15. Robisz mi nieporządek w chaosie.

źródło pierwotne: wikigallery.org


And I've been a fool and I've been blind
I can never leave the past behind
I can see no way, I can see no way
I'm always dragging that horse around
All of this questions, such a mournful sound
Tonight I'm gonna bury that horse in the ground
Cause I like to keep my issues drawn
It's always darkest before the dawn

Florence and the Machine - Shake it out


Uważaj na znajomości, które zaczynają się od głowy. O tych zapoczątkowanych fascynacją seksualną można szybko zapomnieć. O tych, które zaczynają się od rozmów, wymiany myśli i emocji, możesz nigdy nie zapomnieć.
Magdalena Witkiewicz

To prawdopodobnie najtrudniejszy wpis. Nie dlatego, że to już ostatni pamiętnikowy, zamykający moją historię. To ważne, jednak powód jest inny. Główny bohater wciąż jest obecny w moim życiu i przeczytał każde napisane tu przeze mnie słowo, przeczyta i kolejne. Być może to tak, jakbym zwracał się dzisiaj bezpośrednio do niego, a powiedzenie tylu rzeczy nie może być łatwe.

Zaczęło się banalnie, jak zawsze. To nawet zabawne, że tak to zazwyczaj wygląda - zwykły dzień, zwykły wieczór, kolejny zwykły chłopak zagaduje, ale nie pojawia się żaden znak, żaden grom nie pierdyknie w stół, by jasno dać do zrozumienia, że to nie będzie kolejna banalna rozmowa, która skończy się tak szybko jak się zaczęła, że to nie jest następny zwykły chłopak. On był po prostu miły i zabawny, pamiętam to doskonale. Był to czas sesji, gdy dni mijają od zaliczenia do egzaminu. Siedziałem wtedy w pubie z notatkami, które służyły mi głównie za bezużyteczny rekwizyt, bo z rąk nie wypuszczałem telefonu, ciągle odpisując innym na fellow. Odezwał się niespodziewanie, jeszcze zanim zobaczyłem, że wszedł na mój profil. Zaczął ładnie i uprzejmie, chwaląc mój opis, twierdząc, że jestem ciekawą postacią i że chciałby mnie poznać. Po chwili wysłał drugą wiadomość, dodając, że mieszka i będzie mieszkał w okolicy Lublina i ma nadzieję, że odpiszę, bo jeśli mój opis zawiera to co myślę, to wiara w ludzi powoli zostaje przywrócona. Już wtedy mogłem zauważyć tę zadrę, która w nim siedzi, niestety nie zwróciłem na nią uwagi. 

Zaczęliśmy pisać często i gęsto, dzień w dzień. Dość szybko pokazał swoje zdjęcia - zobaczyłem przystojnego bruneta, powiedział też co studiuje - a kolana mi zmiękły. Powoli zaczął rodzić mi się w głowie obrazek takiego chłopaka z sąsiedztwa, sympatycznego, niezbyt skomplikowanego, cudownego w swojej zwykłości, bezproblemowego. Nie zaprzątałem jednak nim sobie głowy, traktowałem to jak kolejną znajomość, następny chłopak, z którym popiszę o życiu i nieżyciu, a kiedyś może nawet się spotkamy. Wystarczyło, że zniknął Oskar, a ów chłopak, powiedzmy Mikołaj, zaczął się zmieniać. Najłatwiej zaobserwować to po... emotkach. Gdy odezwał się po raz pierwszy, nie nadużywał ich, stosował jak większość, kończąc nimi co drugie zdanie, tak normalnie. Później zaczął puszczać oczko i wstawiał tylko ten jeden uśmiech, który na fellow nadaje wiadomościom takiego tonu olewczego, mówiącego - ta wiadomość jest jedynie odpowiedzią na twoją ;). W końcu ten irytujący uśmiech też zniknął, a ja nagle zrozumiałem, że od jakiejś chwili nasze rozmowy wyglądają dość dziwnie, że jestem jedyną osobą używającą emotek. Zaczęły się też dziwne przerwy - pytałem o coś, przeczytał, siedział na portalu danego dnia, ale odpisywał dopiero następnego, i tak kilka razy. Wreszcie zakomunikował, że przez kilka dni będzie miał mniej czasu ze względu na egzaminy. No dobrze, nie pisaliśmy wtedy, w końcu wrócił, twierdząc, że sporo się działo i znów rozmawialiśmy. Jednak przez cały czas czułem się zdezorientowany, tylko chwilami miał dobry humor, co mogłem poznać po szerokim uśmiechu czy języczku. Czuję się w tym momencie jak debil opisując relację na podstawie emotek, ale to naprawdę najprostszy sposób, byście to mogli zrozumieć.

