17. Zaklinanie rzeczywistości.

źródło pierwotne: reviews_and_ramblings
Kaleczą się i dręczą
milczeniem i słowami
jakby mieli przed sobą
jeszcze jedno życie

Czynią tak
jakby zapomnieli
że ich ciała
są skłonne do śmierci
że wnętrze człowieka
łatwo ulega zniszczeniu

Bezwzględni dla siebie
są słabsi
od roślin i zwierząt
może ich zabić słowo
uśmiech spojrzenie 
Tadeusz Różewicz - Głos

Podoba mi się, jak bardzo ludzie myślą, że są inni od siebie,
a tak naprawdę są tacy powtarzalni.
K.G.

Nie sądziłem, że to zjawisko posłuży mi kiedykolwiek za temat na oddzielny wpis. Gdy o tym myślałem, planowałem tak tylko wtrącić parę słów do którejś historii, wspomnieć, że miałem takie obawy i nadzieje, że tak się zachowywałem w danej chwili. Jednak tego nie opisałem, bo bałem się, że pozbawię Was jakichkolwiek wątpliwości co do stanu mojego zdrowia psychicznego. :-)

Dopiero krótka rozmowa z czytelnikiem, który z czasem stał się całkiem dobrym kolegą, uświadomiła mi, że nie tylko ja robię to, o czym chcę tutaj napisać. On mi uświadomił, że inni też tak mają, a ja wcale nie muszę wyjść na wariata. Przekonajmy się!

To dzieje się nie tylko podczas naszych nieustannych lub przerywanych poszukiwań drugiej połówki czy substytutu kołdry i poduszki do łóżka. W każdej codziennej sytuacji, na banalnym kolokwium na uczelni, na sprawdzianie w szkole, podczas ważnej rozmowy w pracy, w domu, na ulicy. Właściwie teraz, gdy o tym piszę, zaczynam sobie zdawać sprawę z tego, że dzieje się to cały czas. I że faktycznie nie ja jeden tak mam. Pod tym względem nie jestem wyjątkowy ani oryginalny, ale zamiast ubolewać nad tym faktem, cieszę się - przyjemniej jest żyć z myślą, że podobnie mają całe tłumy i nie ja jedyny mam to swoje dziwactwo. O co chodzi? Wciąż wiernie i naiwnie wierzymy w magię.

Nie mówię tu o siedzeniu nad starą księgą, o kotle i innych takich bajkowych bzdetach. Wierzymy w magiczną i nieuzasadnioną siłę przede wszystkim niektórych przedmiotów, ale także miejsc, osób, zwierząt. Jak to się dzieje? Przykładowo widzimy długopis, ale to nie musi być zwykły długopis. Zależnie od sytuacji, może nam się kojarzyć źle, jak i dobrze. Mogliśmy go trzymać w dłoni, gdy pokłóciliśmy się z Nim, a wtedy mamy ochotę go wyrzucić do kosza, bo to pechowy przedmiot, bo towarzyszył nam w tej nieprzyjemnej chwili i sądzimy, że jeśli się go pozbędziemy, sytuacja od razu się poprawi. Ale może to też być szczęśliwy długopis, bo był z nami, gdy stało się coś cholernie dla nas dobrego, wtedy automatycznie utożsamiamy go z tym zdarzeniem i trzymamy go przy sobie najdłużej jak się da. Wiecie teraz o czym mówię?

Wierzymy, że poprzez jakieś sytuacje, zdarzenia, które nas dotykają, nasze otoczenie w całości lub fragmentach nabiera dodatkowego znaczenia, staje się świadkiem lub naszym towarzyszem tego wszystkiego i wchłania tę dobrą lub złą energię. Jeśli zdarzenie nas dotknęło, natychmiast przerzucamy winę na przedmiot lub przedmioty, które nas otaczały. Miejsce uważamy za pechowe. Ludzi, którzy nam wtedy towarzyszyli, też po części obwiniamy: Gdyby jej tam wtedy ze mną nie było, On nie powiedziałby mi tego. To może iść jeszcze dalej i dalej, ludzie w końcu od zawsze lubili przerzucać winę na wszystko wokół, byle nie na siebie. Nie bez powodu w końcu wymyślono horrory - przecież przyjemniej jest żyć takiemu Kowalskiemu z myślą, że nie jest takim złym człowiekiem, że jeśli pobił żonę, to jeszcze nie musi znaczyć, że jest potworem, bo przecież prawdziwym potworem jest to monstrum z filmu. Skrajny przykład, ale to takie wygodne, myśleć, że to nie nasza wina, że to nie przez nas się stało.

A jak to jest z trwałością szczęścia szczęśliwych przedmiotów? Co, jeśli nas zawiodą? Gdy rytualnie odprawimy swoje czary, ale one nie pomogą? Gdy szczęśliwy długopis weźmiemy na spotkanie, a spotkanie okaże się chujowe i nieudane? Biedny jest wtedy ten długopis.

