pierwszy raz się tak czułem. Nie było jakiegoś skrępowania, nie miałem kija w tyłku. Czułem się swobodnie, czułem się pożądany i po raz pierwszy sam w takiej chwili prawdziwie pożądałem drugiej osoby. Właściwie chyba czułem się aż nazbyt swobodnie... oglądaliście może Dziennik Bridget Jones? Jest tam jedna scena, gdy Bridget po raz pierwszy ląduje w łóżku ze swoim szefem. Leżą na podłodze, on schodzi coraz niżej, unosi jej sukienkę, a wtedy jego oczom ukazują się wyszczuplające babcine gacie. Podczas tego weekendu miałem identyczną sytuację, toczka w toczkę. Mikael jest na górze, rozbiera mnie powoli, aż nagle coś odkrywa i zaczyna robić sobie z tego jaja, a ja mam ochotę spalić się ze wstydu.

Przyznaję się. Jestem Kuba i zimą noszę ciepłe kalesony pod spodniami. To jest wygodne! To jest potrzebne! W Lublinie bywa naprawdę zimno, a ja nie mam w sobie wielu pokładów tłuszczu, które by mnie ogrzały jak większość ludzi. Noszę je i jest mi z tym cholernie dobrze. Tylko w takich chwilach to bywa kłopotliwe. Pamiętam jak rok temu podczas takich okazji i randek kończących się w łóżku musiałem udawać się do łazienki, niby za potrzebą, a tak naprawdę ściągałem kalesony i chowałem je w torbie, coby nie okazały się wstydliwą niespodzianką w miłej chwili. Tym razem jednak zapomniałem się, a Mikael jako pierwszy facet odkrył mój zimowy sekret. Śmiał się trochę, ale po chwili obaj o tym zapomnieliśmy i mogliśmy przejść do akcji. Choć wtedy ja też się zaskoczyłem, wiadomo czym.

W sobotę udaliśmy się na piwo z moją przyjaciółką, która służyła mi za przewodniczkę po Wawie w listopadzie. Była jej dziewczyna i kilka innych osób. Chciałem, by Magda poznała Mikaela. Powód może głupi, może nic nie mający wspólnego z prawdą, ale jednak... otóż z Magdą wiąże się mała klątwa. O jakim facecie bym jej nie powiedział, że jest dobrze, że poznałem kogoś świetnego, tak zaraz ta relacja mi się pieprzyła. Przed wyjazdem do P. opowiadałem jej o mojej planowanej wycieczce, z radością i entuzjazmem. A wracałem zaryczany jak nigdy. Chwaliłem jej się Michałem, że poznałem takiego dużego, mądrego i przystojnego przyszłego lekarza - dwa dni po tej rozmowie zaczęły się problemy. Ogólnie było tak za każdym razem, z ręką na sercu to przyznaję. Gdy tylko jej o kimś powiedziałem, natychmiast pojawiały się problemy. Dlatego bałem się powiedzieć jej o Mikaelu, coby nie zapeszyć, ale nie mogłem wytrzymać. Poza tym ta sytuacja była wyjątkowa, bo Magda po raz pierwszy mogła poznać na żywo moją sympatię. Może to jest przełamanie tej klątwy. W każdym razie umówiliśmy się wszyscy w jakimś pubie - dziewczyny zachwyciły się moim towarzyszem. A ja odczułem cholerną ulgę, gdy po jednym dniu mogłem znowu z kimś pogadać po polsku.

Bo to jednak jest jedna z dwóch wad tej relacji. Język. Czasem czuję się tak, jakbym chciał przepchnąć przez bardzo cienką słomkę pięć litrów budyniu. Tak mam ze swoimi myślami i wszystkim tym, czym chciałbym się podzielić z Mikaelem, ale nie narzekam - przy nim przynajmniej się rozwijam i uświadomiłem sobie, że mogę rozmawiać z ludźmi po angielsku. Jak  to powiedział, był dla mnie swego rodzaju ice breakerem. Druga wada tej pozornie idyllicznej relacji jest oczywista - odległość. Po wspaniałym weekendzie spędzonym w jego mieszkaniu, musiałem wreszcie wrócić do domu. Nigdy za nikim tak nie tęskniłem. Ta tęsknota jest wręcz realna, nie tylko w mojej głowie, objawia się bowiem takim delikatnym ssaniem w żołądku. Chcę go już zobaczyć. Chcę być przy nim w tym momencie. Chcę znowu być w jego ramionach. Tęsknię za tymi wykańczającymi zapasami - Mikael jest o wiele silniejszy i uwielbia mi to pokazywać. Tęsknię za jego dobrymi oczami, za soczystymi ustami. Nigdy tak się nie czułem. Jestem szczęśliwy. Jest dla mnie osobą z pierwszej zwrotki pewnej piosenki Florence, No light, no light:


You are the hole in my head
You are the space in my bed
You are the silence in between what I thought and what I said

You are the night time fear
You are the morning when it’s clear
When, it’s over you’ll start

You’re my head
You’re my heart

Czuję to pierwszy raz w życiu. Pod tym względem daleko w tyle jest to, co czułem do trzech głównych bohaterów tej historii. Nawet nie ma porównania, to jak niebo i ziemia. Przy nich czułem żal, rozczarowanie, zawód, tęsknotę, ale nie tę dobrą, tę złą, która wynika z chęci posiadania kogoś niedostępnego. Tutaj tego nie ma. Z Mikaelem wszystko jest proste, nie ma żadnych gierek, tak częstych podczas mojego koszmaru zeszłego roku. Nie ma podchodów, nie bawimy się w ciuciubabkę. To zwykła chemia? Być może, ale jeśli tak, to cholernie cieszę się, że w końcu trafiła i mnie. Nic mnie tak nie cieszy jak myśl, że już jutro go zobaczę. Nic mnie tak nie przeraża jak myśl, że po tym weekendzie znów czeka nas mała przerwa. Nienawidzę tej odległości, ale potrafię dostrzec jej jedyny plus - dzięki tym przerwom tym bardziej mogę docenić nasze weekendy. Są dla mnie szczególne podwójnie, te przerwy między nimi dodają naszym spotkaniom jeszcze więcej żaru. 

Długo zastanawiałem się nad tą ostatnią, finalną piosenką. Chciałem wstawić kawałek Eurythmics zacytowany u góry, chciałem wstawić najpiękniejszą muzykę na świecie, La valse d'Amelie, skomponowaną przez Yanna Tiersena do filmu Amelia. Jednak wczoraj przypomniałem sobie o jednej piosence, o której dość często tu wspominałem. Zrozumiałem, jak byłem głupi, jak źle ją interpretowałem. Myślałem, że idealnie opisywała relację z jednym z tych chłopaków, ale to nieprawda. Idealnie opisuje moment obecny. Bo byłem ślepy i byłem głupi, na moich plecach wisiał jeden diabeł, a ja go utożsamiałem z czymś dobrym, nic nie chciałem widzieć, byłem głuchy na jakiekolwiek argumenty płynące zewsząd. To on był tym diabłem, którego musiałem zrzucić z siebie. Był dla mnie ślepym zaułkiem i nie czekało mnie nic dobrego przy jego oziębłym boku. Był jednym z najczarniejszych momentów tej historii, ale jak śpiewa Florence i jak pisał Antoine de Saint-Exupéry: Najciemniej jest zawsze przed świtem. Udało mi się, kochani. Z czystym sumieniem mogę wreszcie zakończyć tę opowieść w dobry sposób. A Wy możecie się pocieszać myślą, że jeśli mnie się wreszcie udało, po tylu przygodach i tylu poznanych mężczyznach, to uda się także i Wam. To koniec tej historii na blogu, ale dla mnie to dopiero początek. Jeszcze wiele przede mną, czekają mnie kolejne próby i kolejne problemy, bo w końcu na tym polega życie, ale to już inna historia. Cokolwiek się nie stanie, to moje życie i tylko ja zadecyduję o tym, jak będzie ono wyglądało.

Król Dramatu znalazł swego rycerza, a w jego królestwie znów zapanował ład.


Komentarze

  1. Ten komentarz został usunięty przez administratora bloga.

    OdpowiedzUsuń
  2. Zastanawiam się czy jeszcze odbierasz powiadomienia z bloga i czy może podzielisz się z nami chociarz w komentarzu jak tam Twoja idylla teraz?

    Wierny czytelnik
    E.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiele się dzieje przez cały ten czas, ciągle uczę się nowych rzeczy, ale gdybym chciał je opisać, potrzebowałbym do tego drugiego bloga, jeden komentarz by nie wystarczył. Powiem więc krótko - idylla nie idylla, wciąż trwa i nie zanosi się na to, by miała się wkrótce skończyć. Nadal jest dobrze, jeśli o to chodzi :-)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

20. Nic się nie stało, a zdarzyć miał się cud.

6. Jesteś - a więc musisz minąć.

29. Zmęczenie materiału.