Ogółem wyglądało to tak, jakby któregoś dnia na jego konto zaczęła logować się inna osoba. Jakbym do któregoś momentu pisał z Mikołajem, ale ciach, tego i tego dnia zaczął logować się... klon Michała. To było przerażające, nagle sobie uświadomiłem, że Mikołaj i Michał mają wiele wspólnego, że są jakby robieni przez kalkę. Te same inicjały nie tylko imion, ale i nazwisk. Wysocy bruneci studiujący coś cholernie prestiżowego i imponującego. Z silnymi charakterami, których na pierwszy rzut oka nie widać. Pozornie idealni, tacy wymarzeni, ale kryjący jakąś cholernie wielką tajemnicę i otoczeni murem nie do pokonania. Nawet urodzeni w tym samym czasie. Znów najłatwiej to zauważyć po wiadomościach. Przez tyle lat, podczas setek, jeśli nie tysięcy rozmów spotkałem tylko dwie osoby piszące w ten charakterystyczny sposób, taki rygorystycznie perfekcyjny. Wielka litera, bez jednego błędu, przecinki, a na końcu kropka, nawet jeśli poprzedza emotkę. Kropka przed emotką. To jak podstawki na stół, kto ich dzisiaj używa? Pewnie tylko ci dwaj.

Ta zmiana mnie przerażała. Znów dostawałem suche odpowiedzi, lakonicznie ograniczone do kilku słów, rozmowy wyglądały wymuszenie, tak dziwnie i nienaturalnie. Pytałem więc, z czego wynika ta dziwna zmiana. Stwierdził, że to głupie, że w internecie możemy ocenić cudzy humor po tym, czy na końcu wiadomości wstawi się języczek. Owszem, to głupie, ale w internecie nie mamy innej możliwości, mamy tylko te durne emotki, a nawet na "co słychać?" zwykła odpowiedź "dobrze" brzmi srogo bez - lub miło z uśmiechem. Pytałem czy coś się stało, czy jest zły, zmartwiony - oczywiście nie był, oczywiście nic się nie stało, oczywiście wszystko było w porządku. Rozmawialiśmy więc dalej w ten suchy sposób, bo i ja dopasowałem się do jego stylu i zacząłem pisać bez cienia sympatii, jak on.

Rozmawialiśmy już jakiś czas, poruszyłem więc temat spotkania - niestety w najbliższy weekend wyjeżdżał na trzy dni do domu do odległego miasta, mojego ukochanego. Został tam do dzisiaj. W końcu wymuszone rozmowy po raz kolejny mnie wkurwiły, zrobiłem kolejną aferę i dramatycznie postanowiłem to skończyć. Gdy zaczął tłumaczyć, zapewniać, że nic się nie stało, uświadomiłem sobie, że Michał zostawił we mnie sporą pamiątkę w postaci nieufności. Dotąd myślałem, że wyszedłem z tej relacji bez szwanku, Mikołaj pokazał, jak bardzo się myliłem. Było mi głupio, tak bardzo głupio. Byłem zażenowany moim zachowaniem, wobec czego pożegnałem się. Wtedy zrobił coś niespodziewanego, podał swój numer telefonu, a nad ranem, gdy wciąż było mi wstyd, wysłał sms'a: Myślę o Tobie. Tak po prostu, tak nagle, tak niespodziewanie. Wtedy wkroczyliśmy w nowy etap, ciągłego sms'owania. Miły, ale to jak chodzenie wśród węży. Mikołaj okazał się osobą uwielbiającą akcentować pewne kwestie. Gdy podał numer telefonu, dodał, że niewiele osób go ma - to kazało mi się czuć wyjątkowo. Gdy ciągle pisaliśmy, stwierdził, że nigdy nie pisał tylu sms'ów. Pytał co ja z nim robię, mówił, że mam na niego zbyt wielki wpływ. Nieustannie i jawnie usadzał mnie na uprzywilejowanej pozycji tego, przy którym robił tyle rzeczy "po raz pierwszy". Zapomniał tylko, że nie urodziłem się wczoraj i wiem, że on również nie.