U mnie wszystko zaczęło się w dzieciństwie. Jak chyba u każdego, bo przecież dzieci uwielbiają wierzyć w takie bzdurki. W przedszkolu zobaczyłem jakąś bajkę, gdzie grupa dzieci zasnęła w kółeczku tak, by ich głowy się dotykały, ponieważ chciały śnić ten sam sen. Potem przez jakiś czas bałem się, że jeśli ktoś dotknie głową mojej głowy, odczyta moje myśli. Pamiętam też, jak cholernie mocno wryło mi się do bani powiedzenie: Wypluj to słowo! Och, przez całą podstawówkę, gdy tylko pojawiła mi się jakaś zła myśl, bałem się połykać ślinę, bo przecież wtedy mogłaby się spełnić! XXI wiek, proszę państwa.

Później, gdy dorastałem, takie myśli, może już w nie tak groteskowej formie, wciąż się pojawiały. Tylko czasem tak wstyd się przyznać przed innymi, bo przecież to nie wypada, bo to żałosne, dorosły człowiek, a wierzy w takie głupstwa. Myśli ewoluowały. To szczęśliwa koszula, szczęśliwe bokserki na maturę, długopis, dzięki któremu zdam. Szczęśliwy kamyczek w kieszeni. Czterolistna koniczyna znaleziona na jakimś Zadupiu i wiernie trzymana w portfelu. Jakby całe moje życie zależało od szczęścia, otrzymanego lub utraconego. Jakby to szczęście zależało od przedmiotów. Szybko wkradło się to też do relacji z mężczyznami.

Gdy uciekłem z Wrocławia od P., a później zacząłem tak to przeżywać, zmieniłem szczoteczkę do zębów, bo z poprzedniej korzystałem w znienawidzonym mieście. Jak najprędzej chciałem zużyć kosmetyki, bo przecież używałem ich w złym momencie, więc może kiedy znikną, sytuacja się poprawi. Poprawiła, ale nie gdy puste butelki po szamponie i żelu pod prysznic wylądowały w koszu. I nie z tego powodu. Nigdy nie dokończyłem książki, którą czytałem w pociągu z Wrocławia do Lublina. Przez długi czas kołatała się ta myśl, że może jeśli to zrobię, wróci też P. Nigdy jej nie skończyłem, ale on wrócił, gdy mi przestało zależeć.

A ile takich cyrków było z Michałem. Szczególnie, gdy rzucałem dla niego palenie. Paliłem - było dobrze, więc postanawiałem rzucić fajki. Ale gdy rzucałem na dzień czy dwa i dla niego nie paliłem, jakoś tak się psuło między nami, akurat w takich momentach on zaczynał mnie olewać i się wyślizgiwać. Więc wracałem do palenia, raz - myśląc, że gnój nie zasługuje na takie poświęcenie z mojej strony, dwa - wierząc, że dobrze między nami jest tylko kiedy palę, więc niech już wszystko wróci do normy razem z papierosami. A kiedy dostałem na urodziny Tabex i palenie rzuciłem w cholerę na miesiąc, całkiem się to wszystko skończyło.

Choć nie wtedy. Bo widzicie, jakoś w listopadzie, gdy się z nim widywałem, miałem taką dziwną fazę na warzywa z patelni. Kupowałem sobie te worki z obrzydlistwem i wpieprzałem. Nie dla niego, nie przez niego, po prostu tak się jakoś złożyło. W końcu warzywka przestały smakować i wychodzić, więc w zamrażalniku została jakaś tam ostatnia paczka, której długi czas nie otwierałem. Przygotowałem po kilku miesiącach, jakoś w marcu. Mimo wszystko paczuszka kojarzyła mi się tylko z tamtym czasem, więć przez ułamek sekundy pomyślałem - kto wie, co się stanie, jeśli na dobre rozstanę się z warzywkami, jeśli w taki jadalny sposób zamknę tamten listopadowy i grudniowy rozdział.