Podczas tej telefonicznej pisaniny pojawiło się coś jeszcze, o czym sam nie wiem co myśleć. Mianowicie uwielbia epatować, świecić mi po oczach swoim... poziomem życia? Dość szybko zaczął mnie uświadamiać, jak wysoki on jest. Któregoś dnia poszedł po nowy telefon, bo poprzedni niby tam szwankował. Nowy telefon z jabłuszkiem. Pisał, że jego rodzina ma w tym mieście niejedno lokum, niejedno auto. Dom z basenem i garderobami. Duże oszczędności na koncie. Naprawdę cieszę się, że pod tym względem jego życie jest ułożone, że jest zabezpieczony. Problem w tym, że często mówi o tym wszystkim sam z siebie, niepytany przeze mnie. Mówimy o pogodzie, a on pisze, że ma nadzieję, że nie będzie deszczu, bo nie ma dachu. Pytam, gdzie nie ma tego dachu - ano w samochodzie. Dostaję sms'a, że pani Kazia do niego dzwoniła, bo jego psu w sierść wlepiła się guma. Pytam - kim jest pani Kazia? Panią od sprzątania. Gdy piszemy intensywnie cały dzień, informuje mnie, że rozbawiona sekretarka pyta go, z kim tak pisze. To nie tylko jego sekretarka, no ale. Tak jest często. Nie zrozumcie też mnie źle, on tego nie pisze w taki sposób, jakby się chwalił. Robi to tak naturalnie, nieświadomie, jak gdyby nigdy nic, pisząc o kupnie nowego telefonu jak o kupnie masła, o posiadaniu basenu jak o posiadaniu pięciu koszul w szafie. A przyjaciółka kiedyś mi powiedziała, że spotykała się z chłopakiem dzianym jak cholera. Ale był skromny i w życiu nikt by po nim tego nie powiedział. Dlaczego więc Mikołaj tak się zachowuje? Po prostu nie jest skromny?

W międzyczasie zacząłem tworzyć tego bloga i dotąd nie umiem ocenić, czy zrobiłem dobrze czy źle, gdy mu go pokazałem. Czyta regularnie wszystkie wpisy, ale o dziwo nie uciekł z tego powodu. Wręcz przeciwnie, z początku chwalił każdy nowy post, twierdził, że już sam ten blog robi świetną robotę. Z ręką na sercu przyznaję, nie wiem nadal jaki to ma wpływ na tę relację. Z jednej strony poprzez te wpisy mówię to, o czym wprost nie powiem, z drugiej tak jakby dostał do ręki instrukcję obsługi mojej osoby. Podręcznik, jak ze mną postępować. Co robić, by skutecznie wejść mi do głowy. Poznał moje sekrety, moją przeszłość randkową, z każdym kolejnym wpisem może mnie odkrywać coraz lepiej. To wada, bo jednocześnie ja nie mogę go odkrywać w ten sam sposób. To wada, bo w ten sposób może zabraknąć naturalnego procesu poznawania się, uroczego i takiego pamiętnego, długotrwałego.

Pisaliśmy dalej, więc tradycyjnie wróciłem do tematu spotkania. Dobrze, powiedział. W swoim odległym mieście zaczął pracę, przerwał na pół roku studia, ale pojedzie pod Lublin w weekend, to i do samego Lublina może zajrzeć. Weekend się zbliża, przypominam o spotkaniu, a tu okazuje się, że to następny weekend. Gdy i ten weekend się zbliża, scenariusz się powtarza. W końcu docieramy do jakiejś środy, kiedy to planuje przyjazd w sprawach uczelnianych. Przed środą dowiaduję się, że tego dnia jednak jedzie sobie do jakiegoś parku, by odpocząć od pracy. Moja cierpliwość się wyczerpała. Znów poczułem się jak przy Michale, gdy zabiegałem o spotkanie. Tutaj zabiegałem, bo spotkanie było nam potrzebne jak oaza na pustyni. W trakcie tego ciągłego sms'owania szybko zaszliśmy może nie daleko, ale z pewnością wystawiliśmy stopy za pewną granicę. Bałem się tego, o czym pisałem ostatnio. Wirtualnie nasza relacja się rozwijała, zaczęły się pojawiać przekomarzanki, sprośne żarty, buziaki, zdjęcia z buziakami, ale dalej nie wiedzieliśmy jacy jesteśmy na żywo. Poza tym spotkalibyśmy się jako dwie obce sobie osoby. Długo tak nie mogłem, więc kiedy ciągle odmawiał spotkania, powiedziałem dość. 

Oczywiście tylko na kilka godzin, bo nagle wpadłem na pomysł, by do niego pojechać. Skoro Mahomet nie może, góra sama wsiądzie w pociąg. Było to w niedzielę - poinformował mnie wobec tego, że zastanawia się nad rzuceniem pracy, ale odpowiedź da mi następnego dnia. Poczekałem więc do poniedziałku, a że akurat spotkałem się z przyjaciółką, poszliśmy do pubu, później wylądowaliśmy z piwami u niej... ciutkę mnie wzięło. Czekałem na wieści cały dzień, a gdy zapytałem wprost, powiedział, że nie rzuci jednak tej pracy. Pytam wobec tego kiedy ma wolne, bym mógł wpaść, a on na to pyta, czy znowu piłem. Mówię, że troszkę... i wtedy się zaczęło. Pisał, że do siebie nie pasujemy, że się za bardzo różnimy, ale żebym nie zrozumiał go źle, bo według niego ja jestem za bardzo towarzyską osobą, lubię się zabawić, a on spędzić wolny wieczór w domu i po prostu bym się przy nim nudził. Zamiast powiedzieć kiedy mogę wpaść, wolał robić mi te idiotyczne wyrzuty, że za dużo piję i że się różnimy? Ponoć każdy powód jest dobry, prawda? Początkowo broniłem się, jak skończony alkoholik napisałem: To, że piłem w piątek, sobotę, niedzielę i poniedziałek, nie znaczy, że dużo piję. No wcale, nic a nic. W końcu się wkurwiłem i zacząłem go atakować. W opisie na fellow umieścił tekst o tym, że szuka wyzwania. Stwierdziłem, że jeśli to wszystko - rozmowy, ten mój opis, którym się tak zachwycał, to co tutaj wyczytał - może przekreślić taka durna sytuacja, w której przesadziłem z alkoholem, to znaczy, że nie szuka wyzwania, ale jest zwykłym tchórzem.

Nie można pisać z nimi po pijaku. Nie, nie, nie. Tak jak nie można ich brać na litość, bo to nigdy nie zadziała. Nad ranem go przeprosiłem, wyjaśniłem, że jest osobisty powód, dla którego tyle piję, że nie chcę kończyć. Wszystko wróciło do jako takiej normy, tylko kazał mi wyluzować - mądra rada, której nie umiałem posłuchać, bo wciąż z nim rozmawiałem i wciąż z uwielbieniem zaznaczał, jaki to jestem wyjątkowy. Nawet podczas tej rozmowy nad ranem, gdy chciał skończyć, dopisał, że będzie tęsknił, a ja jestem drugą osobą, której kiedykolwiek to powiedział. Zamiast się wyluzować wolałem udekorować czarną dupę, w której zamieszkałem dzięki takim jego słowom. Choć nie do końca.

Wiedziałem, że jestem tym, który myśli, czuje i analizuje za dużo, a bardzo nie lubię tej roli. Chciałem się zdystansować, więc ożywiłem się na fellow. Pisał akurat pewien chłopak, miły, przystojny, dość szybko zaproponował spotkanie, to poszedłem. Dwa czy trzy piwa, taka tradycyjna randka. Niestety trafił na zły moment. Na dodatek był normalny, uprzejmy, zabawny. Nie robił mi problemów, nie miał mnie w dupie, nie olewał, nie odpisywał dwoma słówkami, nie był w żaden sposób tajemniczy i popieprzony, więc nie mogłem być w niego wpatrzony. To chyba jakiś masochizm. Nie bez powodu Jakub Żulczyk napisał:

zrób mi jakąś krzywdę.
chcę poczuć.
mocniej.
ostrzej.
dobitniej.
chcę wiedzieć.
czuć.
że jestem dla ciebie nikim.