Jestem inteligentną osobą i wiem, że to nie z tego powodu, ale Michał odezwał się ostatniego dnia marca. To zwykły przypadek, ale wiecie, jakie myśli się wtedy pojawiają. To taki zbieg okoliczności. Przeczytał bloga i albo udawał, że nie wie, że to ja, albo naprawdę tego nie wiedział, bo odezwał się twierdząc, że będziemy mieli o czym rozmawiać. Szybko go poinformowałem kim jestem... i zaczęliśmy znów pisać. Najpierw pisał na mój profil blogowy, później już główny. A gdy fellow któregoś razu wysiadło, napisałem do niego na fejsie. Początkowo opowiadał o nieudanej relacji z jakimś nastolatkiem, którego poznał chyba jakiś czas po mnie. Być może żartobliwie, być może nie - wspomniał nawet o samobójstwie, ogólnie dało się wyczuć, że bardzo to przeżywa, bo chłopak był dla niego ideałem, a skończyło się nagle. Nie cieszyło mnie jego nieszczęście, nikomu tego nie życzę, nawet jemu, ale poczułem delikatną satysfakcję, okrutną i zimną. Bo to on do mnie przybiegł, choć nieświadomie, to jednak po przeczytaniu mojego bloga, moich myśli i przeżyć. Bo został zraniony przez jakiegoś ślicznego gówniarza, jak ja przez niego. Bo karma widzi wszystko.

Szybko zaczął też komentować kolejne wpisy pojawiające się na blogu i właściwie od tego już zaczynała się prawie każda rozmowa. Twierdził, że opisuję dokładnie jego myśli, żartował, że jeszcze kilka i rozwiążę wszystkie jego problemy. Czasem tam coś zjechał, ale do różnorodnych opinii na temat wpisów już mnie przyzwyczailiście. Najlepiej wyraził się o wpisie całkowicie poświęconym jemu - Podniosłeś mnie, by pogrążyć. Napisał, że zawiera trochę kłamstw, ale z pewnością jest szczery. Potem w trakcie rozmowy dodał, że mnie przeprasza, ale też dziękuje za szczerość, że dałem mu do myślenia. I że jeśli wciąż chcę wiedzieć, co mu siedzi w głowie, że jeśli chcę poznać odpowiedzi na postawione we wpisie pytania, on czeka. Przyznam szczerze - znów drgnęło. Pojawiła się jakaś mała nadzieja, bo może on dopiero teraz zobaczył, jaki jestem naprawdę. W listopadzie widział tylko histeryka nalegającego na spotkanie, teraz miał pełniejszy obraz, teraz mógł mnie zobaczyć lepiej.

Później też znów zacząłem rozmawiać z Mikołajem, a i były przyjaciela często dawał o sobie znać, więc miałem swego rodzaju combo, kumulację, trzech facetów siedzących w głowie jednocześnie. Kwiecień był miesiącem bardzo męczącym pod tym względem. Jednak stało się dobrze, bo pojawiła się jakaś taka równowaga. Dzięki Michałowi nie przeżywałem tak Mikołaja, dzięki Mikołajowi dystansowałem się do Michała. Idealna harmonia. Najgorsza była tylko jedna rozmowa, właściwie dwie prowadzone równocześnie. Po pijaku ustalałem z Mikołajem nowe reguły dalszej relacji i jednocześnie pisałem też z Michałem, któremu idiotycznie wyznałem, że wciąż mi nie przeszło. Gwóźdź do trumny, ale o dziwo później nadal się odzywał.

Któregoś razu nawet napisał mi coś, w co nie do końca mogę uwierzyć. Posługując się metaforami o porcie i żeglarzach, mówił o dwóch osobach, które kiedyś się spotkały i ich drogi się rozeszły, ale po jakimś czasie znów się spotkały(?) i zrozumiały, że jednak wiele je łączy i tylko duma albo głupota nie pozwala im tego przyznać na głos... Czy pisał to o nas, czy jedynie chciał, bym tak pomyślał? Chyba nigdy się nie dowiem. Nic jednak długo nie trwa, dość szybko wrócił do dawnych nawyków. Co jakiś czas się droczył, pisał jak to mu stanął na widok jakiegoś dresika w pociągu, a później sobie zaprzeczał, pieprząc, że podnieca go tylko inteligencja, że jest... jak to leciało... sapioseksualny? Gdy fellow wysiadło, poinformował że akurat w tym momencie udało mu się wyciągnąć najlepszą dupę w Lublinie na randkę. Gdy chciał pójść ze mną do Wyrka, bym z nim zatańczył, nie poszedł, a nad ranem napisał, że niestety był na randce.

Szybko sobie przypomniałem jaki jest, cofnąłem się do listopada. W końcu na początku maja zapytałem, dlaczego do mnie tak wypisuje. Stwierdził, że to nie jest łatwe pytanie, więc na odpowiedź sobie poczekam. Potem poinformował, że sam przeze mnie zaczął prowadzić bloga, ale pokaże mi go dopiero po dziesięciu wpisach - naiwnie pomyślałem, że może tam znajdę odpowiedź na swoje pytanie, ale przecież to Michał, Człowiek Rozczarowujący. Wreszcie stwierdził, że odzywa się tylko ze względu na bloga, że jest kolejnym moim czytelnikiem, że nie wie jakiej odpowiedzi oczekiwałem, ale taka właśnie jest. Długo musiał się nad nią zastanawiać, a to niby nie było łatwe pytanie. Poprosiłem wobec tego, by na przyszłość komentował te wpisy w odpowiednim miejscu na blogu, chwilę się przekomarzaliśmy i znów koniec znajomości. Właśnie takie, mało spektakularne, jest zakończenie drugiego rozdziału pt. Michał, pozorny ideał. Nie umiem dla niego być kolegą.