Tak, lubię to czuć. Wciąż rozmawiałem z Mikołajem kolejnych kilka dni. Zacząłem nawet używać dodatkowego telefonu, by mieć do niego darmowe sms'y. Bo już wystarczająco wiele kasy straciłem. Oczywiście gdy wydawałem pieniądze, pisaliśmy non stop, gdy zacząłem używać drugiego telefonu i nic nie wydawałem, kontakt zaczął się urywać. Pojawił się też kolejny problem. W niedzielę (to chyba pechowy dla nas dzień) wieczorem pisaliśmy na fejsie. Opowiadał mi znowu o chłopaku, który zaczął z nim pracować w biurze. Którego podejrzewał o to, że jest gejem, bo często proponował mu kawę czy herbatę. Który przepracował z nim wtedy cały dzień, a gdy wychodził, z troską zapytał, jak Mikołaj sobie bez niego poradzi, że może zostanie i pomoże, a po powrocie do domu zaczął lajkować jego zdjęcia. Mikołaj "głośno" przy mnie zastanawiał się, jak powinien mu to wynagrodzić, że może jakiś obiad? Och, jak ja się wtedy wkurwiłem. Ale nie odpisywałem, udałem, że miałem telefon. Coś mnie podkusiło, by zaprosić go do znajomych. Kliknąłem, a wtedy napisał: Misiu, ale nie zaakceptuję teraz Twojego zaproszenia. Zapytałem czy to dlatego, że się nigdy nie spotkaliśmy, odpowiedział, że tak. Wtedy znów wybuchnąłem, bo jakiegoś wymoczka z pracy przyjął, bo znów pieprzył o tym fejsie dla najbliższych, mając tych najbliższych tylu, że mogliby zaludnić kilka wsi. Poprosiłem, by odezwał się, gdy stanie się poważnym facetem, napisałem kilka takich bzdur, on na to tradycyjnie - ok. Pięć minut nie minęło i znów się odezwał, że może zaakceptować to zaproszenie, ale to wyjątkowo dlatego, że mnie polubił. Jak on, kurwa, uwielbiał powtarzać takie teksty. Poprosiłem, by dał mi spokój, znów się zgodził i dał. 

Usunąłem natychmiast dwa jego numery, wszystkie sms'y na dwóch moich telefonach, wszystkie zdjęcia, jakie mi przesłał, a rozmowa z fejsa przeszła do archiwum. Wszystko, byle tylko się odciąć. Zeszło wtedy ze mnie trochę nerwów w wiadomy sposób, na fajce w kuchni, ale to była chwila. Zrobiłem tego samego wieczoru wpis o P. - Jesteś - a więc musisz minąć, i nie powiem, nawet mi ulżyło, gdy wyrzuciłem z siebie trochę myśli, choć o P., to jednak odnajdując też podobieństwa do Mikołaja. Uspokojony zasnąłem, a nad ranem zaczęło się. Ale nie w znany sposób, przeżywania, myślenia, gadania o nim. Nie, to nie był P., to nie był Michał. Choć był pierwszym chłopakiem, przy którym o nim zapominałem, to jednak znaliśmy się tylko wirtualnie, czyli smacznie, ale tylko nieznacznie. Dopiero alkohol mnie pogrążał.

W któryś piątek zaszalałem w Wyrku, nad ranem wróciłem do domu i zanim zasnąłem, na głównym telefonie przeszukiwałem stare połączenia z niezapisanymi numerami. Znalazłem dwa, które mniej więcej mi pasowały do niego i od razu się poniżyłem. Na jeden numer wysłałem coś w stylu: Nie wiem kim jesteś, ale tęsknię, choć głupio mi. Na drugi numer poszedł tekst: Tęsknię, choć głupio mi. Boże drogi, co to nam się robi po pijaku? Nie dość, że pojawia się ta silna potrzeba napisania, to jeszcze zrobienia tego w taki chujowy, poniżający nas sposób, my naprawdę robimy się wtedy bezwstydni. Pierwszy sms poleciał do chłopaka, do którego nie powinien polecieć - do byłego faceta przyjaciela, który niby się we mnie zakochał. Drugi sms poleciał do...? Bladego pojęcia nie mam. Może do Mikołaja, może do kuriera.

Tydzień później schemat się powtórzył, ale teraz prawie na sto procent byłem pewny, że to numer Mikołaja. Zapytałem tylko - Mikołaj? A on odpisał nad ranem - Tak, o co chodzi? Ale że wytrzeźwiałem, to nie czułem potrzeby odpisywania. On jednak nie rezygnował, dopytywał kim jestem, a ja w końcu wyznałem, że histerykiem. Kilka dni później znów napisałem po alkoholu. On przy okazji przeczytał wpis o Michale - Podniosłeś mnie, by pogrążyć., stwierdził, że nie mam prawa tęsknić, bo po tym wpisie wyraźnie widać, że gardzę ludźmi takimi jak on czy Michał właśnie. Naprawdę żal i zawód tak łatwo można nazwać pogardą? Pisaliśmy wtedy chwilę, zaproponowałem po raz trzytysięczny spotkanie we Wrocławiu, a on w końcu wysłał długą wiadomość, w której stwierdził, że to bez sensu teraz, że to jego zdaniem zły pomysł. Jednak w czerwcu znajdzie się w okolicy i ma nadzieję zabrać mnie wtedy na najlepszą kolację w Lublinie. Zapytałem więc, co będzie do tego czerwca, brak kontaktu? Ano możemy utrzymywać kontakt, ale na pewnych zasadach. Muszę nabrać dystansu, wyluzować, przestać się tak spinać. Pestka. Ja, bardzo poważny i surowy, postawiłem na drugi dzień własny, cholernie dorosły warunek. Brak buziaków i miłych tekstów z jego strony. Matko moja, jakbym się cofnął do gimnazjum.

Od tamtej pory rozmawiamy, właściwie to chyba tak po staremu, bo mój warunek dość szybko poszedł do kosza, znów pojawiły się cudne zdjęcia, którymi się zachwycam, wredne przekomarzanki i inne osobiste błazenady, które postronnych mogą zniesmaczyć jak seks czy dłubanie w nosie. Co dalej? Czekam do czerwca, choć boję się, bo Mikołaj należy do tych osób, które czasami są niesłowne. Obiecywał, że coś powie na drugi dzień, a powiedział po kilku dniach, gdy to z niego wyciągałem. Obiecywał, że w wolnej chwili po wyjaśnianiu i godzeniu zadzwoni, ale nie dzwonił. Jednak choć sam się sobie dziwię, to i tak coś w środku nakazuje mi, bym mu uwierzył. Coś sprawia, że mu ufam. Na litość boską, w końcu adoptował psa, nie może być złym człowiekiem. Jest dla mnie wielką niewiadomą, oddalony o tyle kilometrów, tajemniczy, zagadkowy, wiecznie zaskakujący, ale będący jakby za grubą szybą. Tak bliski i tak daleki jednocześnie. Nie mogę go dotknąć, dobrze usłyszeć, ale widzę go i ufam mu. Michał nauczył mnie, bym pozbywał się z mojego życia osób, które nie wprowadzają do niego nic dobrego. Mikołaj natomiast ciągle mi przypomina, bym się nie zmieniał dla jakiegoś faceta. Ma rację. Oczywiście po kłótniach już informowałem znajomych, że nie pójdę więcej do Wyrka, a sobie obiecywałem, że nie będę już tyle pił. Dla niego, żeby zobaczył, że nie jestem wcale jakimś imprezowym studencikiem, że przecież siedzenie w domu z filmem czy serialem nie jest mi obce, że ja mimo wszystko wciąż mam w sobie nieśmiałego samotnika.