Jak myślicie, zjedzone warzywka wpędziły mnie w powtórkę z rozrywki? Swoją drogą to byłby ciekawy sposób na przywoływanie demonów z przeszłości - zjedzenie trochę brukselek, kalafiora, ziemniaków i marchewek. A mogłem ten worek z warzywami po prostu wyrzucić do kosza.

Zaklinanie pojawiło się też przy Mikołaju. Przykładowo - w drugim telefonie mam możliwość dodania jego kontaktu do ekranu głównego, a że to głównie ze względu na niego używam tego telefonu, dodałem go. Wtedy zaczęło się burzyć między nami. Nie rozmawialiśmy dwa dni albo rozmawialiśmy w sposób doprowadzający mnie do szału. Ze złością więc "odpiąłem" jego kontakt, a wtedy wszystko wróciło do normy. To znów go "przypiąłem" i znów po jakiejś chwili zaczęły się cyrki. Odpinałem i przypinałem go kilka razy. To samo jest z paleniem, od jakiegoś czasu myślę o rzuceniu, ale nie dla niego. Twierdził, że mu to nie przeszkadza. Tym razem robię to dla siebie, bo pieniędzy tracę w chuj za dużo. Czternaście złotówek dziennie lub co drugi dzień to ogromny wydatek dla studenta. Do tego zdrowie, zmęczenie, negatywny wpływ na skórę... i zapach. Nie muszę chyba Wam opisywać wszystkich wad papierosów, prawda? A zapach jest dla mnie najważniejszy. Lubię działać na mężczyzn nie tylko wyglądem. A po co ja używam perfum, jeśli za chwilę i tak wszyscy będą czuli dym papierosów? Tylko po części robię to z myślą o naszym czerwcowym spotkaniu. Ale gdy pojawia się małe spięcie, natychmiast mam ochotę wrócić do nałogu, trochę mając myślenie jak przy Michale, ale też trochę z nerwów.

To głupie. To takie głupie... Jakie to ma znaczenie, czy nadal używam szczoteczki do zębów, której używałem kilka dni wcześniej we Wrocławiu? Przecież to nie szczoteczka sprawiła, że nam się popieprzyło, a jeśli ją wyrzucę i użyję nowej, on nie wróci. Co z tego, że zjadłem warzywa, które w zamrażalniku czekały od listopada? Przecież nie zamontował mi w domu kamer i nie czekał, aż je zjem, by się odezwać. Jaki wpływ na relację może mieć fakt, że jego kontakt przypiąłem do ekranu głównego w telefonie? Przecież on nie czeka z tworzeniem problemów, aż go tam przypnę. P. wrócił, bo pojawiła mi się lawina innych mężczyzn po nim i mam na niego wyjebane, szczoteczka nie ma żadnego wpływu na to. Michał odezwał się, bo przeczytał bloga, zjedzone warzywka... to żart. Mikołaj rzuca kłody pod nogi świadomie lub nieświadomie, ale mój telefon i fakt, że go przypnę do ekranu głównego ma na to taki wpływ, jak Chińczyk jedzący sobie teraz ryż sześć tysięcy kilometrów stąd. Wymyślam sobie te bajeczki i w nie wierzę. Jakby wymyślenie jakichś innych, racjonalnych kłamstw mogących mnie uspokoić było takie trudne. Wiecie co naprawdę jest trudne? Przyznanie się przed samym sobą, że wiem, że on kłamie. Wiem o tym doskonale.


Komentarze

  1. To brzmi trochę jak zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne. Odprawianie "rytuałów", które mają nas uchronić przed nieszczęściem. Nie słyszałem, żeby ktoś przenosił takie dziwne klimaty do świata randek, ale widać mało się znam na randkowaniu x)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ludziom nie są obce żadne dziwactwa, niektórzy tylko boją się do nich przyznać :) Poza tym nie chodzi mi już tylko o to "szczęście" przynoszone przez przedmioty czy ubrania. Chodzi w ogóle o takie myślenie. Wystroję się w najlepsze ciuchy, założę najlepsze bokserki (bo nigdy nie wiadomo), ogolę się... albo się nie ogolę, bo jeszcze bym zapeszył. Robimy różne rzeczy, byle tylko wypaść najlepiej, byle to spotkanie było jak najlepsze.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

20. Nic się nie stało, a zdarzyć miał się cud.

6. Jesteś - a więc musisz minąć.

29. Zmęczenie materiału.