Pokazał mi też moją ogromną wadę. Jestem prawdziwym Królem Dramatu. Z byle bzdetu potrafię zrobić taką awanturę, że klękajcie narody. Mam w głowie te swoje scenariusze, zaplanuję sobie co powiem, co on ma na to odpowiedzieć i co ja wtedy jeszcze powiem. Jak się zachowam, jak on się wtedy zachowa. Być może jestem uzależniony od nieszczęść i gdy ich nie mam, sam je sobie wymyślę. Może nie potrafię być szczęśliwy. Gdy tylko pojawiała się z jego strony jakaś przeszkoda, byłem w swoim żywiole. Mogłem dramatyzować, patetycznie kończyć znajomość po raz srylionowy, uciekać, wirtualnie trzaskać drzwiami. I tak było też przy Michale. Wydaje mi się, że to filmy i seriale zrobiły ze mnie takiego kalekę. Bo co tam pokazują? Serwują nam ciągle te romantyczne historie, gdzie parka poznaje się na ulicy, idzie na jednego drinka, skaczą do łóżka i nad ranem już są parą. A my na fellow co mamy? Gabinet osobliwości, przebieramy jak w ulęgałkach. I gdy kapryśni i wymagający znajdziemy już tego ciekawego i chcemy dać mu szansę, to robimy błąd za błędem. Budowanie przeze mnie relacji z kimś z fellow to jak prasowanie koszuli na szybko, gdy się spieszę. Prasuję, aby jak najszybciej skończyć, ale tam zagnę przez pomyłkę, tutaj krzywo uprasuję i za cholerę tego już nie wygładzę. Wkurwiam się, bo się spieszę, chcę jak najszybciej mieć uprasowaną koszulę - mieć faceta, być w związku, ale tych zagięć zrobionych żelazkiem już nie wyprasuję za cholerę, musiałbym się jeszcze bawić z parą albo innymi wynalazkami, a ja przecież czasu nie mam. 

Mikołaj uświadomił mi, że ja za bardzo szukałem. Znalezienie faceta początkowo by zapomnieć o tych ważniejszych, później tak z przyzwyczajenia. Nie można szukać kogoś tylko z powodu samotności, szczególnie gdy jest się tak popieprzoną osobą. Najpierw trzeba nauczyć się żyć ze sobą w związku i w zgodzie. Pokochać swoje wady i przekuć je w zalety - jedną już mi się udało tak przekuć. Zawsze wstydziłem się tego, że jestem taki szczupły, do czasu, gdy nabrałem trochę tego ciała i widziałem patrzących na mnie facetów, pytających czy biegam, czy ćwiczę. Gdy słucham znajomych próbujących wiecznie się odchudzić. Wada dość szybko stała się jedną z głównych zalet. A druga wada? Emocje. Czuję za dużo i zbyt intensywnie. Nie lubiłem tego przy opanowanym Michale, nie lubię przy opanowanym Mikołaju. Ale gdyby nie to, nie miałbym o czym tutaj pisać, to już coś. ;-)

Gdy Mikołaj wyznał mi, że wciąż ma w głowie byłego, ulżyło mi. Wcześniej wiedziałem, że coś jest nie tak, że coś tam się dzieje z nim, że jest jakiś powód, dla którego odwleka ciągle to spotkanie i jest taki zdystansowany. Ulżyło mi, bo już wiem. Lepsze jest zło znane od tego nieznanego. Choć przy okazji powiedział, że nie szuka, że nie wierzy w miłość, też się nie martwię. W pierwszym akapicie o tym pisałem. Odezwał się do mnie po tym rozstaniu, po treści też łatwo się domyślić, że choćby się zapierał, to i tak gdzieś tam w środku ma nadzieję, jak każdy. 

Czy to już koniec mojej historii? Jak w tej piosence, kolejna mi nie chce dalej iść. Kolejny chłopak silny psychicznie, zimny i zdystansowany. Właściwie to sprawiający wrażenie, że mnie wręcz nie lubi. I ja, magnes na takich, raz ich przyciągam, raz odpycham. Hindusi mają takie powiedzenie, że dobrze jest tylko na końcu, więc jeśli nie jest dobrze, to znaczy, że to jeszcze nie koniec. Poza tym, jakże mógłby to być koniec, kiedy ja dopiero początkuję? I wciąż niezmiennie chcę, dalej chcę próbować.



Komentarze

  1. Cóż można powiedzieć - trochę jak by każdy z nas został umieszczony w tym blogu.
    Prawda o Tobie, to prawda o całym środowisku, nie ma innych wytłumaczeń - nie ma innego wyjścia.
    Ciągłe wzloty i upadki, to tak jak piłka rzucona i odbijająca się od ścian.
    Każdy wmawia sobie, że po tym, czy po kolejnym to już koniec, że może tak będzie lepiej, że to życie nie jest dla nas - każdy jest inny, wszyscy za to starają się znaleźć sposób na najlepszą reklamę na tym portalu.
    Wydaje się, że może ktoś, do kogo nie mamy odwagi napisać sam się odezwie, że każde fajne spotkanie wniesie może coś nowego do naszego życia - niestety zawsze kończy się na analizie swoich wyborów i zastanawianiu się, czy to co robimy jest tym czego dla siebie chcemy.

    Pozdrawiam autora i mam nadzieję, że ten blog nie umrze śmiercią naturalną, a co za tym idzie - może uda się kiedyś przeczytać, że wszystko jest OK, że się poukładało, że przynajmniej Tobie się udało wyjść na prostą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic dodać, nic ująć. :) Dziękuję za miłe słowa i za - z braku lepszego określenia - życzenia, ale wielu osobom udało się znaleźć to poszukiwane szczęście, może się udać i nam. :)

      Usuń
  2. Jejciu, jejciu. Przeczytałem ciągiem 10 wpisów. Uznajmy, że natłok zajęć nie pozwolił mi czytać ich na bieżąco (bo nie przyznam się, że popadłem w pernamentny weltschmerz i żyję w alternatywnym świecie).

    Czytając kolejne wpisy czułem się jakbyś wszedł w moją duszę i opisywał sytuacje wyjęte z mojego życia. Dużo podobieństw. Ale to raczej nie tylko ja tak myślę. To chyba jest naturalne przy naszym "trybie" życia, że często przeżywamy te same/podobne zdarzenia i sytuacje.

    Mam cichą nadzieję, że nie jest to ostatni wpis, bo styl pisania jak i pióro na bardzo wysokim poziomie. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziękuję! :) Dziś (jeśli nic nie stanie na przeszkodzie) pojawi się wpis podsumowujący, natomiast co będzie dalej? Skupię się na tym, co planowałem robić od początku. Zacznę opisywać fellow, takie jakim jest, ludzi, którzy tam są, zjawiska i dziwne zachowania. Styl pamiętnikowy tego bloga zrodził się sam, w trakcie tworzenia kolejnych wpisów. Początkowo miałem inne wyobrażenie o nim, ale rzeczywistość pokazała co innego. Chętnie też skorzystam z Waszych sugestii i pomysłów - co Waszym zdaniem zasługuje na opisanie, co warto rozpracować na drobne kawałeczki, czemu powinienem się przyjrzeć, co Was nurtuje. Myślę, że takich tematów jest bardzo dużo, a wpisy pamiętnikowe wciąż będą się pojawiały, rzadziej, ale będą.

      Usuń
  3. Cieszę się, że jest nas więcej, tych czujących za mocno, bo już myślałem, że tylko ja mam ten problem i chcę za szybko, za mocno i już, zwłaszcza, wiem że to TEN JEDYNY, w końcu .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam tylko nadzieję, że ta relacja daje Ci trochę szczęścia, motylki w brzuchu i uśmiech, a nie stres, ciągłe nerwy, rozgoryczenie i żal. Bo tak to wyglądało u mnie, to jakiś problem dzisiejszych czasów, wiele osób myli z miłością takie chore uzależnienie czy też chęć zdobycia niedostępnej osoby. Moim zdaniem miłość nie powinna wyglądać tak, że ktoś nas ciągle rani, my to przeżywamy i przez to chcemy go jeszcze bardziej, żeby było w końcu lepiej, żeby nas chciał tak, jak my jego. Nigdy nie zechce. Gdy nam przejdzie i znajdziemy kogoś nowego, to o sobie przypomni, ale to nadal nie będzie to, czego byśmy chcieli. Bajka pt. Żuraw i czapla tak naprawdę mówi o dwóch gejach moim zdaniem :)
      Nie wiem jak tu trafiłeś po takim czasie odkąd przestałem pisać, ale miło mi, dziękuję :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

20. Nic się nie stało, a zdarzyć miał się cud.

6. Jesteś - a więc musisz minąć.

29. Zmęczenie materiału.